Strona używa plików cookies więcej

Badania / Doktoranci / Ludzie / Nauka / Studenci

Harry Potter mieszka na Dolnym Śląsku

Ada Michno, studentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, otrzymała Diamentowy Grant za projekt badawczy „Dolny Śląsk jako świat wyobrażony Harry’ego Pottera”. Nam opowiada o kulturze fanowskiej, magii spotkań na zamku Czocha oraz o tym, że każdy ma swoją „Krainę Lodu”.

Twój projekt badawczy i jednocześnie rozprawa doktorska dotyczą światów wyobrażonych Harry’ego Pottera. Skąd pomysł, żeby pisać o Potterze?

Mama powiedziała mi kiedyś, że musi oglądać filmy i seriale, żeby wiedzieć, o czym do niej mówię. Ciekawi mnie taki osadzony na kontekście kulturowym sposób komunikowania się młodych ludzi, który rzeczywiście starszym pokoleniom może wydawać się niezrozumiały. Postanowiłam zbadać to zjawisko na konkretnym przykładzie. Najpierw chciałam pisać o „Grze o tron”. Moja promotorka była przerażona, że musi nadrobić braki i obejrzeć wszystkie sezony, ale była gotowa to zrobić.

Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?

To sprawka mojej dziewięcioletniej kuzynki. Kiedy odwiedziła mnie pewnego razu, zapytałam, czy tęskni za poprzednim domem, bo akurat była świeżo po przeprowadzce. A ona na to, ze smutną miną: „Always, jak Snape za Lily”. Zaskoczyła mnie, bo wiedziałam, że nie znała jeszcze książek ani filmów o Potterze. Skąd więc taka odpowiedź? Okazało się, że wystarczy kontakt z innymi dziećmi, żeby stać się członkiem kultury fanowskiej. Zafascynował mnie ten fenomen i stwierdziłam, że chcę się mu bliżej przyjrzeć.

A dlaczego Dolny Śląsk?

Dzięki zajęciom z tras literackich z dr Magdaleną Barbaruk. Pisałam na nich pracę zaliczeniową o fantastycznym Dolnym Śląsku – wtedy też odkryłam, że Wrocław był polską stolicą fantastyki w latach 90. – i zastanawiałam się, dlaczego akurat dolnośląski zamek Czocha stał się nie tylko polskim, ale i międzynarodowym Hogwartem (szkoła magii w świecie Harry’ego Pottera – red.). Myślę, że nasz region jest podatny na adaptacje, bo z braku ciągłości historycznej mało znamy jego legendarną przeszłość. Dlatego tak dobrze rozwijają się tu nierodzime historie.

Dolny Śląsk i jego stolica to twoja mała ojczyzna?

Moja rodzina pochodzi trochę zewsząd, więc kwestia tożsamości zawsze była dla mnie skomplikowana. Nie wiem na przykład, komu kibicować w czasie meczów Polaków z Ukraińcami. Wolałabym, żeby w ogóle ze sobą nie grali. Ale kiedy wróciłam z pracy w Holandii i stanęłam na zatłoczonym wrocławskim rynku, pierwszy raz w swoim życiu poczułam, że jestem w domu. Odpowiadając więc na twoje pytanie – tak.

Z prof. Izoldą Topp-Wójtowicz – moją obecną promotor, której dziękuję za niezliczone godziny spędzone ze mną nad tworzeniem projektu do Diamentowego Grantu – poruszaliśmy kiedyś na zajęciach temat tożsamości osób przyjezdnych. Wśród studentów z mojej grupy dużo było osób spoza Wrocławia, które czują, że tu jest ich miejsce. Wiesz z jakich powodów? Między innymi dlatego, że mogą wziąć udział w wydarzeniach tematycznych, zagrać w planszówki, potterchody (gra miejska wykorzystująca schemat zabawy w podchody oraz elementy świata stworzonego przez J.K. Rowling  – red.) czy w quidditcha (gra sportowa, którą trenowali uczniowie Hogwartu; popularność książek przyczyniła się do przeniesienia reguł gry do świata rzeczywistego – red.).

Byłam kiedyś na treningu quidditcha we Wrocławiu. Okazało, że wielu jego uczestników w ogóle nie czytało książek Rowling. Byli też tacy, którzy na pytanie, dlaczego przyszli, odpowiadali, że po prostu chcieli się poruszać. Więc wychodzi na to, że nie trzeba wcale być fanem Harry’ego Pottera, żeby grać w quidditcha.

Dodam jeszcze, bo mało kto o tym wie, a to ciekawe, że za granicą studenci mogą otrzymać stypendium sportowe za osiągnięcia w quidditcha.

Wracając do twojego projektu badawczego, „światy wyobrażeniowe” brzmią dość zagadkowo. Czym one właściwie są?

To taki termin roboczy. Wyjaśnię jak go rozumiem na przykładzie sąsiadki, z którą żyjemy w przyjaźni od wielu lat, dlatego nazywam ją czasem babcią Grażką. Kiedy powiedziałam, że będę pisać o światach wyobrażonych, zareagowała żywiołowo: „Że co, kurde?” (tylko tam chyba nie było kurde). A książki czy filmy mają wpływ na naszą wyobraźnię, prawda? Czasem na tyle duży, że chcemy o nich opowiadać, na przykład w klubie dyskusyjnym. Trudno było to wyjaśnić Grażynce, która stwierdziła, że czyta dla siebie i nigdy w życiu w żadnych klubach dyskusyjnych nie uczestniczyła. Poprosiłam ją więc, żeby wyobraziła sobie, że spaceruje po Wrocławiu, patrząc na miasto przez pryzmat kryminałów o Eberhardzie Mocku. Przyznała, że coś takiego mogłoby jej się przytrafić. I właśnie o to chodzi. Najpierw czyta się książkę czy ogląda film, a potem wynikają z tego konkretne działania. Nie trzeba zostawać samemu z lekturą. Można nawet wejść w  te wymyślone światy – odtworzyć je i odegrać w realnej przestrzeni, którą widzi się wtedy inaczej, bo poprzez filtr wyobraźni.

