Strona używa plików cookies więcej

Wydarzenia

Kultura protestu

Z dr. Piotrem Jakubem Fereńskim z Instytutu Kulturoznawstwa UWr rozmawiamy o protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 r., o tym, czy wypada przeklinać na ulicy i czy żyjemy w przededniu rewolucji.

Nie zajmujesz się tzw. kulturą osobistą, ale jako „pana od kultury” muszę Cię zapytać: czy wypada przeklinać na ulicy?

– Przeklinanie zawsze posiada charakter kontekstowy. Obrażać innych, np. przechodniów na ulicy, z pewnością nie wypada i nie należy. Jeśli jednak przekleństwa pełnią funkcję ekspresywną czy też ekspresyjną, tzn. służą wzmocnieniu głosu – tak, jak to ma miejsce obecnie podczas protestów – to ich rola i znaczenie pozostają zupełnie inne. Nie chodzi przecież o zwykłe posługiwanie się wulgaryzmami w przestrzeni publicznej. Zwróć uwagę, że „przeklinać kogoś” to również wyklinać, złorzeczyć, nakładać klątwę. Czynności te mają swe umocowanie religijne i metafizyczne. W niektórych językach istnieją wyrazy, które są przekleństwami, a zarazem odsłaniają coś, co nawiązując do idei Rudolfa Otto, nazwać można „ambiwalencją sacrum”. Hiszpańskie słowo „hostia”, które wymawia się jako „ostja”, można tłumaczyć jako nasze „k…” czy „cholera”. Cała skuteczność przeklinania kogoś polega na mocy, którą przeklinający ma za sobą, mocy wysłania kogoś w diabły.

Problem polega więc na tym, że to, co słyszymy na ulicach podczas protestów, czyli przyśpiewki takie jak „j…ć PiS” i okrzyki „w………ć” to nie są po prostu wulgaryzmy, ale językowa ekspresja, która ma nadać siłę przekazowi, pokazać gniew i wpłynąć na rzeczywistość. Przecież te formuły nie służą obrażeniu kogoś, one manifestacją niezadowolenie i złość. Czy to „przeklinanie kogoś” nie służy właśnie powiedzeniem mu „idź do diabła”, „niech cię piekło pochłonie”?

To są protesty, w których biorą udział przede wszystkim kobiety, są współorganizowane i inicjowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet. Kobiety stereotypowo są uważane są za słabsze, delikatniejsze, wrażliwsze. A podczas protestów uczestniczki pokazują właśnie siłę i łamią tabu, które mówi „kobiecie nie wolno przeklinać”.

– Zastanawiając się nad hasłem, które często było skandowane podczas protestów, „rewolucja jest kobietą”, przypomniałem sobie fragment jednego z moich ulubionych tekstów W. J. T. Mitchella pt. „Obraz, przestrzeń, rewolucja. Wszystkie sztuki okupacji”. Powstał on rok po rewolucji w Egipcie. Zadaniem amerykańskiego badacza było porównanie roli obrazów i mediów przy wydarzeniach Arabskiej Wiosny i ruchu Occupy Wall Street. W artykule pojawia się wiele ciekawych spostrzeżeń dotyczących kultury wizualnej, w szczególności wizerunków rewolucji. Mitchell wspomina o znanym zdjęciu, które obiegło świat, przedstawiającym kobietę targaną po ulicy przez policjantów. Kobieta jest częściowo obnażona, jej klatkę piersiową okrywa tylko niebieski stanik. Mitchell pisze przy tym o „pozytywnym” celu okupowania przestrzeni publicznej, jakim jest odzyskanie jej przez ludzi oraz celu „negatywnym”, polegającym na ujawnieniu systemowej przemocy, kryjącej się za ukazywaniem „bezpieczeństwa” jako najwyższej wartości. W istocie przestrzeń tylko pozornie jest „publiczna”, bo kiedy w nią wchodzimy protestując, szybko okazuje się, że jest już okupowana przez państwo i jego służby porządkowe. Kiedy próbujemy ją zająć, natychmiast jesteśmy narażeni na możliwość przemocowego z niej „wysiedlenia”.

