Strona używa plików cookies więcej

Wydarzenia

Czas zaraźliwych idei: Bezwarunkowy Dochód Podstawowy

Pandemia koronawirusa to czas zupełnie niecodzienny dla nas wszystkich. Mierzymy się i będziemy mierzyć ze strachem i niepewnością o zdrowie nasze i naszych bliskich, o miejsca pracy, o przyszłość. Niektórzy – także ze stratą bliskich. Musieliśmy zmienić codzienne funkcjonowanie, przeorganizować pracę i naukę, opiekę nad dziećmi.
Nie wiemy, kiedy wrócimy do „codzienności” i czy ta znana nam – w ogóle powróci. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak będzie rozwijać się sytuacja.
W tym trudnym okresie poprosiliśmy naukowczynie i naukowców z UWr, żeby podzielili się swoimi przemyśleniami i refleksjami, przedstawili, jak ich dziedzina „patrzy” na koronowirusa.
Publikujemy tekst dr. Łukasza Molla z Instytutu Socjologii.

Czas epidemii może nam się jawić jako wielki bezruch, ale nie dajmy się zwieść. W historii strategie walki z chorobami zakaźnymi wielokrotnie rewolucjonizowały nasze struktury społeczno-gospodarcze. Nie inaczej będzie z pandemią koronawirusa. Póki nie pojawi się skuteczna szczepionka, rozwijane są społeczne przeciwciała, które z pewnością zostaną z nami na dłużej niż do końca pandemii. Na co nas uodpornią? Na społeczne żądania równości czy na chciwość? Kształt świata po koronawirusie decyduje się właśnie teraz. Chociaż wkraczamy w globalny kryzys gospodarczy, którego rozmiary mają być ogromne, możemy spróbować wykorzystać zapaść kapitalizmu do zmian, które jeszcze trzy miesiące temu wydawały się niemożliwe, a dzisiaj stają się oczywistą koniecznością. Być może to dzięki tym zmianom ocalimy naszą wspólną przyszłość.

Kapitalizm i epidemie

Związki epidemii z historią kapitalizmu są niezwykle interesujące. Dżuma w XIV-wiecznej Europie doprowadziła do załamania feudalnego porządku i wrzenia stosunków społecznych. W wyniku spadku populacji znacząco wzrosła siła przetargowa chłopów i pozycja kobiet. Ucisk feudalny rozrywały bunty chłopskie, herezje i migracje. Uruchomiona przez klasy panujące kontrrewolucja – represje, ekspansja kolonialna, grabież gruntów wspólnych, wymuszanie rozrodczości, palenie czarownic – krwawymi zgłoskami zapisała przejście do kapitalizmu.

Instytucje powołane przy okazji kolejnych wielkich epidemii również uformowały społeczeństwo, jakie znamy. Powołane do mierzenia się z dżumą zamknięte przestrzenie dyscyplinarne wykorzystywane były do rozwiązania problemu niedostatku „rąk roboczych” w kapitalizmie przemysłowym XVIII i XIX wieku. Włóczędzy, żebracy, sieroty, więźniowie i inni ludzie marginesu zasilali pierwsze manufaktury także w Polsce. Idąc dalej, bez XVIII-wiecznych form walki z ospą nie byłoby policyjnych i statystycznych form rządzenia populacją, które dziś jawią nam się jako naturalne i niekontrowersyjne. Z kolei pandemia grypy hiszpanki w latach 1918–1920 przetoczyła się przez świat wraz z rewolucyjnymi wystąpieniami od Rosji Radzieckiej po Powstanie Spartakusa w Niemczech i od Meksyku po powstanie arabskie. Epidemiom medycznym towarzyszyły więc epidemie społeczne, a politycznych odpowiedzi na te pierwsze nie można oddzielić od tych drugich. Teraz po raz kolejny stajemy przed wielkim wyborem: czy koszty kryzysu zrzucimy na barki niezamożnej większości, czy wykorzystamy sytuację do uporania się z trapiącymi nas społecznymi plagami, które odsłania pandemia?

