Strona używa plików cookies więcej

Białe Miasteczko 2021: o krzyżowaniu się (post-)pandemicznych protestów

Alicja Palęcka

Od 11 września w Warszawie działa Białe Miasteczko – protest pracowników i pracownic zawodów medycznych. Członkini zespołu Cov-work, Alicja Palęcka, odwiedzała Miasteczko, a jej notatki z terenu prezentujemy poniżej.

Środa, 15 września 2021, dzień piąty protestu

Jadę do Białego Miasteczka na rowerze, a najpierw przejeżdżam pod Sejmem od strony placu Trzech Krzyży. Na Wiejskiej sporo policji i widzę już zbieraninę pod Kancelarią Prezydenta. Okazuje się, że to antyszczepionkowcy. Robię kilka zdjęć, jadę dalej, zbliżam się do Sejmu. Jak zwykle, kordon policji, kręcą się ludzie. Jest Paweł Tanajno i Strajk Przedsiębiorców, chłopiec w „mundurze” Stronnictwa Narodowego, osoby w koszulkach z napisem „Nie przepraszam za Jedwabne”. Obok, po drugiej stronie ulicy w namiotach anarchistów, trwa strajk głodowy dla uchodźców na granicy białoruskiej. Jeszcze dalej Miasteczko Wolności Obywateli Solidarnych w Akcji. Pełen przekrój i duża konkurencja protestów. Nie sprawdziłam dokładnej lokalizacji, dlatego pytam młodego policjanta, gdzie jest Białe Miasteczko. Gdzie protestują pielęgniarki? On nic nie wie, bezradny. Kolejny policjant wskazuje mi drogę pod KPRM.

Miasteczko stoi wzdłuż Ogrodu Botanicznego, na szerokiej trasie spacerowej. Przechodniów wchodzących z jednej i drugiej strony witają banery: Zapraszamy do Białego Miasteczka! Widzę idące tam pielęgniarki. Na ogrodzeniu Ogrodu wywieszone znaki wszystkich organizacji zrzeszonych w Komitecie Protestacyjno-Strajkowym. Kilkanaście namiotów dla różnych zawodów medycznych, w każdym można kogoś spotkać. Przed namiotami transparenty, tablice z danymi, statystykami, informacjami – można się dużo dowiedzieć o stanie ochrony zdrowia. Kilkanaście namiotów mieszkalnych. Na samym końcu Agrounia, zajmuje sporo miejsca: jeden namiot tej samej wielkości, co pozostałe oraz stoisko, z którego wydawane jest jedzenie. Mają swoje tablice z własnymi postulatami. Później, około godziny 17 to stoisko cieszyło się dużą popularnością – wydawano z niego smakowicie wyglądające pieczone ziemniaki z serem. Teraz, o 15, najbardziej wyróżnia się liczna grupa osób w kamizelkach PZZ Kadra (związki w przemyśle, głównie w górnictwie). Z drugiej strony Miasteczka długi i szeroki pas chodnika wzdłuż Alej Ujazdowskich jest zamknięty barierkami i stoją za nimi policjanci – może po to, żeby Miasteczko się nie rozrosło i żeby nie dało zorganizować się przemarszu.

Ludzie spacerują, siedzą na trawie, rozmawiają. Wiele osób ma na sobie pielęgniarskie, lekarskie czy ratownicze atrybuty: czepki (często także koszulkę z napisem „pielęgniarka” lub „położna”), kitle, pomarańczowe stroje. Nie widzę wielu dziennikarzy i dziennikarek, żadne logo telewizji nie rzuciło mi się w oczy. Widzę, jak policja wyprowadza mężczyznę – spokojnie, po prostu odprowadza go poza teren protestu nie dotykając go nawet. Takich incydentów zobaczę jeszcze kilka.

