Strona używa plików cookies więcej

Badania / Doktoranci / Ludzie / Nauka / Pracownicy

Elżbieta Kocowska-Siekierka: Transfer technologii to rozwój nauki

Jaki jest potencjał komercjalizacyjny nauki? Co uczelnia ma do zaoferowania biznesowi? Czy naukowiec może zostać milionerem? Rozmawiamy z dr Elżbietą Kocowską-Siekierką, kierownikiem Centrum Transferu Technologii oraz Centrum Innowacji i Transferu Wiedzy Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zajmuje się Pani transferem wiedzy, nowymi technologiami i komercjalizacją. Czy łączenie nauki z biznesem nie odbywa się kosztem czasu, który naukowcy mogliby poświęcić na dalsze badania?

Na szczęście nikt nie odrywa naukowców od pracy. Nie ma takiej potrzeby, ponieważ istnieje wiele dróg komercjalizacji. Najważniejsze, żeby naukowcy zdali sobie sprawę z możliwości, jakimi dysponują. A wybierać mogą spośród trzech ścieżek komercjalizacji, wedle własnego uznania.

Po pierwsze: naukowiec może powierzyć wyniki swoich badań innym osobom, które będą w całości odpowiedzialne za proces komercjalizacji. Po drugie: może on zostać ekspertem merytorycznym, czyli pozostawić sobie istotny głos w kwestiach związanych z obszarem badawczym – bez konieczności angażowania się w problemy prawne i ekonomiczne. Po trzecie: może wziąć wszystko w swoje ręce, założyć własny biznes i być odpowiedzialnym za całość projektu.

Oczywiście nawet w tej ostatniej opcji nie musi pracować sam. Może mieć wspólników, konsultantów, specjalistów – prawnika, ekonomistę czy programistę. Również po założeniu spółki naukowiec może koncentrować się na badaniach naukowych, a rozwijanie technologii traktować komplementarnie.

W listopadzie 2018 roku została Pani prezesem Centrum Innowacji i Transferu Wiedzy, a w marcu kolejnego – dyrektorem Centrum Transferu Technologii. Czym właściwie różnią się te dwie jednostki Uniwersytetu Wrocławskiego?

Zacznę od tego, co je łączy. Przede wszystkim mają wspólny cel. Chodzi o komercjalizację nauki, czyli o wykorzystanie wyników badań w praktyce. Różnica pomiędzy obiema jednostkami polega na sposobach realizowania tego celu.

CIiTW zajmuje się komercjalizacją pośrednią, czyli m.in. zakładaniem nowych spółek handlowych. Działa przy UWr, ale jest odrębnym podmiotem prawnym, dzięki czemu może inwestować w komercjalizację konkretnych rozwiązań, ograniczając tym samym ryzyko inwestycyjne uczelni.

Z kolei CTT zajmuje się komercjalizacją bezpośrednią, czyli najmem, dzierżawą i sprzedażą praw do wyników badań. Jest jednostką uczelnianą, której misją jest edukowanie naukowców oraz stymulowanie ich kontaktów z przedsiębiorstwami, jednostkami państwowymi i organizacjami pozarządowymi. Z tego względu dla CTT-u najważniejsze jest zaufanie ze strony środowiska akademickiego, a główną ideą aktywizowanie potencjału komercjalizacyjnego naszego Uniwersytetu. Potencjału, który jest ogromny, ale – podobnie jak w całej Polsce – bardzo często ukryty.

Co to znaczy?

Polscy naukowcy otrzymują bardzo dużą liczbę grantów, co świadczy o bogactwie badań, które są w kraju prowadzone. Niestety, biorąc pod uwagę stopień wykorzystywania ich w praktyce, sytuacja przedstawia się znacznie gorzej. Poprawą tego stanu rzeczy zajmują się właśnie centra transferu technologii. Mimo że one dopiero raczkują na polskich uniwersytetach, już zauważyć można rosnącą świadomość tego, jak ogromnie ważnym tematem jest wykorzystywanie wyników badań naukowych. Widać to także w zmianach prawnych. Ministerstwo daje nam, osobom zajmującym się komercjalizacją nauki, coraz więcej narzędzi do działania, np. ważny głos w ewaluacji naukowców.

Jak wygląda sytuacja na Uniwersytecie Wrocławskim?

Mamy bardzo dużo do zaoferowania środowisku biznesowemu, a naszą najmocniejszą stroną jest wszechstronność. Dysponujemy specjalistami z wyjątkowo wielu dziedzin: przyrodniczych, technicznych, społecznych i humanistycznych, czego np. politechniki mogą nam tylko pozazdrościć. Zwłaszcza obecnie, gdy rośnie wartość projektów interdyscyplinarnych. Niestety, jesteśmy rozrzuceni po mieście, przez co siłą rzeczy czasem tworzymy badania w pewnej izolacji.

