Strona używa plików cookies więcej

Badania / Ludzie / Nauka

Antonina Mazur: Potencjał badań podstawowych jest ogromny

Antonina Mazur
Fot. Dominika Hull/UWr/CC BY 2.0

– Nasze działania są potrzebne, żeby zrozumieć, jakie procesy zachodzą w komórkach nowotworowych. Jeżeli będziemy je lepiej rozumieć, będziemy też w stanie zidentyfikować etapy progresji nowotworowej, w które możemy uderzyć – mówi dr hab. Antonina Mazur z Zakładu Patologii Komórki na Wydziale Biotechnologii.

Spędziła pani sporo czasu poza krajem. Czym się pani zajmowała – i gdzie?

– Za granicą przebywałam w sumie prawie siedem lat. To właściwie przypadek, że trafiłam na Uniwersytet Ruhry w Bochum, do profesora Hansa Georga Mannherza. Kiedy przygotowywałam swoją pracę magisterską, ówczesna pani kierownik Zakładu Patologii Komórki, prof. Maria Malicka-Błaszkiewicz, podsunęła mi myśl o półrocznym wyjeździe do Niemiec w ramach programu Sokrates. W ten sposób znalazłam się w laboratorium prof. Mannherza. Chyba dobrze nam się wtedy współpracowało, bo profesor zaproponował mi, żebym zrobiła u niego doktorat. Po ukończeniu studiów wyjechałam więc znowu do Niemiec. Doktorat obroniłam w 2008 roku, ale zostałam w tym samym laboratorium jeszcze prawie dwa lata, jako postdok.

Podczas pracy nad doktoratem zajmowałam się badaniem wpływu mutacji w obrębie genu kodującego alfa-aktynę z mięśnia sercowego. Mutacje te wystąpiły u kilku pacjentów, którzy chorowali na kardiomiopatię przerostową. Jest to groźna choroba serca. Może spowodować nagły zawał, śmierć, nawet przy braku wcześniejszych objawów. Wywołuje ją m.in. szereg mutacji, głównie w obrębie genów kodujących białka budujące podstawową jednostkę komórki mięśniowej. Jednym z takich białek jest właśnie alfa-aktyna z mięśnia serca, a ja badałam fenotyp komórek, które produkowały zmienione białko. Pracowałam m.in. na hodowlach komórek izolowanych z nowo narodzonych szczurów. Wprowadzałam do nich różne warianty sekwencji kodującej alfa-aktynę z mięśnia serca. W tamtym czasie byłam też zaangażowana w inne projekty. Pokłosiem jest szereg publikacji, których byłam współautorką.

Minęło siedem lat, zdecydowała się pani wrócić.

– Było to związane głównie z sytuacją rodzinną, w pewnym momencie jedna z bliskich mi osób poważnie zachorowała. Chciałam być wtedy na miejscu, we Wrocławiu. Na szczęście chorobę udało się pokonać.

Do podjęcia decyzji zmusiły panią przykre okoliczności. Gdyby nie one, mogła pani zostać w Niemczech?

– Jak najbardziej. Kiedy powiedziałam prof. Mannherzowi, że wracam do Polski, przez tydzień się do mnie nie odzywał. (śmiech)

Nie chciał pani puścić.

– Prof. Mannherz jest już w wieku emerytalnym, ale jego pasja do nauki jest tak wielka, że nadal pracuje w laboratorium i nadal otrzymuje granty na swoje badania. Jak już wspomniałam, przez tydzień się do mnie nie odzywał, ale w końcu chyba zaakceptował mój wybór. Musiał. (śmiech) Odwiedzając Wrocław przez sześć, prawie siedem, lat pobytu za granicą, widziałam, jak moje miasto zmienia się na plus. Żałowałam, że mnie w nim nie ma, i to też pewnie wpłynęło na decyzję o powrocie.

Wspomniała pani o tym, że zmieniało się miasto. A jak w tym czasie zmieniła się uczelnia? Czy jeśli chodzi o zaplecze naukowe, badawcze, dobijamy już do standardów europejskich?

– Jesteśmy na dobrej drodze, ale jeszcze trochę nam to zajmie. I nie mam na myśli tylko zaplecza aparaturowego, bo akurat to bardzo się zmieniło – na plus. Pamiętam, jak wyglądały laboratoria naszego wydziału, kiedy wyjeżdżałam na doktorat do Niemiec, i wiem, jak wyglądają teraz. Jest też więcej pieniędzy na badania. Ale jeszcze dużo pracy przed nami.

Po powrocie do Polski otrzymała pani grant z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

– Fundacja miała bardzo interesujący program dla osób powracających z zagranicy – Homing Plus. To w jego ramach otrzymałam około 300 tys. zł na realizację trwającego dwa lata projektu. Duża cześć tych pieniędzy była przeznaczona na stypendia dla mnie i dla dwojga magistrantów, natomiast relatywnie niewielka partia na same badania, odczynniki. Ale grant był wystarczająco duży, by przeprowadzić stosunkowo dużą liczbę eksperymentów.

