Strona używa plików cookies więcej

Kartka z przeszłości

Edward Czapiewski: Marzec ’68 i jego następstwa

W 1994 r. swoje wspomnienia i refleksje dotyczące wydarzeń marcowych opublikował ich uczestnik Edward Czapiewski – wówczas student historii, później przez wiele lat wykładowca i profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, dzisiaj związany z Dolnośląską Szkołą Wyższą we Wrocławiu. Wspomnienia profesora publikujemy za jego zgodą.
Za: Edward Czapiewski, Marzec 1968 roku i jego następstwa w moich wspomnieniach [w:] Studia i materiały z dziejów Uniwersytetu Wrocławskiego, t. III, pod red. Teresy Kulak i Wojciecha Wrzesińskiego, t. III, Wrocław 1994, s. 221–235.

Wydarzenia marcowe mają już swoją bogatą literaturę pamiętnikarską. Pisząc niniejsze wspomnienie, chciałbym w miarę możliwości przekazać swoje myśli i spostrzeżenia z tamtego okresu. Staram się odtworzyć także swoje ówczesne myślenie w nadziei przyczynienia się do pełniejszego ukazania sposobów reagowania i poglądów jakiejś części ówczesnego młodego pokolenia. Pomocne w tym zamiarze będą zapiski, które wówczas prowadziłem, a które obok osobistych zapisów przeżyć zawierały także oceny polityczne. Chronologicznie wspomnienia dotyczą okresu od listopada 1967 r. do września 1968 r. Tematycznie zapis pamiętnikarski dotyczy przede wszystkim sytuacji na moim macierzystym Uniwersytecie Wrocławskim.

Początek nowego roku akademickiego 1967/68 nie zwiastował tak burzliwych zdarzeń. Byłem wówczas studentem II roku historii na Wydziale Filozoficzno-Historycznym. Poza Zrzeszeniem Studentów Polskich, które miało wówczas charakter organizacji związkowej studentów, nie należałem do innych stowarzyszeń. Podobnie jak wielu z ówczesnych młodych ludzi byłem człowiekiem typu homo politicus, ale bez identyfikowania się politycznego. Z domu wyniosłem poszanowanie dla obowiązujących zasad moralnych, a także przekonanie o potrzebie akceptacji socjalizmu, jako ustroju sprawiedliwości społecznej, pomimo jego widocznych skażeń. Potocznie w skrócie ujmowano to w następujący sposób: to ludzie są winni, że jest źle, natomiast zasady ustrojowe są dobre. Czytałem wówczas sporo prasy, lubiłem dyskusje, podczas których broniłem zasad socjalizmu i dostrzegałem potrzebę zmian, ale poprzez czynne uczestnictwo w życiu politycznym. Jeszcze przed studiami działałem trochę w Związku Młodzieży Wiejskiej. Kształciłem się wówczas głównie na podstawie lektury tygodnika „Polityka”. Praktycznie poza wiedzą podręcznikową nie znałem marksizmu. Nie czytałem lektur klasyków marksizmu, wydawało mi się, że wystarczy wiedza podręcznikowa i poglądy oparte na zasadzie wyznania wiary, brakowało jednak rozumowego poznania. Interesowała mnie także religia jako sama w sobie, jeszcze w liceum uczęszczałem z ciekawości na lekcje religii, natomiast nie należałem do społeczności katolickiej. Przestałem uczęszczać do kościoła w 1960 r., kiedy zraziłem się do księży. Nie przeszkadzało mi to ani przyjaźnić się z katolikami, ani [uczestniczyć] w dyskusjach na temat zasad wiary. Wówczas na studiach było sporo młodzieży obojętnej religijnie lub wyznającej wiarę poprzez uczęszczanie do kościoła, ale bardzo słabo przygotowaną do podejmowania dyskusji na temat religii, Kościoła itp. Wielu z kolegów, których miałem możność poznać później, w dyskusjach nie podejmowało tego wątku, ponieważ pamiętali o możliwych szykanach. Opinie „klerykał”, „zagorzały katolik” mogły być główną przyczyną uniemożliwiającą karierę uniwersytecką. Zwracam na te problemy uwagę, ponieważ tłumaczy to w dużym stopniu praktycznie nieobecność Kościoła w czasie wydarzeń marcowych na uniwersytetach. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach siedemdziesiątych, kiedy komunizm wszedł w swoją fazę schyłkową.

Wczesną jesienią pochłaniały nas zajęcia, lektury i życie towarzyskie. Pamiętam wielogodzinne dyskusje polityczne o tym, jak jest źle w kraju, mówiło się o ciszy i martwocie. Ogólnie stwierdzaliśmy, że jest marazm i tyle. Żadna z organizacji studenckich nie miała dla nas wystarczającej wartości i nie zachęcała do czynnego włączenia się w jej działalność. Praktycznie nie mówiło się o stronie bytu materialnego. Uznawaliśmy, że jest znośnie: obiady kosztowały 4,20 zł, śniadania i kolacje po około 2 zł. Mając niewielkie zasoby gotówkowe z domu i stypendium socjalne (300 lub 600 zł), można było wcale nieźle żyć. Zresztą w pogardzie wówczas były nastroje konsumpcyjne. Doskwierała bardziej nuda polityczna na uczelniach i szarość życia codziennego. Byliśmy niezadowoleni z ZSP, ponieważ uważaliśmy, że organizacja ta daje niewiele, a jest przystanią dla cwaniaków i wiecznych działaczy. Spierając się o sens czy bezsens działania, wzięliśmy udział w wyborach do władz ZSP, aby próbować coś zmienić, a także znaleźć swój sens życia.

Na przełomie lutego i marca 1968 r. odbyły się wybory w ZSP do szczebla wydziałowego włącznie. O ile dobrze pamiętam, dziewiątego, najpóźniej dziesiątego marca odbyła się konferencja wyborcza ZSP na szczeblu uczelnianym. Konferencja tradycyjnie przebiegała spokojnie. W pewnym momencie na sali pojawił się przewodniczący Rady Okręgowej ZSP we Wrocławiu Paweł
Chocholak i w krótkich słowach powiadomił nas o zajściach w Warszawie i pobiciu studentów. Odczytał kilkuzdaniową rezolucję potępiającą w naszym imieniu pobicie studentów i domagającą się ujawnienia faktów oraz wyciągnięcia wniosków wobec winnych. Po raz pierwszy spotkało nas takie zdarzenie i bez większych dyskusji uchwaliliśmy chyba jednogłośnie proponowaną rezolucję. Chocholak wybiegł z sali i, jak się później dowiedziałem, zaczął gromadzić przypadkowych studentów pod szermierzem, skąd przeniesiono się do Auli Leopoldina. Zdarzenie opowiadał mi Józef Stępień, który wziął czynny udział w tym spotkaniu. Bardzo szybko zgromadziła się spora liczba studentów, zaczęła się ostra dyskusja, w której odrzucono rezolucję Chocholaka i zaczęto formułować pierwsze postulaty studenckie. Kiedy przyjechałem do „akademika”, dowiedziałem się o dyskusjach na Politechnice i o naszej uniwersyteckiej. Studenci zgromadzeni tam postanowili spotkać się jeszcze raz, aby przedyskutować zgłaszane postulaty. Niestety, nie pamiętam, czy już wówczas wyłoniło się pierwsze prowizoryczne kierownictwo, ale sądząc z późniejszych zdarzeń, nastąpiło to dopiero na wiecu.