Dlaczego ludzie mają potrzebę wejścia w fikcyjne krainy?

Właśnie tego chciałabym się dowiedzieć. Sama, jako fanka pewnych fantastycznych światów, trochę to rozumiem, ale w LARP-ach (ang. live action role playing, gra fabularna oparta na improwizacji uczestników, którzy wcielają się w przydzielone im role, nie znając zakończenia – red.) nigdy nie brałam udziału. Ich uczestnicy czują się jakby zawieszeni w przestrzeni i czasie, a jedyną rzeczą, jaka ich ogranicza, jest ich własna wyobraźnia. Kiedy LARP-owcy o tym opowiadają, z emocji aż świecą im się oczy. Wystarczy zobaczyć klipy promocyjne z LARP-ów na zamku Czocha. Nie ma w nich rozbuchanej narracji, obietnic w stylu: „Przyjedź i stań się magiem”. Są za to podekscytowani ludzie opowiadający o ważnym wydarzeniu w ich życiu. Idea jest prosta: przyjeżdżamy, bo chcemy się spotkać i wspólnie bawić.

Czyli cała magia polega na spotkaniu?

Dokładnie. Chciałabym zbadać, jak się potem mają nawiązane podczas tych spotkań więzi. Biorą w nich przecież udział ludzie z wielu krajów, nie tylko Polacy.

Czocha będzie głównym terenem moich badań. LARP-y organizowane są tam kilka razy w roku. Zamek zamienia się w szkołę magii także podczas kolonii dla dzieci i młodzieży. Miałam okazję im się przyglądać i mogę potwierdzić: w trakcie wakacji dzieci faktycznie się tam uczą. A najlepsze jest to, że świetnie się przy tym bawią, w czym pomaga właśnie narracja rodem z Pottera. To naprawdę działa! Nieraz stałam z boku i nie dowierzałam, jak chętnie dzieci poznawały, teoretycznie nudne, technikalia naukowe. W zwyczajnej szkole już dawno by się rozkojarzyły, tymczasem – w strojach z Hogwartu – z uwagą słuchały wszystkiego, co mówili nauczyciele z różdżkami w rękach.

Mam pięcioletnią kuzynkę, która uwielbia „Krainę lodu”. W przedszkolu słyszy, że ludzi należy lubić i szanować. A ona jest akurat bardzo żywiołowa i uparta, więc w praktyce różnie jej to wychodzi. Ale jeżeli się do niej przemówi przykładami z jej ulubionej bajki, chętnie słucha, analizuje, a nawet dopytuje. Takie argumenty do niej przemawiają. To jest wytrych. Moja mama docierała do mnie poprzez Arielkę z książek o „Małej syrence”. Tłumaczyła sprytnie, że powinnam się jej słuchać, bo kiedy Arielka była nieposłuszna, miała z tego powodu przykre konsekwencje. Myślę, że podobnie działa to u dorosłych – w światach wyobrażonych odnajdujemy konkretne wartości, na których są one ufundowane. Może dlatego właśnie oglądamy te wszystkie blockbustery – o superbohaterach czy kataklizmach (popularne filmy, które odniosły sukces finansowy, zazwyczaj wysokobudżetowe – red.). Mają uniwersalne przesłanie, które do nas po prostu trafia.

Każdy ma swoją „Krainę lodu”?

Lub swojego Pottera.

Rozmawiała Aleksandra Draus

Adrianna Michno od najmłodszych lat fascynuje się kinem, jest miłośniczką twórczości filmowej Christophera Nolana. Ukończyła kulturoznawstwo na studiach I stopnia (specjalność kultura filmowa). Jej praca licencjacka o „Prestiżu” Nolana została opublikowana w „Kwartalniku Filmowym”, jednym z najważniejszych czasopism filmoznawczych w kraju. Pracowała jako redaktor prowadząca dział filmów i seriali na portalu Ostatnia Tawerna, poświęconym szeroko rozumianej fantastyce. Jest założycielką i prezesem Stowarzyszenia Tryby Kultury. O światach wyobrażonych pisała już na łamach czasopisma „Dolny Śląsk”. Dzięki Diamentowemu Grantowi w październiku rozpocznie studia doktoranckie z pominięciem stopnia magistra, choć zamierza kontynuować rozpoczęte studia II stopnia. W ramach projektu stworzy m.in. turystyczną mapę, dzięki której będzie można zwiedzać Dolny Śląsk, podążając śladami Harry’ego Pottera. Mówi, że jej sukces ma cztery matki: Katarzynę Podjaską, polonistkę z liceum, oraz badaczki poznane w Instytucie Kulturoznawstwa UWr: dr Małgorzatę Kozubek, prof. Agnieszkę Nieracką oraz prof. Izoldę Topp-Wójtowicz.

Dodane przez: Aleksandra Draus

25 Paź 2018

ostatnia modyfikacja: 9 Lis 2018