Autor Czego chcą obrazy? przywołuje też słynny plakat z Occupy Wall Street, przedstawiający baletnicę na grzebiecie Byka, czyli rzeźby stojącej przy nowojorskiej giełdzie. Pisze, i tu pozwolę go sobie dokładnie przytoczyć, że „nieprzypadkowo oba te ikoniczne obrazy pokazują kobiety. Taktyka unikania przemocy ma bowiem z istoty kobiece i feministyczne konotacje, wyraźnie przeciwstawia się maczystowskiej przemocy, którą wywołuje. Tradycja ta sięga <<Lizystraty>> i oporu kobiet wobec męskiej przemocy”. „Lizystrata” to – przypomnijmy – komedia Arystofanesa, napisana podczas II wojny peloponeskiej. Kobiety, strajkując, odchodzą od łoży swych mężczyzn do czasu, aż ci nie ustalą między sobą warunków rozejmu. Często podkreśla się pacyfistyczny wydźwięk owej sztuki. Jak tłumaczy dalej Mitchell „Balerina nie próbuje zabić byka, lecz zamienia go w rekwizyt do swojego występu. <<Kobieta w niebieskim staniku>> nie odwzajemnia przemocy, ale zmusza policję do odegrania właściwej jej roli w przedstawieniu aktywnego unikania przemocy”.

Badacz sugeruje, że dla charakterystyk pokojowych form protestu najbardziej adekwatna jest postać kobiety. To opór, który wygrywa, czerpiąc z tego, co dzieje się wokół. Taktyka ta ma być przynależna kobietom, które dysponują mniejszą siłą fizyczną niż mężczyźni. Kobiety uciekają się do odmiennych strategii oporu niż czynna walka. Nie wiem, czy te twierdzenia Mitchella same nie skrywają czegoś z kultury maczyzmu, niemniej – czyż nie tak właśnie wyglądają toczące się obecnie w Polsce strajki? Nie posiadają one nic wspólnego z zamieszkami. Widziałem wiele protestów w różnych krajach i niemal nigdzie nie były one aż tak pokojowe.

Mogłoby być dużo bardziej „ostro”?

– Rok temu prowadziłem badania w Chile. Znalazłem się tam podczas wielkich antyrządowych demonstracji. Miałem mieszkać w hotelu nieopodal głównego placu Santiago czyli Baquedano, „przemianowanego” przez protestujących na „plaza Dignidad”, a więc – „Godności”. Do hotelu trudno było nawet podejść, bo tak duże było stężenie gazu pieprzowego w powietrzu. Popołudniami i wieczorami toczyły się bitwy uliczne. Całe miasto zostało pokryte barwnymi malunkami i napisami, kościoły trzeba było zabezpieczyć blachami, by chronić je przed butelkami z benzyną. Spłonęło kilka hoteli, policja non stop używała gazu, armatek wodnych i gumowych kul. Chile to kraj ogromnych nierówności społecznych, dostęp do dóbr i władzy władzy posiadają włącznie wąskie elity, szkolnictwo wyższe jest bardzo kosztowne, powodów do niezadowolenia społecznego jest mnóstwo. Te olbrzymie protesty wywołała podwyżka ceny biletów na metro o 30 pesos, dotychczas kosztowały one 800 pesos. Przeliczając to na złotówki, zaledwie 10–5 groszy wystarczyło, by obywatele powiedzieli „dość” i cały kraj zapłonął.

O rewolucjach mówi się, że wybuchają wtedy, kiedy istnieją grupy, które choć dysponują znaczącą siłą i zasobami, to jednocześnie nie są dopuszczane do władzy, nie mają możliwości wyartykułowania własnego głosu i realizacji swych interesów. Wtedy dochodzi do wybuchu. Walki w Chile miały tło klasowe. W Polsce jest nieco inaczej. Tu fortelem wprowadza się zapisy, które wzbudzają kontrowersje, ponieważ ograniczają prawa, ale tylko części obywateli – kobiet. Ta zmiana mężczyzn w sposób bezpośredni nie dotyka. Biopolityczne ograniczenia sensu stricte dotyczą ciał połowy populacji kraju.

Protestujący tłum na ulicach Wrocławia
fot. Grzegorz Szałajko

Myślisz, że jesteśmy w przededniu rewolucji?