Czego dokładnie dotyczyły badania?

– Białka żelsoliny, które wiąże się z aktyną. Aktyna stanowi dużą część właściwie wszystkich komórek, a w przypadku komórek mięśniowych stanowi praktycznie około 20 proc wszystkich białek. To białko ma unikalną zdolność tworzenia polimerów tylko na podstawie swojej budowy, struktury przestrzennej. Może występować w dwóch formach: albo w postaci monomerycznej, czyli pojedynczej cząsteczki, albo w postaci polimerów, długich łańcuchów. Komórka, która przemieszcza się w obrębie tkanki, musi generować w tym celu siłę – i to właśnie aktyna jest za to odpowiedzialna. Jak można sobie wyobrazić, jest to bardzo ważny proces i musi być ściśle kontrolowany. Białek oddziałujących z aktyną jest ponad 200 i mają one różne działanie. Mogą fragmentować filamenty na krótsze łańcuchy, stymulować polimeryzację, powodować sieciowanie polimerów. Żelsolina jest białkiem, które taki filament może czapeczkować, blokując jego wydłużanie, albo fragmentować. To jej kanoniczna, znana od bardzo wielu lat funkcja. Natomiast okazuje się, że żelsolina nie jest białkiem, które bierze udział tylko i wyłącznie w ruchu komórki. Uczestniczy także w apoptozie, czyli programowanej śmierci komórki; jest też istotna w kontekście transportu hormonów sterydowych do jądra komórkowego.

W komórkach czerniaka, które były przedmiotem badań mojej koleżanki, zauważyłam, że żelsolina w bardzo dużej ilości znajduje się w jądrze komórkowym. Zainteresowało mnie to, ponieważ linie komórkowe, z którymi wcześniej pracowałam, miały inną charakterystykę. Żelsolina była w komórkach obecna, ale nie w jądrze komórkowym. Wiedziałam, że komórki czerniaka są inwazyjne – część z nich ma zdolność przemieszczania się. Do tej pory nie wiemy do końca, dlaczego żelsolina występuje w tak dużej ilości w komórkach czerniaka, ale kontynuujemy badania i mamy już pewne obserwacje. Myślę, że uda nam się rozwikłać tę zagadkę.

Obecnie realizuję dwa granty. Sonata Bis skupia się na żelsolinie w czerniaku oraz jej roli w powstawaniu prawidłowych komórek pigmentowych. Natomiast w ramach drugiego grantu – Opus –zajmuję się siódmą, nowo odkrytą, izoformą aktyny – ACTBL2. W moich badaniach dominują więc dwa nurty: aktyna i żelsolina.

Jeśli chodzi o wspomnianą siódmą izoformę aktyny… to jeszcze nie do końca jesteśmy pewne, czy ona faktycznie istnieje, bo same nie bardzo możemy w to uwierzyć. Od kilkudziesięciu lat panuje paradygmat, że izoform aktyny jest sześć: cztery mięśniowe i dwie niemięśniowe. Obecność siódmej zburzyłaby porządek rzeczy, dlatego podchodzimy do tego z dużą rezerwą. Dlaczego nikt wcześniej siódmej aktyny nie zidentyfikował? Jej gen ma inną budowę – może dlatego? Z naszych badań wynika, że ta izoforma aktyny jest produkowana w części linii komórkowych czerniaka i glejaka. Jeżeli wyłączymy kodujący ją gen, to okaże się, że będzie to miało bardzo duży wpływ na komórki – w porównaniu do komórek kontrolnych będą się zachowywać inaczej. Coś zatem musi być na rzeczy.

Padły takie słowa jak „czerniak”, jak „glejak”. Jakie znaczenie mogą mieć wyniki prowadzonych przez panią badań na przykład w kontekście walki z nowotworami?