Doktryna szoku?

Jeśli chcemy prognozować, jakiego rodzaju świat wyłoni się z pandemii, musimy przyglądać technologiom rządzenia, a nawet drobnym nawykom, które rozpowszechnią się w ciągu najbliższych miesięcy. Aplikacje nadzorujące pacjentów w kwarantannie posłużą do inwigilacji w innych sytuacjach? Testy serologiczne oddzielające „odpornych” od „nieodpornych” zwiastują nową fazę w historii rasizmu? E-learning w szkołach i na uniwersytetach to spełnienie korporacyjnego snu o zapanowaniu nad procesami kształcenia? Będzie więcej pracy zdalnej, a specjalista z własnym komputerem będzie wynajmowany jak kierowca Ubera z własnym samochodem? Praca w opiece, handlu, dostawie i inna, wykonywana przez „siewców zarazy” jeszcze bardziej spadnie na barki imigrantów? Nie brakuje niepokojących diagnoz, że cena, jaką płacimy obecnie za nasze bezpieczeństwo, będzie wysoka, długotrwała i będzie miała efekty uboczne, których niekoniecznie byśmy sobie życzyli.

Pandemia i wywołany przez nią kryzys gospodarczy ujawniają drzemiące w naszym modelu społecznym nierówności i hierarchie, lęki i tendencje, które postępowały – choć uśpione – już wcześniej. Społeczeństwo w stanie szoku jest bardziej bezbronne, by pozwolić narzucić sobie – a nawet dobrowolnie przyjąć – pewne zmiany, które w normalnych warunkach byłyby nie do pomyślenia. Demontaż kodeksu pracy, cięcia wydatków socjalnych i usług publicznych, dotowanie banków i branży lotniczej czy turystycznej – rządzącym może być łatwiej forsować zmiany, na które na co dzień nie zyskaliby społecznego przyzwolenia.

Powrót do normalności czy do business as usual?

Żeby jednak nie popadać w czarnowidztwo, trzeba dostrzec drugą stronę sytuacji. Koronawirusowy szok może doprowadzić do zbiorowego otrzeźwienia. Jeśli potraktować go jako ostrzeżenie, że nie jesteśmy gotowi na sprostanie zagrożeniom, które zdefiniują XXI w. – przede wszystkim na kryzys klimatyczny – to sytuacja, w której stary świat wali się w gruzach, giełdy notują dramatyczne spadki, a łańcuchy wartości rozpadają się, sprzyja odbudowie, która byłaby zarazem regeneracją naszego modelu życia. Teraz, gdy doświadczamy tego, o czym rozmaite dane mówiły nam od dawna – o niedoborach w służbie zdrowia, braku praw pracowniczych na „umowach śmieciowych”, wpływie rolnictwa przemysłowego na rozprzestrzenianie się wirusów, kryzysie pracy opiekuńczej, niezrównoważonej turystyce itd. – być może będziemy mieli więcej determinacji, by powrót do normalności nie był powrotem do tego, co było, ale do tego jak być powinno.

Dyskutuje się różne rozwiązania, które zastosowane jako element strategii antykryzysowej, mogłyby stać się fundamentem nowego ładu, który wyłoni się po pandemii. Należy do nich koncepcja Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego – zyskująca wprawdzie rozgłos i testowana już wcześniej, ale w obecnych warunkach jeszcze szybciej przenikająca do głównego nurtu debaty publicznej. Do zwyczajowych argumentów na rzecz wprowadzenia BDP dołączają bowiem dyktowane wyjątkowymi okolicznościami względy.

Dochód za niezarażanie

Pomysł, by państwo wypłacało każdemu obywatelowi comiesięczną określoną sumę pieniędzy, a jej otrzymanie nie byłoby uzależnione od żadnych kryteriów, zdaniem jego zwolenników ma odpowiadać na kilka niepokojących zjawisk, które już dają nam się we znaki, a będą się tylko nasilać w przyszłości.