– Jestem sceptyczny, jeśli chodzi o wybuch rewolucji, chociażby takiej, jaką widziałem na ulicach Chile, a chwilę później w Boliwii, ale dzieje uczą, że wszystko jest możliwe. Jeszcze na studiach zafascynowała mnie książka rosyjskiego semiotyka Jurija Łotmana, zatytułowana „Kultura i eksplozja”. Łotman pokazuje, że na skutek różnych czynników i zmiennych, dochodzi do momentu bifurkacji, rozchwiania. I w tym punkcie trudno przewidzieć, co stanie się dalej. Kiedy już dochodzi do zmiany i niczym film „przewijamy” historię do tyłu, sekwencja zdarzeń wydaje nam się oczywista, ale w owym punkcie potencjalnie wszystko jest jeszcze możliwe, historia może „rozgałęzić się” w każdą stronę.

Czy ktokolwiek we Francji w kwietniu 1968 roku mógł przewidzieć, co stanie się w maju? Ani badacze, ani publicyści, nikt nie przypuszczał, że w wyniku małego strajku okupacyjnego zorganizowanego przez studentów, dojdzie do poważnych zmian społecznych, w efekcie których ostatecznie Charles de de Gaulle ustąpi. Tak samo nikt nie mógł przewidzieć skali protestów przeciwko wojnie w Wietnamie.

Najbardziej znana definicja rewolucji, autorstwa Jeffa Goodwina, mówi, że rewolucja jest „jakimkolwiek i każdym przypadkiem, w którym państwo lub polityczny reżim jest obalony i tym samym przekształcony przez powszechny ruch w gwałtowny, niezgodny z zasadami sposób, przy użyciu środków pozaprawnych”. Czy mamy do czynienia z użyciem środków pozaprawnych? Poza byciem w przestrzeni, kiedy obowiązuje zakaz gromadzenia się? Tyle, że to zakaz, który zdaniem wielu ekspertów, nie ma umocowania prawego.

Nie wydaje ci się jednak, że temperatura tych protestów jest wyższa niż w 2010 czy 2016 roku, kiedy też sprzeciwiano się zaostrzeniu prawa do aborcji? Skala protestów też jest większa.

– Na to wpływa wiele czynników, także sytuacja ekonomiczna i społeczna, w której się znaleźliśmy w związku z pandemią. Zasadnicze znaczenie ma rzecz jasna fakt, że teraz rządzącym udało się przeforsować bardziej restrykcyjne prawo antyaborcyjne. Sędzia Julia Przyłębska pracowała nad owym rozwiązaniem od dłuższego czasu. Pytanie, dlaczego akurat w tym momencie zdecydowano się ogłosić wyrok? Pojawiają się opinie, że jest to temat zastępczy, bo rząd sobie nie radzi z pandemią. Ale patrząc na politykę po 1989 roku trudno jest powiedzieć, czy w Polsce cokolwiek może stanowić „tematem zastępczym”. Na pewno da się wskazać przykłady politycznego instrumentalizowania przecięć osi wartości, ale trudno powiedzieć, co ma tu służyć „przykryciu” czego.

Protestujący na rowerach
fot. Grzegorz Szałajko

A czy protesty, oprócz okazania sprzeciwu wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nie są też sposobem na ujście frustracji i gniewu nagromadzonych od jakiegoś czasu? Związanych i z sytuacją polityczną, i coraz większą polaryzacją społeczeństwa, ale też i pandemią?

– Gniew z pewnością może narastać, ale pamiętać trzeba, że niekoniecznie udział w protestach biorą przedstawiciele tych samych grup społecznych. Patrząc na średnią wieku dzisiejszych „spacerowiczów”, jest ona niższa, niż podczas demonstracji przeciwko homofobii, które odbyły się kilka miesięcy temu, o marszach w obronie „konstytucji” i „wolnych sądów” nie wspominając. Mamy obecnie szereg obostrzeń spowodowanych pandemią: są zamknięte bary, kluby, dyskoteki. Bycie na ulicy związane jest również z tym, że nie ma innego miejsca, gdzie można by się spotkać.

Nie wydaje ci się, że przy okazji ludyczności: wesołych piosenek, tańców, blokad w rytmie techno, nie ginie gdzieś gniew i postulaty protestujących?