Chcę porozmawiać z osobami uczestniczącymi w proteście, więc wraz z Janem Czarzastym zagadujemy do jednej z liderek. Ta za chwilę zaczepia dwie pielęgniarki. Najwyraźniej nie zna ich osobiście, ale komunikacja w takich chwilach i takich miejscach jest bezpośrednia, dystans się skraca. Liderka protestu przedstawia nas, a kobiety od razu zgadzają się na rozmowę, jedna z nich zaczyna mówić o pracy w szpitali w czasie pandemii. Pojawiają się wątki, które znam z literatury: praca emocjonalna związana z kontaktem z bliskimi pacjentów, szukanie sposobów i wykorzystanie technologii do umożliwienia kontaktów pacjentów z bliskimi (telefony, nagrywanie filmów, robienie zdjęć), przekraczanie granic prywatności przez bliskich – szukanie pielęgniarek w mediach społecznościowych, prywatnymi kanałami, aby zapytać o stan osób pozostających na oddziale. Także dużo samopomocy, wsparcia wśród koleżanek z pracy i rozgoryczenie, że zabrakło pomocy profesjonalnej. Rozmawianie o trudnych sytuacjach we własnym gronie nie rozwiązywało problemów, w czasie izolacji, po kwarantannach i w poczuciu zagrożenia zdrowotnego bardzo potrzebna była pracownicom ochrony zdrowia pomoc psychologiczna, której jednak zabrakło. Na koniec pytam, od jak dawna moje rozmówczynie są w związku zawodowym. Od 25-30 lat, od początku pracy w zawodzie. To był czas, kiedy do związku zawodowego dołączało się automatycznie. „Chodziło o to, żeby stworzyć jedność.”

W trakcie naszej rozmowy jeszcze raz podchodzi liderka protestu i pokazuje mi list, który dostali. List zaczyna się od słów: „My Polacy apelujemy do was lekarze i pracownicy medyczni, stańcie w prawdzie, porzućcie rolę obozowego kapo, esesmana w białym mundurze”.

W trakcie rozmowy obok wydarza się też sprzeczka, jakiś mężczyzna kłóci się z ochroniarzem. Pytam pielęgniarek, czy takie napięcia często się tu zdarzają. Są w Miasteczku od rana, mówią, że tak, zdarzają się, rano przejeżdżający rowerzysta zwyzywał je. Ale jadąca za nim kolejna rowerzystka z kolei zwyzywała jego. Reakcje są raczej miłe, przyszły „panie w różnym wieku” z jedzeniem, mówiły, że wspierają i zagrzewały do walki.

Następnie rozmawiam z młodą kobietą w namiocie z napisem „zadaj pytanie pracownikom ochrony zdrowia”. Martwi się tym, że opinia publiczna ma złe zdanie o lekarzach i o proteście, że protest jest tylko w sprawie pieniędzy, a to chodzi o cały system i żeby pacjentowi było lepiej. Żeby NFZ przeznaczało większe środki na wizyty, żeby można było ich zrobić więcej w miesiącu, żeby czas na wizytę był dłuższy, żeby biurokracji było mniej. Że pacjenci nie widzą wielu rzeczy, które nie są winą lekarzy, ale to na lekarzy się złoszczą.

Pośrodku Miasteczka jest scena, przed nią kilka ławek. Zaczyna się pogadanka z lekarzem i lekarką POZ. Konferansjerem zapowiadającym gości jest Tomasz Karauda, uczestnik głodówki rezydentów z 2017 r. Bardzo dobrze pamiętam obraz z telewizji, kiedy udzielał wywiadu, z już żółtą na skutek głodówki skórą i białkami oczu. Goście na scenie opowiadają o „kuchni” POZ, co lekarz POZ może zlecić, a czego nie, dlaczego są kolejki, opowiadane jest to z perspektywy pacjenta: czego pacjent nie widzi, a co go denerwuje (dlaczego rejestratorki nie odbierają telefonów, dlaczego wizyty nie odbywają się zgodnie z umówionym czasem). Rozmowa tej dwójki jest bardzo swobodna, ale informatywna. Spotkanie zakłóca na chwilę osoba, która coś wykrzykuje z ulicy. Jest wtedy jakieś zaniepokojenie wśród osób w Miasteczku, ale osoba zaczyna klaskać i okazuje się, że wspiera protest.