Po pierwsze, mowa o prekaryzacji pracy i dochodu z niej czerpanego – praca staje się coraz bardziej elastyczna, niepewna, nieregularna, a pensje niekoniecznie pozwalają na godne życie (zjawisko pracujących biednych). Pandemia ujawnia skalę rozpowszechnienia tego rodzaju prac w gospodarce – w Stanach Zjednoczonych już teraz wnioski o zasiłek dla bezrobotnych złożyła rekordowa liczba 6,6 miliona osób, co stanowi najwyższy jednorazowy wzrost bezrobocia w historii tego kraju. W warunkach zamknięcia gospodarki poszukiwanie nowego zatrudnienia graniczy z niemożliwością – przemieszczanie się jest ograniczone, całe sektory gospodarki są zamknięte, a warunki do inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy są najgorsze z możliwych. Szybkie zagwarantowanie dochodu wydaje się w tej sytuacji naglącą koniecznością – nie tylko po to, by zapewnić wszystkim minimalne środki do życia, ale także, żeby podtrzymać popyt, umożliwić spłatę kredytów czy zobowiązań czynszowych.

Po drugie, jeśli już jesteśmy przy temacie zasiłków: nagły wzrost bezrobocia kieruje naszą uwagę na słabość zabezpieczenia społecznego dla osób tracących pracę. Póki bezrobocie było zjawiskiem marginalnym, a w Polsce trąbiono wręcz o braku rąk do pracy, również zasiłkom dla bezrobotnych poświęcano marginalne zainteresowane. Teraz, gdy widmo życia za 689,12 zł czy nawet 861,40 zł zaczyna dotyczyć większej grupy pracowników, dla których rynek pracy się zamknął, zmiany wydają się konieczne.

Po trzecie, zwolennicy BDP wskazują na zbiurokratyzowany i stygmatyzujący charakter zasiłków. O pomoc z Powiatowego Urzędu Pracy trzeba się ubiegać, przedstawiać niezbędne dokumenty, stawiać się na wizyty, odpowiadać na niekoniecznie satysfakcjonujące oferty pracy – pandemia czyni te aktywności jeszcze bardziej problematycznymi. Ponadto istnienie selektywnych zasiłków przyczynia się do stygmatyzowania osób bezrobotnych jako leniwych i pasożytujących na pracujących. Bezwarunkowość BDP pozwala sprostać obu tym problemom – to rozwiązanie łatwe do szybkiego wprowadzenia i promujące obywatelską, równościową opowieść o społeczeństwie. Polski rząd mógłby w tym zakresie skorzystać z doświadczeń z 500+ – BDP można przedstawić jako rozwiązanie pogłębiające już ten znany, sprawnie działający i cieszący się poparciem społecznym program.

Po czwarte, BDP prezentowane bywa jako remedium na bezrobocie o charakterze systemowym, które nie wynika z osobistych niepowodzeń jednostki w poszukiwaniu pracy. Jego orędownicy od dawna głosili, że w obliczu robotyzacji wiele miejsc pracy może przestać istnieć i niekoniecznie zostaną one zastąpione w innych sektorach – w tym ujęciu BDP jest pewną rekompensatą za te niekorzystne dla pracowników zmiany technologiczno-organizacyjne. W naszej sytuacji byłoby po prostu rekompensatą za wpływ pandemii na rynek pracy.

Po piąte, BDP byłoby społecznym uznaniem dla wielu form pracy, które są obecnie niedowartościowane lub nieopłacone – domowej, wychowawczej, opiekuńczej, społecznej, kulturotwórczej, dla środowiska. Wagę tego rodzaju prac lepiej dostrzegamy właśnie pod wpływem zmagań z koronawirusem, gdy na pierwszym froncie znajdują się pielęgniarki, kasjerki, kurierzy, dostawcy pizzy, opiekunki w domach starców. Pandemia przypomina nam także, jak bardzo reprodukcja społeczeństwa jest zależna od reprodukcji środowiska – być może nie wszystkie prace, które mają na celu przede wszystkim zysk, powinny zostać odbudowane po kryzysie, a zamiast nich należy wspierać i zapewniać godziwy dochód za prace, które przyczyniają się do dobrostanu społeczeństwa i do zrównoważonego rozwoju. BDP, zwłaszcza wprowadzony z szeregiem proekologicznych reform, mógłby przyczynić się do odejścia od fetyszu wzrostu gospodarczego – być może te kilka miesięcy pandemii to w pewnym sensie eksperyment ze społeczeństwem post-wzrostowym, podczas którego wypracujemy rozwiązania pozwalające nam się zmierzyć ze zmianą klimatyczną.