Dyskusję podgrzało nie tyle wystąpienie Chocholaka, nie wiadomo na ile spontaniczne, w co wątpię, a na ile inspirowane przez władze partyjne. Prawdziwa dyskusja rozgorzała wieczorem dziewiątego lub dziesiątego marca, kiedy do domów studenckich przybył na polecenie władz zwierzchnich aktyw partyjny z profesorami na czele. Później dowiedziałem się, że w „Szklanym Domu” studenci wygwizdali i zagłuszyli docenta filozofii Jarosława Ładosza za typowo marksistowskie ujęcie i obronę akcji podjętej przeciw studentom w Warszawie. Kłopoty ze studentami miał także profesor Henryk Zieliński, ale bliżej nie dowiedziałem się przyczyn sporu. W moim akademiku był dr Leszek Budziszewski, z którym był jeszcze ktoś, ale nazwiska nie pomnę. Ja przyszedłem później na spotkanie, ponieważ wróciłem późno po zajęciach. Spotkanie przeciągnęło się do około północy. Dr Budziszewski wraz z osobą towarzyszącą zapisywał nasze postulaty dotyczące zarówno warunków życia w domach akademickich, jak też uwagi ogólne o warunkach bytu studenckiego, a także dotyczące poprawy warunków studiowania, zmian w dydaktyce, potrzeby otwartych dyskusji itp. W czasie tego spotkania zabrałem również głos. Prosiłem o przekazanie naszych postulatów wyżej do władz partyjnych i przestrzegałem przed gwałtownym wybuchem niezadowolenia. Zgłosiłem kilka drobniejszych postulatów, ale zawołano, że już były zgłaszane. W trakcie dyskusji ludzie wymieniali się stopniowo w sali telewizyjnej na górnym piętrze. Ci, co byli wcześniej, powiedzieli swoje i jakaś część poszła do siebie, przychodzili następni i zgłaszali często podobne postulaty, toteż naturalne było, że około północy uznaliśmy spotkanie za zakończone. Budziszewski odniósł sukces, ponieważ nie próbował walczyć o tzw. pryncypia, ale wysłuchał nas, zapisał postulaty i często zgadzał się z nimi. Ta taktyka, a prawdopodobnie przekonanie, pozwoliły jemu wyjść od nas z twarzą. Z późniejszych działań Budziszewskiego pamiętam jego konkretność i rzeczowość, bez uciekania się do marksistowskiej kazuistyki, co zjednywało jemu pewien szacunek także wśród niepartyjnych.

Spotkania w domach studenckich spowodowały lawinę i stały się zaczynem wybuchu wystąpień studenckich na naszym Uniwersytecie. Następnego dnia (11) wstaliśmy wszyscy wcześnie rano, jak nigdy dotąd, na wykład prof. Władysława Czaplińskiego. Profesor zaczynał wykład o 8.00, co dla nas było barierą nie do pokonania. Wykłady Czaplińskiego cieszyły się popularnością i mimo wczesnej pory, uczęszczało zawsze nie mniej niż połowa roku. Tym razem przyszło chyba 100% naszego roku. Podświadomie oczekiwaliśmy jakiegoś komentarza do wydarzeń, wskazówek. Profesor wygłosił jednak wykład merytoryczny, dotyczący kultury francuskiej za czasów Ludwika XIV i żadnej aluzji do dziejących się wydarzeń. Pamiętam moje ówczesne rozczarowanie, ale rozumiem postawę Profesora.

Atmosfera była jednakże gorąca. Pojawiła się plotka, że w sali 104 o godz. 12.00 miał odbyć się wiec studentów naszego Wydziału. Wspólnie na roku, spontanicznie, zaczęliśmy przygotowywać plakaty i całą propagandę. Praktycznie inicjatywę przejął mój rok. Podczas gdy wiec był przygotowywany, wraz ze Staszkiem Januszewskim udaliśmy się na Wieżę (dzisiaj Instytut Geograficzny w najwyższej części gmachu głównego) [obecnie część Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego – przyp. KJ], gdzie mieściły się władze uczelniane ZSP i ZMS. Szefem Zarządu Uczelnianego ZMS był wtedy prawnik Andrzej Budzeń. Przedstawiliśmy sprawę, iż zbiera się wiec i poprosiliśmy o przybycie na zgromadzenie przedstawiciela Zarządu. Właściwie to nas obrugano za to zebranie i dowiedzieliśmy się, że to oddziaływują siły reakcyjne, a w ogóle historycy są jak zwykle reakcyjni (zdanie ówczesnej skarbniczki Zarządu). Zostaliśmy przyjęci zimno i nie otrzymaliśmy poparcia. Staszek jako przewodniczący naszego Koła powiedział, że wiec odbędzie się mimo wszystko o zapowiedzianej godzinie. Tymczasem na Wydziale wisiały już plakaty. O tym zgromadzeniu mówił nam wcześniej „spadkowy” student Jacek Grezel, przyjaciel Krzysztofa Zasunia. Wspominam o tym, ponieważ Zasuń ku zdziwieniu i chyba przerażeniu niektórych, po studiach został pracownikiem SB, a w czasie wydarzeń marcowych odegrał jedną z ważniejszych ról, wchodząc do komitetu wiecowego. Nie wiem, czy Grezel był zorientowany o właściwej roli Zasunia, miałem (o czym dowiedziałem się jakiś czas później) kłopoty po majowej wycieczce naszego roku w dydaktycznym objeździe po Małopolsce. Bawiąc się wesoło w czasie podróży w wynajętym autobusie PKS, parodiowałem wystąpienie Władysława Gomułki na spotkaniu z aktywem partyjnym zaraz po zaburzeniach studenckich (19 III). Uciechy było co niemiara, tyle że później, po wycieczce, SB wypytywało opiekunkę naszej wycieczki dr Annę Skowrońską o moją osobę. Dr Skowrońska powiedziała przytomnie, że to były takie studenckie wygłupy i sprawa rozeszła się po kościach. Grezel był jednym z czynniejszych „pomysłodawców” parodii wiecu, być może, że to on był informatorem, ale nawet po latach mam duże wątpliwości. Z wiedzy późniejszej wiem, że współpracowały z milicją osoby, które trudno było podejrzewać przez dłuższy czas o takie zamiary. Wówczas podejrzenia padły na Marka Ordyłowskiego, bo był wielbicielem wojska, przekonanym partyjnym, jak to się wówczas mówiło, i czynnym działaczem ZMS, który nie angażował się w okresie wydarzeń marcowych. Podejrzenie to było bardzo krzywdzące dla niego i, jak się później okazało, bardzo to wówczas przeżywał.