– Protesty przyjmują różne oblicza. Ludyczność stanowi tylko ich część. Słyszałem, jak licealiści wyśpiewywali słowa utworu Wolność discopolowego zespołu Boys (co ciekawe kompozycji powstałej w połowie lat dziewięćdziesiątych), ale w tłumie pojawili się też przedstawiciele rozmaitych ruchów politycznych, próbujący za sprawą haseł i ulotek uświadamiać uczestników pochodów, o co toczy się walka. Obok wulgaryzmów, od których zaczęliśmy naszą rozmowę, luźnych żartów, memów, zabaw ikonicznych i językowych, pojawiały się też bardzo poważne postulaty i wezwania, dowodzące dużej świadomości politycznej ich autorów. Oczywiście, patrząc na wrocławski marsz, który odbył się 28 października, kiedy na ulice wyszło ok. 70 tys. osób, zróżnicowanie postaw i nastrojów jest czymś naturalnym. Te formy „ludyczne” na pewno jakoś niwelują gniew.

Jeśli natomiast chodzi o samą prześmiewczość, to we Wrocławiu mamy piękną tradycję w postaci Pomarańczowej Alternatywy. Przecież czerpała ona właśnie z humoru i ironii. Inna sprawa, że dużo bardziej niebezpiecznie było wtedy się śmiać. Uczestnicy happeningów szybko musieli się konfrontować z rozwiązaniami siłowymi.

Na przestrzeni ostatnich trzech tygodni protesty stawały się stopniowo coraz mniej liczne i zaczęły przyjmować inne formy. Mniej blokowania ulic, większe nastawienie na przekaz. Pojawiły się specjalnie komponowane piosenki, wiersze, pisano i wygłaszano przemowy, apele. Stawiano na wymagającą większych nakładów pracy i środków oprawę wizualną. Kiedy dochodzi do eskalacji konfliktu i mamy do czynienia z rozwiązaniami siłowymi, ludzie są bardziej wzburzeni i wracają codziennie na ulice. Dlatego też w Chile przez długi czas mobilizowały się dziesiątki, a nawet setki tysięcy obywateli. Tym, co decyduje o utrzymywaniu się protestów, jest też liczba podmiotów, w tym politycznych, które zaangażują się w ich organizację.

Czy możemy mówić o tożsamości protestów? Czy one mają swój język, symbolikę?

– Jeśli chodzi o sferę ikoniczną i przestrzeń akustyczną, to w przeciwieństwie do roku 2010 czy 2016 mamy do czynienia z bardziej rozbudowaną strukturą – mamy masę krytyczną, protesty zmotoryzowane, stacjonarne, przemarsze. Hasła są szalenie różnorodne, w każdym z dużych miast wiedzieliśmy tysiące rozmaitych banerów. Pojawiają się utwory muzyczne, ewenementem jest piosenka, która stanowi przeróbkę utworu Erica Prydza, a ta z kolei jest coverem utworu Steve’a Winwooda. Dzięki mediom społecznościowym rozchodzą się obrazy z protestów, które stają się dalej inspiracją dla protestujących w innych miastach.

Podczas ulicznego protestu dziewczyna z kolorowym parasolem stoi na tle dymu z rac.
fot. Grzegorz Szałajko

Dla mnie jednak było dość zaskakujące, że jednym z „hymnów” protestów kobiet został cover piosenki, której towarzyszył bardzo seksistowski teledysk. Cover zrobiony przez Cypisa, który, oględnie mówiąc, feministą raczej nie jest.

– Ze względu na ten wideoklip było to mało zrozumiałe, zwłaszcza dla osób z zagranicy. Można go uznać za seksistowski, ale raczej jest ironiczny lub kampowy. W przeciwieństwie do części haseł, co do których użycia na protestach decyzje zapadały odgórnie, tu często zarządzi przypadek – najpewniej na którymś z marszy ktoś puścił „Call on me”. Nie sądzę w każdym razie, by było to działanie przemyślane i zamierzone w sensie „podwójnej” subwersywności.