Po szóste wreszcie, BDP może wzmocnić siłę przetargową pracowników i ich zdolność do odmowy narzuconej pracy. Nie chodzi tu wyłącznie o walkę o lepsze płace, ale również o osłabienie głośnego fenomenu „pracy bez sensu” (bullshit jobs), opisanego przez Davida Graebera. Posyłamy zastępy młodych, coraz lepiej wykształconych pracowników do alienujących i niedających poczucia sensu prac w usługach, call center czy outsourcingu, podczas gdy potrzebujemy ich kompetencji, zapału i marzeń o lepszym świecie – zanim je stracą – do zbiorowej przemiany cywilizacyjnej, o której pilności i wadze pandemia dotkliwie nam przypomina. BDP może nieco wzmocnić możliwość świadomego decydowania o tym, kim chcemy być dla społeczeństwa – zapewnić nam dozę przywileju, który część z nas obecnie zyskała: pozostania w domu, zatrzymania się i pomyślenia o tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Dzisiaj wprowadzenie BDP oznaczałoby też, że część pracowników, którzy nie mają tego przywileju – tych, którzy pakują dla nas, zbunkrowanych w naszych domach, książki w halach Amazona albo dowożą nam pizzę – mogłaby zatroszczyć się o zdrowie swoje i swoich bliskich, zrezygnować z pracy, która nie jest w tym momencie niezbędna i zostać w domu. Jako społeczeństwo mamy w najbliższych tygodniach do wykonania jedno wielkie zbiorowe zadanie: wygrać z koronawirusem. Dochód dla wszystkich byłby zapłatą za to, że troszczymy się o siebie i próbujemy się wzajemnie nie zarażać. Skoro wirus nie uznaje podziałów społecznych, walka z nim także powinna je przekraczać.

Nie stać nas na rezygnację z BDP

Oczywiście zasadnicze pytanie dotyczy tego, czy stać nas na BDP i w jakiej wysokości powinien być wypłacany. Złośliwi powiedzieliby, że skoro po światowym kryzysie finansowym 2007–2008 stać nas było na pomoc dla banków, to tym razem możemy pomóc obywatelom. Można także odpowiedzieć, że dziś nie stać nas na rezygnację z BDP – jeśli nie zagwarantujemy dochodu i prospołecznych warunków odbudowy gospodarczej, koszty zaniechań, również te polityczne, będą znacznie wyższe niż sfinansowanie BDP. Przechodząc na poziom ekonomicznych konkretów, okazuje się, że dochód gwarantowany zyskuje dziś nieoczekiwanych zwolenników. Były kandydat probiznesowych Republikanów na prezydenta USA, senator Mitt Romney, wezwał do wypłacania każdemu Amerykaninowi 1000 dolarów. Publikacje rekomendujące wprowadzenie BDP w warunkach pandemii pojawiły się nawet w „Financial Times”. W Europie ekonomiści wystosowali petycję, w której domagają się, żeby świadczenie finansowała Unia Europejska – miałoby to niezwykle istotny ciężar symboliczny w sytuacji, gdy kraje członkowskie obwiniają się o brak solidarności w reakcji na pandemię.

Jedno jest pewne: interwencje rządowe będą ogromne, a od tego, kto będzie ich beneficjentem, a kto za nie zapłaci, zależeć będzie, czy świat po pandemii będzie światem dla mrówek czy dla mrówkojadów.


dr Łukasz Moll, Instytut Socjologii

Dodane przez: Agata Kreska

14 kw. 2020

ostatnia modyfikacja: 22 cze 2020