Wiec rozpoczął się trochę później. Sala była nabita. Przyszło wielu pracowników nauki, takie obowiązywało wówczas nazewnictwo. Przeważali młodzi pracownicy, ze starszych było niewielu. Wiec poprowadził S. Januszewski Staszek prowadził ten wiec prawem kaduka, nasz rok bowiem uznano za organizatorów i Staszek zgłosił się właściwie sam, bo ktoś musiał to zgromadzenie
poprowadzić. Nie było to z naszej strony świadome ani celowe, natomiast później Staszkowi przyznano niemal że diaboliczną rolę. Był on wówczas wesołym, młodym człowiekiem, o zacięciu publicznym i trochę władczym charakterze, lubił przewodzić, ale kierował się bardziej impulsami niż wyrachowaniem. Traktowaliśmy go częstokroć z przymrużeniem oka, a to z powodu jego pasji lotniczej, o której mógł opowiadać godzinami nie bacząc, że zanudza rozmówcę. Wiec toczył się właściwie sam, a rola jego młodzieńczego przywódcy ograniczała się do udzielania głosu i komentowania niektórych wystąpień. Nie był prowadzony żaden protokół i nie pamiętam, czy uchwaliliśmy jakąś rezolucję. Po dłuższej dyskusji zdecydowaliśmy, że w sprawach studenckich wypowie się zgromadzenie ogólne wszystkich studentów Uniwersytetu. Zdecydowaliśmy nasz udział w ogólnym zgromadzeniu. W czasie naszego wiecu głos zabierali pracownicy naszego kierunku. Solidaryzowali się z akcją studencką jeszcze wówczas magistrzy: Adolf Juzwenko i Andrzej Ładomirski. Dr Adam Basak podkreślił dojrzałość wypowiedzi studenckich w porównaniu do czasów, kiedy on przeżywał podobne wydarzenia w 1956 r. Zyskał on tym sobie naszą sympatię i aprobatę, a nie o to z pewnością Basakowi chodziło. Innych wystąpień pracowników nie pamiętam. Jeśli mnie pamięć nie myli, już wówczas wysunęliśmy przedstawicieli do ogólnego zgromadzenia wydziałów, aby podjąć decyzję o dalszym proteście. Następnego dnia miał odbyć się ogólny wiec Uniwersytetu.

W tym dniu dowiedzieliśmy się o pobiciu studentów w Krakowie i Katowicach oraz wygwizdaniu sekretarza gdańskiego Stanisława Kociołka na wiecu Politechniki Gdańskiej. 21 III komentowałem początek zajść: „Zaczęło się 8 III od Warszawy. Studenci tego i w ciągu następnych dni zostali pobici przez milicję. Władze oskarżyły studentów o burdy chuligańskie. Burdy były, a jakże, tylko że nie studenci, a chuligani je wywoływali, co później prasa zmuszona była przyznać”. Piszę o tym, ponieważ przed naszym ogólnym wiecem doszło do zamieszek w pobliżu PDT prawdopodobnie już jedenastego wieczorem. W zgromadzeniu, jak później dowiedzieliśmy się, nie brali udziału studenci i szybko zostało rozpędzone z użyciem siły przez milicję. Zdarzenie to miało także wpływ na nasze nastroje, ponieważ akcję tę uznaliśmy za prowokację polityczną.

Dwunastego marca o 17.00 w Auli Leopoldina odbył się ogólny wiec studencki. Samorzutni przywódcy (kierował wiecem były student, świeżo upieczony magister prawa Janusz Zaporowski) pojawili się w sposób spontaniczny. Zaporowski był prawdopodobnie już wtedy członkiem PZPR. Przedstawiony został projekt rezolucji, niestety nie zachowała się w moich zbiorach, w której była mowa między innymi o potrzebie solidarności z pobitymi studentami, upominała się o wyrzuconych studentów UW Adama Michnika i Henryka Szlajfera, o ukaranie winnych przemocy wobec studentów oraz ogłoszenia tej rezolucji w prasie. Myślę, że była w niej także mowa o solidarnym strajku. Dyskusja trwała około dwóch godzin i skupiła się nad formą naszego studenckiego protestu. W pewnym momencie pojawił się starszy, niewysoki pan o siwych włosach i przedstawił się jako nasz rektor. Był to prof. Alfred Jahn. Zaapelował on do nas dramatycznie o niewychodzenie z protestem na ulicę i pozostanie w murach uczelni. Wewnątrz Uniwersytetu zagwarantował nam pełną swobodę wypowiedzi i pełne poszanowanie dla nas pod opieką rektorską i Senatu. Zdanie Rektora przeważyło szalę, zyskał sobie salę i jej pełny szacunek. Nie potrafię oddać dramatyzmu Jego wypowiedzi, groźba naszego wyjścia na ulicę była wielka i rektor potrafił zatrzymać nas w murach uczelni. Było to Jego wielkie zwycięstwo, ponieważ w dotychczasowych wydarzeniach był to precedens. Rezolucja proklamowała czterdziestoośmiogodzinny wiec okupacyjny od godz. 14.00 dnia 14 III, aż do 16 III, jeżeli nie zostanie w całości ogłoszona w prasie. Hasło strajku okupacyjnego (obawiano się użyć tego słowa) było zgłoszone chyba bezimiennie na sali, być może na skutek wieści napływających z Politechniki.

Zajęcia, oczywiście, nie odbywały się. Od godzin południowych zaczęliśmy napływać do gmachu głównego. Powołana już była milicja studencka w biało-czerwonych opaskach. Wpuszczano tylko pracowników nauki i studentów po okazaniu legitymacji. Sprawdzano, czy nie wnosi się alkoholu. Poszczególne wydziały kwaterowano w odpowiednich salach: mój Wydział Filozoficzno-Historyczny w sali Wincentego Pola [ob. sala im. Polonii Wrocławskiej – przyp. KJ], Matematyka-Fizyka-Chemia w sali Balzera, Filologia i chyba Nauki Przyrodnicze w Auli Leopoldina. W czasie wiecu pracowały bez przerwy Zarząd Uczelniany ZMS i nowa Rada Uczelniana ZSP. Pracował także permanentnie Komitet Uczelniany PZPR, obecny był wciąż rektor i członkowie Senatu, przynajmniej na obradach. Główne dyskusje odbywały się w Auli Leopoldina. Właściwa część wiecu trwała do późnych godzin nocnych 15 III. W późniejszym okresie formułowano w partii pretensje pod adresem swoich członków, co prawda bezosobowo, że nie udzielili jej wystarczającej pomocy w tych trudnych dniach.

W dniu 14 III dyskutowaliśmy w auli projekt rezolucji przygotowany przez komitet wiecowy. Na zebraniach w poszczególnych salach każdy wydział desygnował do tego komitetu wybranych przez siebie przedstawicieli. Weszli do niego wspomniany już K. Zasuń, a z mego roku koledzy: J. Stępień i S. Januszewski. Zasada wyboru była prosta: wybieraliśmy tęgo gardłujących mówców i do tego radykalnych, przynajmniej w mowie. Dopiero później okazało się, jak niedojrzale wybraliśmy, bez bliższego przyjrzenia się kandydatowi. Wtedy wydawało się, że skoro mamy rację, to zwyciężymy. Już w pierwszym dniu okazało się, że są różne racje. Komitet strajkowy obradował dość długo. Doszło do zerwania zarówno z Radą Uczelnianą ZSP, jak i Zarządem Uczelnianym ZMS. Wszystkie trzy grupy obradowały osobno. Okazało się wówczas, że organizacje oficjalne (w tym ZSP) nie mają poparcia w masie studenckiej. Rezolucja została wypracowana przez nasz komitet wiecowy wspólnie z przedstawicielami innych uczelni, głównie Politechniki. Między tymi uczelniami były najsilniejsze więzy.

Podjęto dyskusję nad rezolucją. Chwilami niektórym dyskutantom przerywała sala, dotyczyło to głównie partyjnych studentów. Meritum sporu nie pamiętam, ale spory dotyczyły ideologii, zakresu zajęć politycznych, którymi wówczas były ekonomia polityczna i filozofia. Nauk politycznych nie mieliśmy wtedy jako przedmiotu zajęć. Przeciwdziałając sali, zagłuszani odpowiadali: skoro jest demokracja, w takim razie inne poglądy mogą być również głoszone. Rezolucja nie spotkała większych oporów. Poprawki dotyczyły szczegółów. Nie poparto wniosku idącego najdalej, o pełne poparcie dla rządu i Gomułki. Od początku widoczna była pewna ugodowość ruchu studenckiego, nie występowania przeciw polityce rządu i PZPR. Dopiero później doszło do wyraźniejszych tendencji krytycznych. Rezolucja po poprawkach została uchwalona przez wszystkie wiecujące uczelnie. Przytaczam ją w całości.