Protesty mają wpływ na kulturę, choćby w obszarze muzycznym. Bardzo szybko powstały utwory nawiązuje czy „dziejące się” nawet w trakcie protestów: „Piosenka Patriotyczna” Zwykłej Polki, „Osiem gwiazd” Karola Krupiaka, „Moja Polska” Księżycowego Terrorysty, „Wolność” Baranovskiego i Tego Typa Mesa czy „Tortury ciało” Mai Pompy, które jest przeróbką pieśni włoskich antyfaszystów „Bella Ciao”…

– Mają też wpływ na warstwę ikonograficzną, widać to, śledząc Internet. Weźmy choćby motyw podręcznych z powieści Margaret Atwood i serialu „Opowieść podręcznej”, które już zresztą wcześniej podczas protestów się pojawiały. „Opowieść…” doskonale uzmysławia pewne mechanizmy, przede wszystkim to, jak łatwo za sprawą katastrofy ekologicznej czy ekonomicznej, rzeczywistość, którą znamy, może ulec całkowitej przemianie. Należy wracać do Philipa K. Dicka.

Myślisz, że ten wpływ na kulturę będzie miał charakter długotrwały?

– Myślę, że tu jednak wiele zależy od sytuacji politycznej. Coraz bardziej dostrzegalne są napięcia czy pęknięcia wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Część polityków uważa, że Jarosław Kaczyński popełnił błąd wywołując społeczne niezadowolenie i idąc na konfrontację. Wiedzą, że on nie będzie rządził wiecznie, na przestrzeni najbliższych trzech lat możemy spodziewać się ostrej walki o sukcesję po nim. Zarazem mają świadomość, że poparcia, które już zdążyło się zmniejszyć, nie będzie tak łatwo odzyskać. Na prawicy robi się coraz ciaśniej. Politycy zaczną szukać alternatywnych rozwiązań, wchodzić w mariaże, tworzyć nowe podmioty polityczne. To, czy będą dalsze protesty zależy od sposobu rozwiązania sporu o wyrok, ewentualnie od pojawia się kolejnych punktów zapalnych. Jeśli dajmy na to, komuś za miesiąc przyszłoby do głowy złożyć projekt zakazu badań prenatalnych, a obowiązywałby lockdown bądź „narodowa kwarantanna”, to możemy sobie wyobrazić, że już tak pokojowo nie będzie. W momencie bifurkacji energetyczne i buntownicze odgłosy bębnów i radosne dźwięki „Call on me”, z dnia na dzień mogą zmienić się w odgłosy uderzeń kostek brukowych, a dym z rac w chmury gaz pieprzowego.

Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jeśli natomiast chodzi o spory ideologiczne czy światopoglądowe, to z perspektywy kulturoznawczej szczególnie interesująca jest tu kwestia hegemonii kulturowej. W skrócie można powiedzieć, że chodzi o dominujący dyskurs. Prawicy przez ostatnie lata udawało się prowadzić debatę na polu języka, który sama zaproponowała. Zwłaszcza gdy mowa o aborcji, ale też m.in. zapładnianiu in vitro, związkach partnerskich, osobach LGBT+. Konsekwentnie forsowała swój słownik i schematy pojęciowe, zmuszając przeciwników politycznych, by wchodzili w dyskusję na jej warunkach. Zawładnięcie dyskursem oznacza zawładnięcie wyobraźnią. Wejście w przestrzeń aksjotyczną i symboliczną oponenta, granie w jego grę na jego zasadach daje niewielkie szanse na zwycięstwo. Owa hegemonia – której nadaję tu nieco inne znaczenie niż Antonio Gramsci – wynika też w dużej mierze z roli, jaką religia i Kościół odgrywają w życiu Polaków. Liberałowie, lewica, przedstawiciele mediów, a nawet świata nauki muszą dokonywać translacji własnych słowników, szukać synonimów itp. Niemniej na naszych oczach dokonują się pewne zmiany. Kościół dużo ryzykuje, dając się wciągać w polityczne szachy. Mamy przykład Irlandii. Wystarczyła dekada, by afery finansowe i seksualne wszystko zmieniły. Myślę, że część polskiego Episkopatu przeraziła się skalą protestów. Radykalizacja stanowiska zawsze prowadzi do konfrontacji.

Transparenty na plechach protestujących
fot. Grzegorz Szałajko

To ma oczywiście wpływ na nas wszystkich.

