Strona używa plików cookies więcej

Felietony

BOGUSŁAW BEDNAREK: Obrzeża gryfologii

Przed paroma dniami w Auli Leopoldyńskiej Uniwersytetu Wrocławskiego został pięknie i mądrze uhonorowany prof. Stanisław Kulczyński, świetny uczony i prawy człowiek. Szkoda, że nasi akademiccy mistrzowie, Stanisław Bąk i Władysław Floryan, nie doczekali owej podniosłej uroczystości. Obaj dobrze znali Kulczyńskiego, obaj wyrażali się o Nim z najwyższą atencją. Bardzo pryncypialna kwestia! Dla kontrastu skupię w tym felietonie uwagę na czymś zdecydowanie lżejszym. Otóż pod wpływem „Historii naturalnej” Pliniusza, „Podróży” Mandeville’a, „Zoologii fantastycznej” Borgesa etc. polubiłem bazyliszki, mantychory, uroborosy. Jednak najgorętszym afektem płonę do gryfa, skrzydlatego lwa z głową i szponami orła. Ta hybrydalna istota współtworzyła wierzenia starożytnych Sumerów, Egipcjan, Hindusów i Greków, rozpalała wyobraźnię średniowiecznych myślicieli. Gryfy były sakralizowane i demonizowane, uznawane za strażników złota, kojarzone z energią słoneczną bądź ciemnymi mocami. Więcej informacji o tych frapujących monstrach znajdzie czytelnik w „Bestiarium chrześcijańskim” Stanisława Kobielusa.

Z gryfami zaprzyjaźnił się Jan Sakwerda, autor dzieła pt. „Signumlibri decorum. Śląsk i Ślązacy w dawnym ekslibrisie”. W publikacji tej utrwalono „znak książkowy” Johannesa Antoniusa de Schaffgotscha, cesarskiego tajnego radcy, hrabiego Rzeszy, starosty Jawora i Świdnicy. Ekslibris ów ukazuje wielkie gryfy podtrzymujące tarczę herbową, na której widnieją małe gryfy. To godny pochwały alians stworzeń określanych przez Ajschylosa mianem „Dzeusowych psów”. Nawiasem mówiąc, Sakwerda, elokwentny admirator dóbr kultury, pokazał mi gryfy uszlachetniające jeden z wrocławskich budynków (róg Kotlarskiej i Odrzańskiej). Zadziwiają one gracją, dostojeństwem i spokojem. Bez wątpienia znajdują ukojenie, naśladując protaginistę Gałganiarza jednookiego Waltera: „Każdy swój dzień poczytywał za oddzielne życie, tak iż troska o przyszłość nie mąciła mu nigdy radości”. Te gryfy podobały się obdarzonemu wyrafinowanym gustem Ryszardowi Zapałowi, tropicielowi humanistycznych niuansów, cenionemu magistrantowi prof. Stanisława Rosponda, wybitnego językoznawcy.

Bezkresna jest ludzka kreatywność. Anonimowy „Fizjolog” instruuje: „Kiedy Słońce wschodzi z głębiny wód i skrapia świat promieniami, gryf rozpościera skrzydła i przyjmuje na nie płomienie słoneczne, aby nie spaliły świata”. Natomiast antyczna biografia Apolloniusza z Tiary pióra Flawiusza Filostratosa upowszechnia mniemanie, iż gryf potrafi rozprawić się ze słoniem i smokiem. „Jedynie tygrysa nie jest zdolny pokonać z powodu szybkości tego drapieżnika, który jest chyży niczym wiatr”. Idźmy dalej. Bajeczna krzyżówka lwa z orłem sprzyjała i sprzyja inicjatywom artystycznym. Aby odwołać się do przykładu, odnotuję, że Piotr Pachecki, wrocławski plastyk, niedawno namalował ekscytującego gryfa, lokując na jego skrzydłach różnobarwne, wszystkowidzące oczy – symbole czujności. Obiegowy motyw! Takie oczy zdołają prześwietlić wszelkie delikty, wszelkie polityczne kurioza i obyczajowe horrenda, które bądź ośmieszają, bądź znieważają Rzeczpospolitą. Dodajmy, że gryfy z reguły mają ostro zakończone uszy identyfikujące każdy szept, szmer, szelest. Tylko najgorliwsi obrońcy cnoty dysponują równie wyśmienitym zmysłem słuchu.

Architektoniczną perełką stolicy Dolnego Śląska jest kamienica Pod Gryfami (Rynek 2). Warto nadmienić, iż na fasadzie owej budowli znajdują się i przedstawienia wiadomych „strażników złota”, i podobizny lwów, orłów, pelikanów. W roku 1993 dzięki wysiłkom Grażyny i Henryka Horszowskich pokaźna część kamienicy uzyskała status kawiarni Pod Gryfami. Tam odbył się benefis prof. Janusza Deglera, tam przesiadywali wrocławscy miłośnicy palenia fajki, tam prof. Jan Miodek miał prywatny spodeczek i filiżankę do kawy, spodeczek podpisany jego imieniem i nazwiskiem, tudzież prowadził sążniste dialogi z Robertem Migdałem. A inne osoby zauroczone klimatem lokalu Pod Gryfami?

W „Kronikach” tej instytucji dostrzegam ślady obecności Edyty Geppert, Gabrieli Kownackiej, Kasi Skrzyneckiej, Izabeli Trojanowskiej, Sylwestra Chęcińskiego, Krzysztofa Pendereckiego, Franciszka Starowieyskiego. Szczególnym wdziękiem odznacza się następująca inskrypcja: „Drogim Gryfom za wspaniałe przyjęcie dziękuje Rozpieszczony i Zepsuty (przez Was oczywiście) Maciej Zembaty”.

Państwo Horszowscy przyczynili się do realizacji telewizyjnych „Labiryntów kultury” poświęconych Śmierci w Breslau, bestsellerowej powieści Marka Krajewskiego. Monolog zawierający frazę „A skorpiony w ich wątpiach pląsały” wygłosiłem właśnie Pod Gryfami. Rzecz jasna, Piotr Sędzikowski, wirtuoz kamery po raz kolejny błysnął zawodowym kunsztem i jak zwykle reżyser Marcin Bradke stanął na wysokości zadania. Ponadto przybytek Horszowskich wręcz tętnił kapitalnymi dysputami. Jakże fundamentalne były choćby spory o filozoficzne podłoże stwierdzenia, które rozsławił Stefcio Friedmann: „Nie lubił pracować. Urodził się od razu zmęczony”. Jeszcze ciekawiej wypadła finezyjna interpretacja fragmentu „Zwierzeń klowna” Heinricha Bölla, fragmentu o „mistycznym darze wyczuwania zapachów przez telefon”. A teraz? Nie ma już kawiarni Pod Gryfami. Zastąpił ją lokal Bliklego.

Dlaczego zająłem się gryfami? Bo dzięki gryfom Wrocław może przybrać pozę miasta kulturowo skoligaconego z pradawną Mezopotamią. Nie jestem osamotniony, albowiem Wojciech Dembołęcki dowodził, że Bóg posługiwał się językiem polskim, rozmawiając w raju z Adamem i Ewą.

dr hab. Bogusław Bednarek
Wydział Filologiczny
Instytut Filologii Polskiej

Dodane przez: Agata Sałamaj

20 Cze 2018

ostatnia modyfikacja: 21 Cze 2018