„My córki, synowie robotników, chłopów i inteligencji pracującej, studenci Wyższych Uczelni m. Wrocławia odzyskanego dla macierzy po latach niewoli i germanizacji — zdecydowanie i świadomie stojący na pozycjach socjalizmu, powodowani głęboką troską o dobro Państwa i Narodu występujemy z niniejszym programem:
1. W całej rozciągłości popieramy rezolucję studentów Politechniki Warszawskiej z 13 III br.
2. Uznajemy i popieramy kierowniczą rolę klasy robotniczej naszego kraju i jednocześnie przeciwstawiamy się wszelkim próbom skłócenia robotników z młodzieżą akademicką.
3. Żądamy rzetelnej informacji i dyskusji na temat najistotniejszych problemów nurtujących nasze społeczeństwo.
4. Domagamy się zaprzestania szerzenia wrogich socjalizmowi idei antysemickich.
5. Oświadczamy, że obce są nam jakiekolwiek intencje wyrażające się w popieraniu akcji mających na celu powrót do sytuacji sprzed 1956 r. i powrót na kierownicze stanowiska ludzi skompromitowanych w tym okresie.
6. Zawsze będziemy bronić pięknych, chlubnych tradycji swobodnego i demokratycznego rozwoju kultury polskiej.
7. Popieramy politykę zagraniczną naszego Rządu.
8. Odcinamy się od tych wszystkich, którzy chcą wykorzystać nasz ruch w rozgrywkach politycznych.
9. Solidaryzujemy się ze zgodnym z naszą postawą ruchem akademickim w kraju.
10. Żądamy ukarania winnych podjęcia brutalnych akcji przeciw młodzieży akademickiej demonstrującej w Warszawie i w innych ośrodkach.
11. Odcinamy się od prowokacyjnych haseł rozpowszechnianych przez elementy o tendencjach antypaństwowych, antysocjalistycznych i antyradzieckich obcych środowisku akademickiemu Wrocławia.
12. Żądamy powołania nadzwyczajnej Komisji Sejmowej dla wyjaśnienia wszystkich okoliczności zajść we wszystkich ośrodkach akademickich.
13. Żądamy przywrócenia instytucji obrony w Senackich Komisjach Dyscyplinarnych.
14. Przyjmujemy na siebie pełną odpowiedzialność jako ludzie pełnoletni i świadomi za naszą postawę i wystąpienia — żądamy zapewnienia, że nie obarczy się odpowiedzialnością za nasz udział w ruchu studenckim naszych rodziców i kadry dydaktyczno-naukowej.
15. Żądamy, aby kompetentne czynniki zapewniły, że nie zostaną wyciągnięte jakiekolwiek konsekwencje karne i dyscyplinarne wobec studentów biorących udział w wiecu i zabierających głos w dyskusji.
16. Żądamy w trybie natychmiastowym uwolnienia studentów i intelektualistów przebywających obecnie w więzieniach.
17. Solidaryzujemy się z walką literatów o większe swobody demokratyczne i żądamy ograniczenia cenzury.
18. Żądamy przeproszenia studentów za kłamliwe i obraźliwe informacje podane przez prasę, radio i telewizję.
Ogłaszamy 48-godzinny Wiec Okupacyjny na terenie wszystkich wyższych Uczelni Wrocławia.
Jeżeli w ciągu 48 godzin nie zostaną opublikowane nasze postulaty w prasie, radiu i telewizji, zmuszeni będziemy podjąć dalsze decyzje.
Wzywamy do przybycia na teren Uczelni odpowiedzialnej osoby z KW PZPR celem przedyskutowania zaistniałej sytuacji.
Studenci Wyższych Uczelni M. Wrocławia, dnia 14 III 1968 r.”

Rezolucja oddawała chyba w pełni nasz ówczesny sposób myślenia. Jeden z partyjnych studentów (IV rok historii) stwierdził wtedy, że po co właściwie strajkujemy, skoro nie występujemy przeciw rządowi i partii. Był to Adam Siemek, wygwizdany wówczas. Trudno jednak po latach nie przyznać jemu słuszności (zmarł tragicznie na początku lat siedemdziesiątych), rezolucja była rzeczywiście kompromisowa i w treści swej nie godziła w partię i tzw. pryncypia ustrojowe, ale właściwie cały ruch był skierowany przeciw dotychczasowym układom, co znakomicie rozumiano u góry. Nam wydawało się, że te nieporozumienia zostaną szybko wyjaśnione i w ogromnej części wierzyliśmy, że ustrój komunistyczny jest reformowalny.

Wyjaśnić należy podłoże niektórych punktów rezolucji. W punkcie czwartym domagaliśmy się zaprzestania szerzenia idei antysemickich. Nie był to punkt wymyślony na naszym Uniwersytecie, ale przeniesiony z Warszawy, przyjęty przez nas bezkrytycznie, chociaż problemy pojawiły się później, kiedy doszło do akcji przeciwżydowskiej. W punkcie piątym chodziło głównie o takich ludzi, jak Roman Zambrowski czy Staszewski. To był sukces propagandy partyjnej. Straszono nas przed powrotem stalinizmu, a tacy ludzie, jak wyżej wymienieni, uchodzili za „farbowane lisy”. W punkcie siódmym sprawa dotyczyła polityki wobec Niemiec. Kwestia ZSRR stanowiła milczące tabu, co oznaczało także odcinanie się od haseł antyradzieckich, jak w p. 11. Usiłowaliśmy rozwiązać przysłowiową kwadraturę koła, o czym świadczyły rozmowy o obecności radzieckiej w latach pięćdziesiątych czy polityce wykorzystywania nas przez RWPG. Pytań o sprawy stosunków polsko-radzieckich było mnóstwo, ale nie znalazły one uwzględnienia w rezolucji, aby nie pomówiono nas o tendencje antyradzieckie. Zresztą później znaleziono znakomity wytrych, przerzucając całą winę na ludzi pochodzenia żydowskiego za zawierane kontrakty z ZSRR, a także odpowiedzialność za wszystkie zbrodnie UB.

Punkt ósmy świadczył tylko o wielkiej naiwności studentów. Punkt dziesiąty, jeśli dobrze pamiętam, już wówczas wywołał kontrowersje. Ktoś z naukowców partyjnych zwrócił naszą uwagę, że władza nie może tego uczynić, bo to ona wydała rozkaz walki z demonstrantami i nie może podcinać gałęzi, na której siedzi. Być może sąd ten był wypowiedziany później, ale w każdym razie w okresie tych gorących wydarzeń. W punkcie jedenastym studenci podkreślali czystość intencji swojego ruchu. Właściwie tylko punkt 13. dotyczył spraw czysto studenckich. Pojawiły się także sprawy materialne, ale uznaliśmy, że eksponowanie tego problemu byłoby wykorzystane przeciwko nam. Poza tym jakoś nie wypadało upominać się o pełniejszą miskę, skoro w kraju inni mają gorzej. Zresztą nasze aspiracje materialne nie były wówczas wysokie i panowała pewna pogarda dla życia wyłącznie konsumpcyjnego,chociaż nie wszyscy hołdowali temu stanowisku. Młodzież „bananowa” (tak nazywano młodzież z bogatych rodzin) budziła raczej pogardę i niechęć swojego wystawnego stylu bycia. Kult materializmu był potępiony. Był to także sukces propagandy, ale i spadek poprzednich lat.