Wsiadam na rower i kiedy mam opuścić Miasteczko, wchodzi do niego grupa czterech osób: dwóch młodych mężczyzn i młoda kobieta, wszyscy na brunatno, każdy z flagą Polski, z opaskami Polski Walczącej na ramionach. Z nimi kobieta po 50-tce. Mówią głośno, trochę do siebie nawzajem, trochę do osób medycznych: „po co robić te cyrki?”, „Skończyły się szczepienia, skończyło się 65 zł za szczepienie, to żądają więcej pieniędzy”, „Esesmani w białych fartuchach”, „Tacy młodzi, nic się jeszcze nie narobili, a już chcą więcej” (o młodych medyczkach w jednym z namiotów), „Jak im się nie podoba to niech się przekwalifikują”. Przechodzą przez całe Miasteczko, ale chyba im dalej, tym mówią ciszej. Podąża za nimi dwóch policjantów, jeden melduje przez krótkofalówkę kolegom, że idzie „kolejna grupa z flagami”. To jest moment, kiedy te dwa protesty: medyków i medyczek oraz antyszczepionkowców spotykają się, a sprawy te w trochę pokrętny sposób się łączą, bo protestujący pod Sejmem antyszczepionkowcy mają po sąsiedzku ludzi, przeciwko którym mogą bezpośrednio zwrócić swój protest. Ich przejście robi wrażenie zaplanowanego, myślę, że w ich grupie demonstrantów rozeszło się, że należy czasami zajrzeć do Białego Miasteczka i poprzeszkadzać. Zatem najbardziej dotkliwe komentarze pochodzą właśnie od nich. Sprawa zaczyna się wyciszać, wyjeżdżam z Miasteczka.

Sobota, 18 września, ósmy dzień protestu

Tym razem przychodzę na miejsce z delegacją ZNP UW: umówiliśmy się na godzinę 12, żeby z flagami ZNP i bannerem udać się do Miasteczka, żeby pokazać solidarność i poparcie. Kiedy zbliżamy się na miejsce, zagadują nas idący stamtąd dwaj mężczyźni: „idziecie do Miasteczka? Jest zamknięte, był wypadek. Postrzelił się mężczyzna. Musieliśmy trochę ochłonąć, zastanowić się, co dalej, na razie zamknęliśmy Miasteczko”. Dowiadujemy się, że mężczyzna przeżył, jest w szpitalu. Przy wejściu do Miasteczka naszą delegację zatrzymuje policjant, za nim widzimy policyjne taśmy. Jest sam na straży wejścia, trudno się z nim dogadać, bo równocześnie zatrzymuje kolejne osoby. Każe nam wejść do Miasteczka z drugiej strony.

Przechodzimy przez Łazienki. Jest nas ok. 10 osób, każda ma w ręku niedużą flagę ZNP, dwie osoby noszą duży banner: ZNP Uniwersytet Warszawski. Przechodnie przyglądają nam się z ciekawością. Po wyjściu z parku zostajemy wpuszczeni, policjantka trzyma nad nami policyjną taśmę tak, żebyśmy wszyscy po kolei mogli wejść, a ja mam poczucie, że trzymana przeze mnie flaga ZNP jest moją przepustką. To w tamtym momencie ktoś mówi nam, że mężczyzna, który się postrzelił, zmarł. Zostajemy poproszeni o zwinięcie flag.

W Miasteczku jest teraz bardzo mało ludzi, jest cicho. Miła uśmiechnięta młoda kobieta wręcza mi kubek herbaty, chce poczęstować jeszcze kogoś z naszej delegacji, ale ktoś mówi: to powinno być wszystko dla was. Potem ta sama kobieta roznosi jeszcze jagodzianki.

Widzę młodą lekarkę, którą poznałam trzy dni wcześniej. Chodzi po Miasteczku owinięta kołdrą. Podchodzę do niej, rozmawiamy chwilę. Podczas tej krótkiej rozmowy widzę, jak duży wpływ miało samobójstwo mężczyzny na morale osób na miejscu. Po chwili podchodzi do nas jedna z organizatorek, mówi, że porywa koleżankę. Teraz jej kolej na rozmowę z psycholożką. Osoby, które tego potrzebują, rozmawiają z psycholożką na ławkach, wśród kręcących się wokół ludzi.