– Zajmujemy się badaniami podstawowymi, a nie aplikacyjnymi, dlatego nie pracuję z nastawieniem, żeby od razu wpaść na pomysł stworzenia lekarstwa na nowotwory. Nasze działania są potrzebne, żeby zrozumieć, jakie procesy zachodzą w komórkach nowotworowych. Jeżeli będziemy je lepiej rozumieć, będziemy też w stanie zidentyfikować etapy progresji nowotworowej, w które możemy uderzyć. To już zadanie dla innego specjalisty, na przykład chemika, który zaprojektowałby inhibitor wpływający na konkretny proces. Dotychczasowa literatura sugeruje, że albo żelsolina ma wpływ pronowotworowy, stymuluje progresję nowotworów… albo wręcz przeciwnie. Mamy więc do czynienia z dużymi rozbieżnościami. Powiedzmy, że my już wiemy, co jest tego przyczyną, ale nie chciałabym na tym etapie o tym mówić, bo opieram się na wynikach, które nie zostały jeszcze opublikowane. Zrozumienie wspomnianych rozbieżności w postrzeganiu żelsoliny w kontekście nowotworów może przyczynić się do tego, że będziemy w stanie opracować skuteczny lek. Badania podstawowe dadzą nam odpowiedź na pytanie, czy w ogóle warto skupiać się na tym białku, czy może lepiej wziąć pod uwagę inne. Oczywiście, po kilkudziesięciu latach może okazać się, że ogrom naszej pracy nie miał w ogóle sensu. Ale z drugiej strony badania mogą prowadzić do innych odkryć. Tak było na przykład z badaniami bakterii i odkryciem ich mechanizmu obronnego CRISPR/Cas. Dzięki badaniom podstawowym okazało się, że ten obecnie bardzo popularny system może być wykorzystywany do edycji genów, czyli może mieć zastosowanie w terapii genowej w przypadku chorób wcześniej nieuleczanych. Potencjał badań podstawowych jest zatem bardzo duży i może okazać się, że żelsolina pełni istotną rolę w nowotworzeniu, przynajmniej w przypadku komórek czerniaka i glejaka. A potem ktoś zaprojektuje lek na podstawie naszych ustaleń.

Przed naszą rozmową wspomniała pani, że zajmuje się tylko nauką, ale wiem, że to nie do końca prawda. Interesuje się pani fotografią, miała pani nawet wystawę zdjęć mikroskopowych. To była próba połączenia nauki ze sztuką?

(śmiech) To prawda, choć doszło do tego trochę przez przypadek. Moja rodzina w ogóle jest „podzielona”, nauka i sztuka się u nas przenikają. Tata jest kowalem artystą. Wykonał na przykład lampy na wrocławskim Rynku, okucia drzwi do katedry na Ostrowie Tumskim, smoka na zwieńczeniu fontanny na pl. Solnym…

Czyli smykałka do sztuki to po tacie?

– Początków trzeba szukać chyba jeszcze wcześniej. Hobby mojego dziadka było wykonywanie małych rzeźb zwierząt. Nie miał żadnego wykształcenia artystycznego.

Talent nie zawsze potrzebuje szkoły.

– To prawda. Tata chciał pójść na ASP, ale jest dyslektykiem, co w tamtych czasach nie spotykało się ze zrozumieniem. Pasję malarską rozwijał w ognisku plastycznym na placu Solnym, zakochał się jednak w metalu – i robi piękne rzeczy. Moja siostra odziedziczyła zamiłowanie do sztuki i ukończyła rzeźbę na wrocławskiej ASP. Mama z kolei ma umysł ścisły, a jej tata studiował na UWr geografię. Oni reprezentują tę bardziej naukową gałąź naszej rodziny. A wracając do fotografii – faktycznie się nią zajmuję, ale mówiąc szczerze, ze względu na małą ilość wolnego czasu, troszkę to zaniedbałam.

A żeglarstwo?

– Skąd pan ma te informacje? (śmiech)

Starałem się przygotować do naszej rozmowy.

– Niestety, tej pasji też nie pielęgnowałam. Chociaż w zeszłym roku zdarzyło mi się być na rejsie w okolicach Grecji, więc chyba powoli zaczynam do żeglarstwa wracać. Mam za sobą też rejs po Morzu Północnym. W przyszłym roku planuję zdobyć dalsze uprawnienia. Na studiach faktycznie każde wakacje wiązały się z dwutygodniowymi wyjazdami nad mazurskie jeziora. A teraz mam za sobą dwa wspomniane rejsy na pełnym morzu.

Pani zawsze za sterem?

Jeśli tylko jestem w stanie ster utrzymać, to tak.  Przy mocnym wietrze, w trakcie sztormu, potrzebne są dwie osoby lub bardzo silny mężczyzna.

Morze to zupełnie inna przygoda niż jeziora.

– I inny poziom stresu na początku, to na pewno. Ale po tygodniu spędzonym na wodzie nie chcę już schodzić na ląd. To dla mnie na pewno duży psychiczny odpoczynek.

Rozmawiał Michał Raińczuk


Dr Antonina Mazur, biochemik. Przez siedem lat pracowała na Uniwersytecie Rurhy w Bochum. Do Wrocławia wróciła w 2010 roku i od tamtej pory kontynuuje badania na Wydziale Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest laureatką Homing Plus, konkursu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, skierowanego do naukowców powracających do kraju. Obecnie realizuje dwa granty, w ramach konkursów Sonata Bis i Opus. W swoich badaniach koncentruje się na żelsolinie w czerniaku oraz jej roli w powstawaniu prawidłowych komórek pigmentowych; zajmuje się również siódmą, nowo odkrytą, izoformą aktyny – ACTBL2.

Dodane przez: Michał Raińczuk

3 Sty 2019

ostatnia modyfikacja: 21 Sty 2019