Punkt piętnasty był dość specyficzny i wynikał z doświadczeń wcześniejszych lat, kiedy do odpowiedzialności pociągano także rodziców młodzieży. Troska nasza wynikała także o naszych nauczycieli akademickich, z których przeważająca część była bezpartyjna, a przebywali z nami na wiecu. Prócz wymienionych wyżej pamiętam dobrze także tych, którzy mieli z nami zajęcia dydaktyczne: mgr. A. Ładomirskiego, dr. Bronisława Turonia, łubianą przez nas, szczególnie jako przyjaciółkę i powiernicę także życiowych kłopotów studenckich, dr Annę Skowrońską. Przeważali pracownicy bezpartyjni, ale mile zapamiętaliśmy także członkinię partii dr Leokadię Matusik. Naukowcy ci i inni nie wymienieni przeze mnie byli z nami cały czas, co w jakiś sposób dodawało nam ducha. Pracownicy uczestniczyli także żywo w dyskusji. Słuchali z nami i komentowali audycje „Wolnej Europy”. Część nauczycieli wracała na noc do domu. Zrozumiała była zatem nasza chęć uchronienia ich od ewentualnych represji. Wprowadzenie tego punktu wynikło z naszej inicjatywy, a nie pracowników nauki.

Przyjęcie rezolucji było tylko wstępną fazą wiecu okupacyjnego. Nazwę wiec przyjęliśmy, aby uniknąć nazwy strajk. Wiec, jak zapisałem w kilka dni po wydarzeniach, „był najlepszym rozwiązaniem, bo mieliśmy wyjść na ulicę, co spowodowałoby interwencję MO i w konsekwencji dałoby masakrę krakowską, warszawską czy gdańską”. Praktycznie najwięcej czasu zabierały permanentne dyskusje, które najwytrwalsi ciągnęli do rana. Dyskusje toczyły się głównie w Auli, ale również w innych salach podejmowano rozmowy, często o własnych sprawach wydziałowych, lub zwykłe rozmowy towarzyskie.

Skąd pochodziły pieniądze? Nadchodziły z zakładów pracy, zbierane były także przez rodziców studentów. Pieniądze dostarczyły osoby prywatne, anonimowo otrzymaliśmy od rzemieślników. Ofiarność społeczeństwa była wielka. Jednym z przemiłych akcentów było wniesienie na rękach delegacji kominiarzy, którzy przyszli oficjalnie jako przedstawiciele cechu kominiarzy i dostarczyli strajkującym studentom pieniądze oraz chyba żywność. Podobnie działo się na Politechnice. Nie wiem, jak było na innych uczelniach, ale tylko te dwie uczelnie (w sensie liczbowym) były tak mocno zaangażowane w strajk. Wiecującym starano się dostarczyć także żywność. Przede wszystkim jedzenie dostarczały nam stołówki. Pod adresem naszych pań kucharek kierowaliśmy również nasze pozdrowienia i podziękowania. Została zorganizowana specjalna grupa prowiantowa, która zapewniała sprawne organizowanie i dostarczanie żywności.

Nie było też, o ile dobrze pamiętam, kłopotów z piciem alkoholu. Surowo egzekwowano zakaz picia. Próba wniesienia alkoholu lub picie go podczas wiecu powodowało automatyczne usunięcie przez służbę porządkową. Kłopoty sprawiało wchodzenie i wychodzenie z gmachu strajkowego. Komitet wiecowy apelował o pozostawanie na miejscu, ale fluktuacja była spora. Jedni przychodzili, inni wychodzili, chociaż gmach był wypełniony w sumie masą studencką. Najwięcej ludzi opuszczało gmach na noc. Dotyczyło to głównie studentów miejscowych. Poza tym, głównie panie, udawały się do domu czy akademika, aby się wykąpać. Trzeba powiedzieć też o innej stronie. Z natury młodości wynikała także chęć bliższych zbliżeń. Nie przypominam sobie, aby obowiązywały w tej materii jakieś zakazy. Była to sfera raczej obyczaju, kultury niż zakazu. Dość często spotykało się i na sali, w korytarzach, i bardziej ustronnych miejscach pary nie tylko czulące się do siebie. Trochę mnie to osobiście oburzało. Tutaj rewolucja, dzieją się wielkie rzeczy, a oni jak na pikniku. Sprawy te później wyolbrzymiano, mówiąc o nastroju pikniku i swobodzie obyczaju. Panowała jednak dyscyplina i starano się utrzymać porządek, a nie było to rzeczą łatwą.

W swoim dzienniku napisałem entuzjastycznie, że w wiecu uczestniczyło 3/4 studentów naszego Uniwersytetu. Wymienione przeze mnie sale były wypełnione całkowicie. Zakładając fluktuację, w strajku marcowym uczestniczyło w sumie około 50% studentów. Trudno doliczyć tych, którzy przyszli na 2–3 godziny, bądź tych, którzy przebywali tutaj służbowo z ramienia rozmaitych organizacji lub instytucji specjalnych. Z mojego roku, bardzo przecież aktywnego, uczestniczyło około 60% studentów. W wydarzeniach brali udział głównie studenci z I i II lat studiów, najmniej zaś z lat piątych.

Oprócz Komitetu Wiecowego były inne ośrodki władzy. Wspomniana już przeze mnie „Wieża” z obiema organizacjami młodzieżowymi. Główne nici biegły jednak do Komitetu Uczelnianego PZPR, ośrodkiem władzy i inspiracji był Senat z rektorem Jahnem na czele. W swoim dzienniczku komentowałem sytuację w ten sposób: „Większa część naukowców na czele z Rektorem i Senatem wiecowała z nami. Część naukowców (partyjniacy) byli po to, aby skłonić młodzież do rozejścia się. Byli i tacy wśród studentów — ZMS, do którego także ja należę. ZMS i Partia prowadziły rozbijacką politykę (nie wszyscy), lecz nie odnieśli zwycięstwa dzięki zdecydowanej postawie studentów”. Istotnie sytuacja nie była łatwa. Jako partyjni dostaliśmy polecenie zgłoszenia się do KU PZPR. Ja nie poszedłem wówczas. Była to moja pierwsza niesubordynacja. Nie chciałem iść przeciw ruchowi, bo się z nim solidaryzowałem. Nie poszedłem także do ZMS. Tymczasem zadaniem partyjnych było skłanianie do szybkiego zakończenia naszego strajku i przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się ruchu. Instrukcje przychodziły z Komitetu Wojewódzkiego. Najostrzejsze dyskusje toczyły się w nocy z 14/15 III. Nie byłem przy tym, ale na drugi dzień dowiedziałem się, że chciano podobno niemal że zlinczować dra Hajduka (Nauki Przyrodnicze?), w opałach znalazł się także dr Czesław Buczek z mojego wydziału. Nastrój był przeciwny Komitetowi Uczelnianemu i były nawet głosy, aby usunąć PZPR z gmachu. Sytuację rozładował Rektor, który sprzeciwił się ewentualnym aktom samowoli i apelował do rozsądku w postępowaniu zgromadzonych. Rektorowi jeszcze 14 III zgotowaliśmy gorącą owację wraz z chóralnym odśpiewaniem w Auli Sto lat.