Jakie w związku z tym są Pani plany jako kierownika CIiTW i CTT?

Kluczowe jest stworzenie na UWr odpowiednich warunków, które umożliwią nam wzajemne poznanie się i nawiązanie współpracy. Najważniejsza jest dla mnie właśnie współpraca. Po pierwsze dlatego, że CTT jest jednostką ogólnouczelnianą powstałą dla naukowców, bez których niewiele może zdziałać. Po drugie dlatego, że współczesna nauka wymaga współpracy w zespołach. Nie oszukujmy się – samotni naukowcy rzadko mają dziś szansę osiągnąć sukces.

Tak powstał pomysł stworzenia wizytówek Ekspertów UWr. Będzie to wygodne i nowoczesne narzędzie, które umożliwi szybkie odnalezienie specjalisty z konkretną wiedzą i umiejętnościami spośród pracowników naszej uczelni. Będzie to także przestrzeń służąca nawiązywaniu kontaktów z przedstawicielami biznesu, z jednostkami państwowymi i pozarządowymi, co da naukowcom szanse na znalezienie dodatkowych źródeł finansowania badań. Chcę, żeby wizytówki Ekspertów UWr znalazły się na nowej stronie CTT-u, nad którą obecnie pracuję. Zapraszam naszych pracowników, nie tylko naukowych, do zapisywania się już teraz przez formularz, który znajduje się w Intranecie.

Pani również jest naukowcem, ma Pani tytuł doktora.

Jestem prawnikiem i zajmuję się m.in. teorią ochrony zabytków. Badam procesy prawne, społeczne i ekonomiczne związane z ochroną dziedzictwa kulturowego. To dziś bardzo dynamiczna dziedzina, głównie ze względu na otwarcie się Europy na świat. Tradycyjne europocentryczne postrzeganie dziedzictwa kulturowego zdominowane było zawsze przez zabytek, czyli materialną pozostałość. Ale stosunkowo niedawno otworzyliśmy się na kraje, w których zabytków – w naszym klasycznym rozumieniu – nie ma, a w zamian cenione są wartości duchowe i dziedzictwo niematerialne, jak elementy kultury związane z tańcem, śpiewem czy naturą. Zafascynowała mnie ta rewolucja w postrzeganiu dziedzictwa kulturowego i – co za tym idzie – w zmianach prawnych związanych z ochroną zabytków. To był temat mojego doktoratu. Teraz swoje zainteresowania badawcze dotyczące niematerialności w prawie wykorzystuję w pracy w CTT i CIiTW.

Doktorat był zatem pracą interdyscyplinarną.

Tak. Z jednej strony starałam się patrzeć na zagadnienie z szerokiej perspektywy magistra sztuki oraz historyka sztuki, w czym pomogły mi studia na ASP we Wrocławiu, natomiast z drugiej – pod względem metod badawczych twardo stąpałam po ziemi, wykorzystując umiejętności prawnicze.

Prawnik i artysta w jednym? Burzy Pani stereotypy.

Czasami faktycznie trudno to połączyć, ale akurat w przypadku prawa ochrony zabytków i prawa autorskiego – takie połączenie jest naturalne. I biorąc pod uwagę dzisiejszy rynek pracy, kiedy człowiek zmienia swój zawód kilka, a nawet kilkanaście razy, na pewno warto mieć jak najwięcej umiejętności i łączyć różnorodne dziedziny. Nie jest to zresztą domeną naszych czasów, jak się nam często wydaje, bo wystarczy przeczytać biogramy teoretyków i praktyków z XVIII czy XIX wieku, które rozpoczynają się od słów: historyk sztuki, prawnik, botanik i filozof.

Wracając do komercjalizacji nauki – na czym dokładnie polega potencjał komercjalizacyjny polskiej nauki?

Chciałabym, żebyśmy się dobrze zrozumiały – uniwersytety nie są fabrykami i nie o to chodzi, żeby się nimi stały. Nie będziemy produkować zabawek, smartfonów czy innych gadżetów, ale wierzę, że nasi naukowcy mogą mieć znaczny wpływ na zmiany społeczno-gospodarcze zachodzące w Polsce i na świecie.

Dobrym przykładem jest casus włoskich naukowców, którzy opracowali system zajmujący się badaniem wulkanów i przewidywaniem ich ruchów. Umieścili swoją technologię na każdym wulkanie i w ten sposób pole eksploatacji ich produktu naturalnie się wyczerpało. I nie ma w tym nic złego – nie musimy przecież tworzyć rozwiązań na masową skalę. Ich fantastyczna praca spowodowała, że nagle świat pozyskał ogrom informacji, które teraz służą zarówno ochronie okolicznej ludności, jak i badaniom naukowym. Pamiętajmy, że transfer technologii to także rozwój nauki.