W Miasteczku nie widać mediów, ale słyszę od rozmawiającego z nami młodego mężczyzny, że zagadywał go człowiek z popularnego tabloidu, który jednak tak zawiesił swój identyfikator, żeby nie można go było zobaczyć. Informacje mediom nie są teraz udzielane, nie rozmawia z nimi nikt, oprócz wyznaczonych osób.

Nasza delegacja rozmawia chwilę z organizatorami, po czym wychodzi, ale ja zostaję z Julią Kubisą w gronie pielęgniarek. Wszystkie mają na sobie czepki. W całym Miasteczku unosi się ta tragedia. W naszym kręgu omawiamy, co można teraz zrobić, zaglądamy do mediów, wkrótce już wiemy, że TVP informuje, że samobójstwo mężczyzny było protestem przeciwko protestowi medyków i medyczek. W naszym kręgu przyjęte jest to ze względnym spokojem, czy wręcz rezygnacją. To kolejna przeciwność, z którą trzeba będzie sobie poradzić.

Rozmawiamy o zdarzeniu, ale kobiety rozmawiają też o warunkach pracy w szpitalach, o mobbingu. Wymieniają się uwagami o pielęgniarkach, które, kiedy zdobyły stanowisko naczelnych, zaczynały źle traktować koleżanki. Myślę o „królowej pszczół” – tak to zjawisko nazwała Julia Kubisa w swojej książce “Bunt białych czepków”. Chwilę po tej mojej myśli jedna z pielęgniarek pyta koleżanki: a znacie Julię? Wiecie, że ona o nas pisała? Kobiety cieszą się, mówią, że mają „Bunt białych czepków” w namiocie, czytają podczas protestów. Jedna z nich przynosi książkę, robimy zdjęcia na pamiątkę.

Środa, 22 września, dwunasty dzień protestu

Trwa „cichy dyżur”, nowa formuła protestu po samobójstwie mężczyzny w sobotę. Odwiedzam Miasteczko ok. godz. 15. Wchodząc zauważam, że do flag przy wejściu od strony placu Na Rozdrożu dołączyła flaga Agrounii, której nie było tam tydzień wcześniej.

Przez Miasteczko przechodzi o tej porze wielu przechodniów, ale i tak robi wrażenie opustoszałego. Namioty, w których wcześniej można było spotkać medyków, są zamknięte lub opuszczone, wyniesiono z nich rzeczy. Na alejce widzę tylko jedną pielęgniarkę – wyszła z namiotu, żeby porozmawiać przez telefon. Na miejscu jest wciąż kilkanaście namiotów mieszkalnych, to się nie zmieniło. To w nich pozostają protestujący, nie wychodzą na zewnątrz. Najwięcej ruchu jest na samym końcu. Stoją tam dwie ekipy telewizyjne: kamerzyści z dziennikarkami. Przygotowują się do nagrań, ale wiedzą, że są w kolejce za wiadomościami z Trybunały Konstytucyjnego, który miał orzekać o wyższości prawa krajowego nad unijnym. Ruch jest także przy jedynym stoisku, które jest obecnie czynne w Miasteczku: stolik z Zeszytem Wsparcia. Siedzą przy nim dwie pielęgniarki i ochroniarz.

Wpisuję się do zeszytu i zostaję 20-30 minut, żeby pogadać. Co kilka minut ktoś podchodzi, jedna z pielęgniarek pyta: czy pan/pani nas popiera? Wszyscy odpowiadają: oczywiście! Wpisują się, dostają naklejkę w kształcie serca z napisem „popieram protest medyków” i jabłko. Skrzynki jabłek są od Agrounii. Naklejki pielęgniarka sama nakleja osobom na kurtki – może po to, aby na pewno je nosiły, zamiast chować do kieszeni. Dobry pomysł. Przyjeżdża dwóch chłopców na hulajnogach. Kobiety zachęcają ich do wpisania się do zeszytu, ale oni mówią, że już się wpisali. Mimo to zatrzymują się na chwilę przy stoliku. Dołącza do nas kolejna kobieta – także medyczka, przynosi ulotki na stolik, m.in. o badaniu piersi i o piciu wody. Nawet kiedy Miasteczko nie działa, poprzednie funkcje informowania, doradzania w sprawach zdrowia są jakoś utrzymane.