Piętnastego sytuacja pogorszyła się znacznie. Uniwersytet był oplakatowany. Wywieszone były przeróżne hasła, w tym wiele dowcipnych z satyrycznymi rysunkami. Jedno z haseł głosiło: „Witamy 5000 argumentów tow. Piłatowskiego” (ówczesny I sekretarz KW). Podobno wyraził się on, jak przekazała delegacja wysłana przez Komitet Wiecowy, że zarabia on 5 tys. zł i nie zamierza tego utracić. Tak przekazano nam esencję przemowy sekretarza. W gmachu głównym życie tętniło niczym w ulu. Miasto wiedziało, co się dzieje i tłumy ludzi przybywało pod Uniwersytet. Wiwatowano do nas z ulicy, przekazywano dalej żywność i datki pieniężne. Cieszyły ludzi hasła i malunki plakatowe. Nie mogło to pozostać bez reakcji władz. Wiec okazał się również niebezpiecznym zaczynem wybuchu. Czujki studenckie donosiły z większych zakładów pracy o pewnym narastającym fermencie. Prawdopodobnie wieści były przesadzone, ale coś w tym było, skoro reakcja władz stała się aż tak ostra.

Około południa przybył na salę wzburzony rektor i powiadomił nas, że może nastąpić akcja milicji. Istotnie gmach nasz otaczał zwarty kordon milicji. W tej sytuacji prof. Jahn ogłosił nasz wiec za zamknięty i poprosił o opuszczenie gmachu, ponieważ nie może zapewnić nam ochrony, tak jak obiecał na początku. Zwrócił on też uwagę, że w wypadku akcji milicji, spodziewał się wrzucenia do środka granatów z gazem łzawiącym, przez co ulegną poważnemu uszkodzeniu cenne freski i malowidła zarówno Auli, jak i innych pomieszczeń Uniwersytetu. Apel rektora był dramatyczny w formie. Wybuchła dyskusja.

Rektor Jahn opuścił salę, aby próbować zmienić decyzję władz, a do nas przemawiali kolejno starzy, zasłużeni profesorowie naszego Uniwersytetu, aby skłonić nas do rozejścia się. Słuchaliśmy emerytowanego już, b. rektora Edwarda Marczewskiego, który trzymając w trzęsących się rękach mikrofon zaklinał nas do opuszczenia gmachu, aby uchronić nas przed brutalnym
pobiciem. Podobnie mówił do nas prof. W. Czapliński, który podkreślał swoją bezpartyjność, a więc neutralność, perswadując zgromadzonym potrzebę opuszczenia gmachu. Było nam strasznie żal prof. Marczewskiego, ale dyskusja potoczyła się dalej. Z kolei nasi świeżo upieczeni przywódcy, a także inni mówcy, zwracali naszą uwagę na potrzebę solidarności z innymi uczelniami. Nie wiedzieliśmy przecież, co działo się w innych szkołach, a liczni mówcy krytykowali rozbijacką, jak wtedy określano, robotę partii. Szala głosów przeważyła za kontynuowaniem strajku.

Doszło do ostrych scen. W pewnej chwili stracił panowanie nad sobą dr Krystyn Matwijowski (PZPR), który agitował za przerwaniem wiecu i usiłował po raz wtóry przejąć mikrofon, przy czym doszło do wzajemnej szarpaniny. Dochodziło kilkakrotnie do ostrych kłótni i wyrywania sobie mikrofonu. Bardzo negatywnie odbieraliśmy wówczas wystąpienia przeciwne kontynuowaniuwiecu i przeciw takiemu zaangażowaniu członków partii. Dochodziło do gwizdów, tupania i wyklaskiwania. Trzeba jednakże powiedzieć, że agitującym za przerwaniem wiecu partyjnym, przynajmniej nie wszystkim, nie szło wyłącznie o karierę, ale u jakiejś części z nich motywem działania była chęć uchronienia studentów przed ewentualnym wtargnięciem milicji oraz ewentualnych konsekwencji. Ta troska przebijała także z wystąpień i z późniejszych działań minimalizujących skutki Marca 68.

Aula pękała dosłownie w szwach. Nastrój dyskusji był gorący, było bardzo duszno. Pootwierano okna. Podniosły się głosy, aby je zamknąć, bo wrzucą granaty z gazem. Pod oknami stał kordon milicji. Niektóre dziewczęta zaczęły krzyczeć, sala była bliska paniki. Okna zostały zamknięte z powrotem, co trochę uspokoiło nastroje. I chyba w tym momencie wszedł rozpromieniony rektor Jahn (jego nieobecność trwała około godziny) i ogłosił kontynuowanie wiecu, ponieważ milicja nie miała interweniować, na co uzyskał zapewnienie władz. Wiec był do końca legalny. Na konto prof. Jahna zapisałem: „Autorytet naszego Rektora wzrósł ogromnie od czasu tych burzliwych wypadków, kiedy / przekroczył nawet swe uprawnienia rektorskie, chcąc nadać legalność naszemu ruchowi”. Uszczęśliwieni tym obrotem sprawy po raz kolejny odśpiewaliśmy rektorowi Sto lat. Nie wiedzieliśmy wtedy, jak ciężkie brzemię wówczas dźwigał i jaką cenę zapłacił za epizod marcowy.

Prof. Jahn z okazji spotkania w 20. rocznicę Marca powiedział trochę więcej o swej trudnej wówczas sytuacji. Wywierano na niego w KW wprost brutalny nacisk, aby nie dopuścił do wiecu, bo był to pomysł rektora, aby uniknąć brutalnego potraktowania studentów. Zaciekle bronił nas przed interwencją milicji, czym groziły władze partyjne. Udało mu się w końcu przekonać je o potrzebie zaniechania interwencji. Cenę za swoją samodzielność zapłacił wysoką. W konsekwencji utracił on nie tylko stanowisko rektora naszej uczelni, ale pozbawiono go także innych funkcji i stanowisk oraz zmuszony został do odejścia z Uniwersytetu. Po dwudziestu latach otrzymał satysfakcję moralną, kiedy zupełnie inne pokolenie studentów zgotowało rektorowi owację na stojąco.

Władze partyjne rozpoczęły naciski na wcześniejsze zakończenie wiecu. W czasie tych ostrych wydarzeń pewna część studentów nie wytrwała i po jakimś czasie opuściła gmach. Frekwencja wśród strajkujących zmalała. Zmęczenie i przeżyte emocje brały górę. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z brutalnością systemu. Dochodziły nas słuchy, że milicjanci legitymują przechodniów i wyłapują studentów w pobliżu Uniwersytetu. Komitet nie zawsze panował nad sytuacją. Pełną parą działali aktywiści partyjni przy pomocy aktywu ZMS, aby przyspieszyć zakończenie strajku. W nocy zaczęły krążyć sprzeczne wiadomości. Jedni mówili, że kontynuujemy strajk do 14.00 w dniu 16 III, inni, że tylko do godziny siódmej rano. W ciągu nocy, a bardziej od wczesnego rana, studenci zaczęli opuszczać gmach w niedużych kilkuosobowych grupach. Akcją kierował komitet strajkowy (jak okazało się później, zdania były podzielone) i pracownicy naukowi, chyba głównie partyjni. Te różne sprzeczne opinie, dyskusje o potrzebie wcześniejszego opuszczenia budynku nastrajały jeszcze bardziej negatywnie do partii. Zmęczenie i brak snu zrobiły swoje i powoli opuszczaliśmy gmach. Komitet strajkowy i grupa wytrwałych opuściły budynek dopiero o czternastej. Ja z Włodkiem Suleją wyszliśmy o siódmej rano. Po drodze kupiliśmy „Gazetę Robotniczą”, ponieważ miała ukazać się w niej nasza rezolucja, ale przeczytałem zupełnie coś innego.