Zresztą nie musimy szukać we Włoszech, bo mamy doskonały przykład na własnym podwórku – spółkę SARUAV założoną przez profesora Tomasza Niedzielskiego i jego zespół z Wydziału Nauk o Ziemi i Kształtowania Środowiska (spółka opracowała system wykorzystujący drony do wsparcia poszukiwań osób zaginionych na terenach niezagospodarowanych; więcej na ten temat można przeczytać na stronie UWr – red.). Zgłosiło się do mnie wiele osób, które chciały współpracować z naukowcami z SARUAV. To jeden z przykładów innowacji społecznej, w której jesteśmy największymi ekspertami jako Uniwersytet.

Jak na komercjalizacji nauki może skorzystać naukowiec?

Powiem krótko i dosadnie – może się wzbogacić. Trzeba pamiętać o różnych mechanizmach, które wprowadził ustawodawca, aby zachęcić naukowców, np. formę potocznie nazywaną „uwłaszczeniem naukowców”.

Brzmi okropnie.

To prawda, ale wbrew pozorom działa na korzyść badaczy. Kiedy uniwersytet – z różnych powodów – nie wykorzysta komercyjnie wyników badań zgłoszonych przez naukowca, naukowiec może je za niewielkie pieniądze wykupić i samodzielnie rozwijać. Jeśli natomiast uczelnia zdecyduje się na komercjalizację, wówczas naukowiec będzie otrzymywać aż 50 proc. środków z niej uzyskanych. Chociaż dochód może być nieduży, bo nowe technologie często wymagają sporych nakładów finansowych, mimo wszystko suma środków uzyskanych z komercjalizacji może okazać się wysoka, a to właśnie ich połowa trafia do naukowców.

To okazja, żeby odpowiednio wynagrodzić badaczy.

I nie jest to mrzonką. W Polsce już pojawiają się komercjalizacje z przychodami rzędu dziewięciu zer. Największym transferem technologii w historii polskiej nauki było wykupienie sublicencji na opracowane mRNA za łączną sumę 610 milionów dolarów od spółki spin-off Warsaw Genomics wywodzącej się z Uniwersytetu Warszawskiego.

Od naukowca do milionera?

Są takie przypadki. Kto wie, może w przyszłości nie będzie to nic dziwnego.

Zwykle technologie kojarzymy z naukami ścisłymi lub przyrodniczymi, a czy jest jakaś nadzieja dla humanistów?

Oczywiście. W badaniach multidyscyplinarnych bardzo ważną częścią są humaniści. Dlaczego? Zdarza się, że np. informatycy stworzą świetny i bardzo zaawansowany produkt, który nigdy nie trafi do odbiorców, bo nie został odpowiednio przygotowany na potrzeby rynku. A kto te potrzeby lepiej zbada i zwizualizuje od humanisty?

Obecnie na całym świecie popularne jest zakładanie zespołów opartych na trzech filarach: humanista albo przedstawiciel nauk społecznych, specjalista od zarządzania oraz technolog reprezentujący nauki ścisłe lub przyrodnicze. Dwaj pierwsi uzasadniają naukowo dany projekt i nadają mu społeczną potrzebę – dowiadują się, co jest istotą problemu i jakiego typu rozwiązanie należy zastosować, a następnie kształtują i rozwijają model biznesowy. Natomiast technolog zajmuje się mechanizmem nowego rozwiązania. Takie połączenie żywiołów daje zdecydowanie najlepsze efekty w dzisiejszych czasach.

Jak dowiedzieć się, czy badania będą miały potencjał komercjalizacyjny?

Zweryfikuje to rynek. Na pewno naukowcy powinni dać nam szansę. Aby coś sprzedać, potrzebujemy najpierw stworzyć ofertę. Nie zrobimy tego wyłącznie na podstawie opisu patentowego, dlatego proponuję badaczom rozmowę oraz wypełnienie formularza, nad którym będą się mogli na spokojnie w domu zastanowić. Od października 2019 roku wprowadziliśmy też nowy system zgłaszania wyników badań do CTT. Pozwoli on na uzyskanie informacji niezbędnych w późniejszym procesie komercjalizacji.

Decydując się na rozpoczęcie badań, naukowcy często nie mają na uwadze tego, co później stanie się z ich wynikami. Z punktu widzenia komercjalizacji to dość ryzykowne podejście i wówczas zderzenie z rynkiem może okazać się przykrym doświadczeniem. A warto pamiętać, że jest jeszcze inna możliwość. Można najpierw zorientować się, co będzie wartościowe na rynku i działać na zasadzie – najpierw potrzeba, a potem działanie. CTT powstało m.in. po to, żeby wspomóc naukowców w tym procesie.

Rozmawiała Aleksandra Draus

Dodane przez: Aleksandra Draus

27 Sty 2020

ostatnia modyfikacja: 29 Sty 2020