– To jest wojna kulturowa. Wojna na wartości. Ta sytuacja ukazuje nam głębokie podziały i pęknięcia w polskim społeczeństwie. Naruszenie status quo, zwanego „kompromisem” aborcyjnym, dość mocno wzburzyło ludzi o rozmaitych światopoglądach, także tych, którym wspólnota katolicka jest bliska. Jeśli zaczęlibyśmy rozmawiać z protestującymi, to zapewne szybko okazałoby się, że ich zapatrywania na regulacje prawne dotyczące przerywania ciąży są dość zróżnicowane, bo to nie jest tylko kwestia utrzymania wcześniejszego stanu rzeczy, ale też np. wprowadzenie możliwości aborcji do 12 tygodnia ciąży i szeregu innych postulatów. Co ciekawe, nie wybieraliśmy w ramach wyborów parlamentarnych reprezentantów partii, które w swoich programach miałyby propozycję przeformułowania umowy z Kościołem katolickim czy też zmian w ustawie antyaborcyjnej.

Jest taka praca Pawła Zawiślaka, „Marzenie”. Przedstawia flagę Polski, gdzie kolor biały jest zszyty z czerwonym nicią chirurgiczną. Flaga wygląda jak po operacji. Jest szansa na to, żeby nas, jako społeczeństwo, zszyć? Żebyśmy przestali być aż tak wrogo do siebie nastawieni? Żebyśmy zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać?

– Myślę, że spory między nami zaostrzają się za sprawą starej zasady divide et impera czyli „dziel i rządź”. Generowanie podziałów rozpoczyna się przy rządowym stole, a kończy na przydomowej altanie. Jeśli pojawią się nowe podmioty, nowe wizje i zaczniemy żyć czym innym niż obecnie, to te podziały może nie tyle całkowicie znikną, co przestaną być tak istotne. Potrzebujemy czegoś, co przełamie obecną sytuację. Od wielu lat jesteśmy w klinczu obozu postsolidarnościowego, na scenie politycznej nie ma innego liczącego się podmiotu. Potrzebujemy kogoś, kogo głównym celem politycznym nie będzie owo „dziel i rządź”. Musimy dać szansę ludziom, którzy rzeczywiście będą myśleli w kategoriach wspólnego dobra. I zajmą się rzeczywistymi problemami, związanymi z kwestiami klimatu, nierównościami ekonomicznymi, wyczerpywaniem się tanich źródeł energii, systemem ochrony zdrowia czy też przeobrażeniami na międzynarodowej scenie politycznej. Mamy dużo ważniejsze rzeczy na głowie niż walka ze sobą nawzajem.

Protestujący na ulicach Wrocławia
fot. Grzegorz Szałajko

Dr Piotr J. Fereński – kulturoznawca i historyk idei, zatrudniony w Instytucie Kulturoznawstwa UWr. Prowadzi też zajęcia na wrocławskiej ASP. Autor blisko 110 publikacji z zakresu teorii i filozofii kultury, historii nauki, kultury wizualnej oraz studiów miejskich. Jest krytykiem sztuki i kuratorem wystaw. Współredaguje czasopismo naukowe „ΠΡΑΞΗMΑ. Journal of Visual Semiotics” oraz internetowy periodyk „Kultura-Historia-Globalizacja”. Współpracuje również z pismem artystycznym „Format”. Jest członkiem PTK i Stowarzyszenia PAKT. Zrealizował wiele projektów naukowych, społecznych i artystycznych. Prowadzi badania w Polsce, Rosji, na Ukrainie, a także w krajach Ameryki Południowej i Północnej (w Brazylii, Chile, Peru, USA). Interesują go związki pomiędzy estetyką i etyką a klasowością w aspekcie politycznych i ekonomicznych sporów o kształt współczesnych miast. Analizuje też utopijne koncepcje przestrzeni miejskiej. Obecnie bada strategie radzenia sobie z pamięcią o okresie dwudziestowiecznych dyktatur w Chile, Hiszpanii, na Węgrzech i Ukrainie. Prace dotyczą form upamiętniania przeszłości w przestrzeni publicznej.

Rozmawiała Agata Kreska

Bardzo dziękuję za udostępnienie zdjęć Panu Grzegorzowi Szałajko.
Agata Kreska

Dodane przez: Agata Kreska

17 Lis 2020

ostatnia modyfikacja: 17 Lis 2020