Artykuł w „Gazecie Robotniczej” (16–17 III) był dla mnie dużym zaskoczeniem i wywołał uczucie upokorzenia. W enuncjacji „Jeszcze o spotkaniach wrocławskich studentów” redakcja poinformowała o wcześniejszych spotkaniach studentów z wykładowcami w domach akademickich i na wydziałach. W „pełni szczere rozmowy”, w trakcie których studenci otrzymali informacje o wydarzeniach w Warszawie, nie wpłynęły na rozwagę w ich działaniach. Redakcja przedstawiła, jej zdaniem, dobre fragmenty rezolucji oraz te, „z którymi w żadnym wypadku nie sposób się zgodzić”. Redaktorzy zwracali uwagę autorom rezolucji, że pomylili syjonizm z antysemityzmem, ponieważ władze państwowe i partyjne także zwalczały antysemityzm. „Gazeta Robotnicza” krytycznie oceniła obronę w rezolucji „prowodyrów zajść w stolicy”. Redakcja ostro pouczyła strajkującą młodzież: „Obawiamy się, że młodzież akademicka nie dość jasno rozróżnia przejawy krytyki konkretnych słabości naszego życia społecznego — od postawy na wskroś nihilistycznej, podejmującej nie tyle dyskusję, co totalny bojkot, działalność awanturniczą i warcholską, służącą nie realnym interesom kraju, ale interesom garstki politycznych bankrutów”

Podobnie „Gazeta” potraktowała żądanie ukarania winnych podjęcia brutalnej akcji wobec studentów. Odwrócono zupełnie naszą intencję: „Najlepszym zresztą przykładem nie używania siły tam, gdzie nie ma po temu drastycznych powodów, może być sytuacja w samym Wrocławiu”. Redakcja wręcz stwierdziła niedojrzałość polityczną części studentów, którzy przez fałszywie rozumianą solidarność doprowadzili do permanentnego wiecowania „stosując nawet moralny terror”. Takie zachowanie młodzieży spowodowało „niepokój i potępienie załóg robotniczych Wrocławia”. Dziennik „Słowo Polskie” (17/18 III) w artykule „Studenci wrócili do zajęć” uderzył jeszcze dotkliwiej: „I że tu, w stolicy ziem zachodnich, na którą patrzą przyjaciele i wrogowie, jak na symbol polskiej żywotności, energii, stabilizacji i pracowitości, zabraknąć może wśród części młodzieży akademickiej niezbędnej rozwagi i mądrości potrzebnych na rubieżach kraju bardziej niż gdzie indziej”. Najbardziej denerwowało wówczas potraktowanie studentów jako ludzi niedojrzałych oraz obrócenie niewątpliwych tendencji ugodowych strajkujących przeciwko ruchowi studenckiemu.

Wróciliśmy do „Parawanowca” zmęczeni mocno, brudni i nieogoleni oraz trochę podłamani artykułami w gazetach. Po drodze nie było patroli MO. Można było wreszcie wyspać się i wypocząć. Większość kolegów wypoczywała w tym czasie w akademiku. Była to dla mnie także przykra konstatacja. Nawet nie pytali nas o strajk. Tak skończył się dla mnie najważniejszy epizod wydarzeń marcowych, ale nie był to jeszcze koniec. Czekały mnie jeszcze trudne egzaminy życiowe. Łatwiej było działać w anonimowym właściwie tłumie, inaczej stało się, kiedy odpowiadało się za swoje czyny osobiście. W tych trudnych tygodniach i miesiącach zacząłem powoli zdawać egzamin życiowy, który w skrócie mogę nazwać zachowaniem przyzwoitym.

Już następny tydzień ukazał, że szanse ruchu studenckiego były coraz bardziej nikłe. Docierały do nas tylko odgłosy o podziałach wśród przywódców strajkowych. Ogłoszony został w konsekwencji bojkot zajęć na uczelniach. Władze uniwersyteckie nakazały surowo egzekwować absencję i przekazać spisy studentów nieobecnych na zajęciach władzom uczelnianym. Nie
pomogły pikiety przed niektórymi budynkami, studenci w ogromnej części nie chcieli bojkotować zajęć. W dniu bojkotu wypadły w mojej grupie ćwiczenia z nauk pomocniczych historii. Jako starosta grupy udałem się do doc. Wacława Korty i przedstawiłem jemu wolę bojkotu przez grupę i zaproponowałem, aby zajęcia odpracować w późniejszym terminie. Doc. Korta wykazał duże zrozumienie, ale przedstawił konieczność egzekwowania zajęć w tym konkretnym dniu, wskutek zarządzenia władz zwierzchnich. W tej sytuacji grupa odbyła zajęcia. Najbardziej konsekwentny był W. Suleja, który nie przyszedł na zajęcia. Docent Korta zaimponował mi wówczas. Nie wykazał żadnej absencji na zajęciach, chociaż była to nieprawda.

Trudno jest przekazać atmosferę tamtych dni. Strach zrobił także swoje. Rozpuszczane były pogłoski o możliwości odebrania stypendiów. Poza tym samo hasło bojkotu zajęć wzbudziło duże opory moralne, a także nagonka w prasie o studentach nierobach. Wyczuwało się także .powolny upadek ruchu, właściwie ślepy zaułek. Bez zaplecza społecznego trudno było sobie wyobrażać podjęcie walki z rządem czy w konsekwencji z panującym systemem. Nikt wówczas takiego hasła głośno i dobitnie nie powiedział. Jakiś czas później, kiedy wyjechałem do domu na ferie wiosenne, dyskutowałem tam o tych problemach. Znajomy moich rodziców wprost zadał mi pytanie, jakie są właściwie dążenia ruchu, skoro nie wystąpił przeciwko rządowi i nie podjął ewentualnie krytyki ustroju. Zarzucił nam miękkość i brak programu. Nie umiałem wówczas skutecznie obronić naszego postępowania i w duchu przyznałem rozmówcy rację. Był on członkiem PZPR i miał już wyrobiony pogląd w czasie szkolenia partyjnego. W terenie ruch marcowy przedstawiano zupełnie inaczej.

Wszystkie niepokojące sygnały docierały do mnie w coraz wyraźniejszy sposób. Było to już po słynnym wystąpieniu Gomułki na wiecu z aktywem warszawskim, kiedy odnotowałem w swoich zapiskach poczucie przegranej. Pisałem wówczas (24 III) buńczucznie, że w październiku przedstawię swój program reform w kraju, ale stwierdzałem także klęskę ówczesnej walki studenckiej. „Po pierwsze, nie mamy przywódcy, którego można poprzeć, jak Gomułkę w 1956 r. Po drugie, pozostanie ten sam rząd, który jeśli trochę popuści, to po kilku latach przywróci dawne porządki. Po trzecie, już teraz widać rozbicie wśród studentów, małe wyrobienie polityczne i ten tzw. słomiany zapał. Po czwarte, rząd opanowuje powoli sytuację, a represje robią swoje”. Aresztowano wielu działaczy studenckich i wcielono karnie do wojska. Duże wrażenie uczyniło także rozwiązanie dwóch wydziałów na Politechnice Wrocławskiej. Próba tworzenia konspiracji na zasadzie trójek czy piątek, hierarchicznie podporządkowanych, nie dała żadnego rezultatu. Próbowaliśmy zawiązać taką piątkę wśród kolegów, ale nic z tego nie wyszło. Sam zresztą nie miałem przekonania do idei konspiracji, co okazało się w moim przypadku dosyć trwałe.

Próbowałem rozwinąć ruch oficjalny. Nie rezygnowałem z działalności i uważałem, że studenci muszą wyrobić się politycznie. Mimo pewnego odgórnego oporu zaczęliśmy tworzyć koło ZMS na Wydziale. Za drugim razem, przy udziale dwudziestu kilku osób, zawiązaliśmy koło wydziałowe ZMS. Zostałem jego przewodniczącym. Miał nim zostać S. Januszewski, ale Zarząd Uczelniany ZMS postawił weto i, co gorsza, na zebraniu wskutek przewagi jednego głosu, Staszka zawieszono w organizacji. To mnie podłamało, ponieważ do zawieszenia jednym głosem przyczynił się kolega z roku. Później tłumaczył się, że pomylił się w głosowaniu. Stwierdziłem wcześniej w dzienniku, że przewodniczącym zostanę „chyba do końca tego roku akademickiego, a w przyszłym podam się do dymisji. Partia się cofa. Jeszcze trochę, a potępią studentów. Przeważające gros to karierowicze. Zaczynam się zastanawiać, czy przy takich członkach nastąpią kiedykolwiek zmiany w partii”. Zarząd ZMS pod moim kierunkiem został jednak rozwiązany wcześniej decyzją odgórną i na czele komisarycznego zarządu stanął mój późniejszy antagonista, bardzo zdolny i bezwzględny człowiek Marek Cetwiński.

W partii trwała tymczasem wewnętrzna ocena wydarzeń marcowych. Partyjni studenci obradowali w swojej grupie. Moje kłopoty zaczęły się dopiero jesienią, natomiast w kwietniu, maju nikt mnie nie atakował. Stwierdziłem wówczas na zebraniu, że to praktycznie PZPR wywołała ruch marcowy poprzez podjęte działania polityczne, ale go nie potępiłem. Z niepokojem patrzyłem na nowy zaciąg do partii. Na moim wydziale, pamiętam, że wstąpili wtedy do PZPR Jerzy Mularczyk i wspomniany już M. Cetwiński. Studiowali oni wówczas na III roku historii. Przeciw ich przyjęciu do partii wystąpiła prof. Ewa Maleczyńska, która nie chciała uwierzyć w szczerość i spontaniczność tego wstąpienia. W sumie członkowie PZPR na moim wydziale na tyle rozmydlili jeśli dobrze to określam, ruch marcowy, że nie doszło do żadnych czystek. Represje przychodziły z zewnątrz wskutek konkretnych działań studenckich, również zewnętrznych.

Ostatnim akcentem wydarzeń marcowych był pochód na 1 maja. Utworzył się drugi nielegalny pochód, w sumie ok. 500 osób z rozmaitymi hasłami. Ja z kilkoma kolegami szedłem w oficjalnym pochodzie. W pewnym momencie wyminęła nas cała grupa u wylotu Świdnickiej na Świerczewskiego, lub na Szewskiej, ze sztandarem Pogoni litewskiej na czele. Wówczas mnie to zdenerwowało, jako bezsensowny akcent polityczny. Z pochodu oficjalnego część studentów przeszła do tego nieoficjalnego, min. W. Suleja, Henryk Suchojad (I rok historii) i, o ile dobrze pamiętam, Januszewski, lub był od razu w tym drugim. Pochód ten zdołał zaliczyć trasę dwa razy dookoła, zanim milicja nie rozpędziła go na Podwalu. Pochód ten został dokładnie obfotografowany i wielu jego uczestników wzywano na przesłuchania do SB. Z tego, co później dowiedziałem się, a nawet po wielu latach, część nie wytrzymała śledztwa i podawała dane personalne o uczestnikach pochodu. Była to także pewna niefrasobliwość, trudno o inne określenie. Po latach opowiadała mi Marysia Pietruszka (współpracowałem z nią w ZSP), że trafiła na przesłuchanie do SB, ponieważ jej dane podał jeden z kolegów. Nie mogła mu tego później zapomnieć.

Ja doświadczyłem w inny sposób krótkiego przesłuchania na SB. Było to prawdopodobnie w końcu marca. W portierni akademika poproszono mnie o zgłoszenie się do kierownika domu, który z kolei poinformował mnie, że mam zgłosić się na ul. Łąkową. Zwrócił mi uwagę na potrzebę zachowania dyskrecji o tym fakcie. Bardziej instynktownie, niż rozumowo, powiedziałem, że idę na przesłuchanie do SB. Jedni z kolegów mówili, żeby zignorować „zaproszenie”, drudzy, aby zgłosić się, bo i tak nie będę miał spokoju. Poszedłem więc w określonym dniu i godzinie bardzo zdenerwowany. Oczekiwałem, że będę pytany z racji mojej przynależności do partii o różnych kolegów. Tymczasem pytanie konkretne zaskoczyło mnie zupełnie. Wywiadowca pytał o Leszka. Wypowiedziałem więc bardzo korzystną opinię o koledze z wyższego roku, ale przesłuchujący przerwał mi i spytał o Leszka z Gdańska. Domyśliłem się, że pyta o mego przyjaciela ze szkoły średniej Leszka Łosina, który studiował na Politechnice Gdańskiej. Chciałem być mądrzejszy i nie bacząc uważnie, że przesłuchujący podał imię, podałem dane personalne i bardzo korzystną opinię o moim przyjacielu. Ten skrzętnie zapisał przede wszystkim dane personalne i podziękował za rozmowę. Po powrocie do akademika zdałem szczegółową relację przyjaciołom i orzekliśmy, że widocznie na przesłuchaniu w Gdańsku Leszek podał moje dane, że mogę o nim powiedzieć opinię. Natychmiast po przyjeździe do domu zadzwoniłem do Łosina i dowiedziałem się całej prawdy. On wysłał do mnie list z całym pakietem rezolucji i ten list przechwyciła SB. Po mnie dotarli do Leszka. Wówczas zdałem sobie sprawę z własnej głupoty, naiwności. Mnie wydawało
się, że przechytrzyłem esbeka. Leszek nie miał do mnie pretensji i do dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi. Już nigdy nie starałem się przechytrzyć przesłuchującego, kiedy znowu przyszło mi mieć z nimi do czynienia. Zapamiętałem lekcję marcową.

Dla mnie wydarzenia marcowe skończyły się jesienią, kiedy doszło we wrześniu do aresztowania Staszka Januszewskiego. Jest to już zupełnie inny temat, związany także z wydarzeniami w Czechosłowacji. Wtedy też zacząłem otrzymywać pierwszą życiową lekcję. Jednakże lekcja ta zaczęła się już w marcu, kiedy mogłem pójść przeciw ruchowi studenckiemu, jak to zrobiła większość studentów partyjnych, ale też jakaś część bezpartyjnych. Zgodnie z moją naturą wybrałem ruch marcowy, bo wydawało mi się, że jest to droga także do naprawy socjalizmu w kraju. Chciałem zmian na lepsze i starałem się do nich przyczynić w miarę swoich umiejętności. Klęska ruchu była także moją klęską, co wkrótce zaczęło znaczyć na mojej karierze, a bardziej świadomej rezygnacji z niej, bo oznaczało to wyzucie się z własnej osobowości i przekonań. Wydarzenia marcowe stały się dla mnie czymś ważnym w życiu, a nie tylko epizodem.

Edward Czapiewski


Serwis poświęcony wydarzeniom Marca ’68

Marzec ’68 na Uniwersytecie Wrocławskim

Dodane przez: Kamilla Jasińska

26 Lut 2018

ostatnia modyfikacja: 26 Lut 2018