Strona używa plików cookies więcej

Badania / Ludzie / Nauka

Marcin Kadej: Chcesz pomóc trzmielom? Ratuj siedliska!

Marcin Kadej
Fot. Michał Raińczuk/UWr/CC BY 2.0

O tym, dlaczego trzmielom przydałoby się trochę więcej rozgłosu i jak skutecznie chronić pożytecznych krewniaków pszczoły miodnej przed licznymi zagrożeniami, rozmawiamy z dr. Marcinem Kadejem z Instytutu Biologii Środowiskowej, jednym z autorów wydanej niedawno książki „Pszczoły w mieście. Trzmiele Wrocławia”.

O pszczołach miodnych mówią od kilkunastu lat wszyscy. Że jest ich coraz mniej, że trzeba je chronić, że bez nich zginiemy. A o trzmielach – cisza. Pszczoły mają lepszy PR? Czy może po prostu dają człowiekowi więcej i dlatego ten bardziej się nimi interesuje?

– Dobrze zadane pytanie, bo dotyka sedna sprawy. Pszczoła miodna, Apis mellifera, jest pod szczególnym nadzorem. Z około 200 mln rodzin pszczelich, które egzystują na całym globie, blisko połowa, bo 100 mln, jest pod opieką człowieka. Jesteśmy zainteresowani tym, żeby je mieć. Dla jednych będzie to hobby, dla innych pasja bezpośrednio połączona z systemem zarabiania, z biznesem, z którego, jeszcze w tzw. starej Unii, przed 2004 rokiem, utrzymywało się przynajmniej 600 tys. ludzi. A jak dorzucimy do tego Polskę i cały blok Europy Centralnej, który został dołączony do Wspólnoty, okaże się, że jest ich jeszcze więcej. Zyski nie są liczone w milionach, tylko w miliardach. Natomiast o trzmielach i innych pszczołach, nazywanych po prostu samotnymi, szary obywatel nie wie nic, co jest przykre i niepokojące. Wszyscy obserwujemy dzisiaj zjawisko wymierania pszczelich rodzin, w skrócie CCD – z angielskiego colony collapse disorder – które dotyczy całego świata. Wspólnie zastanawiamy się nad tym, co takiego dzieje się, że w tak wielkiej skali tracimy pszczoły, które są nam niezbędne w agrocenozach, w sadach, w ogrodach. A przecież trzmiele i inne pszczoły samotne stanowią bardzo poważną grupę, istotną zarówno w kontekście zapylania roślin jak i całego ekosystemu. Ba! W niektórych przypadkach wypadają nawet lepiej od pszczoły miodnej!

My, naukowcy, nie odbieramy pszczole tego, że jest bardzo pracowitym owadem. Robotnica potrafi wylecieć z ula nawet 70 razy, żeby dostarczyć rodzinie nektar czy pyłek. Ale kiedy na zewnątrz panuje temperatura rzędu 11-12 stopni Celsjusza, nie będzie już zainteresowana, żeby zrobić oblot. Pozostanie tam, gdzie jest jej ciepło. Trzmiele są w stanie podjąć pracę w gorszych warunkach pogodowych. Przy mżawce, delikatnym deszczu. We mgle. Wylatują, oblatują, zapylają. A przecież wiele roślin to rośliny entomogamiczne, które wymagają do zapylania właśnie obecności owadów – nie ptaków, nie nietoperzy, nie ślimaków.

Dalej. Pszczoły wykazują tzw. wierność kwiatową, czyli przylatują w danym momencie do tego pożytku, którego jest najwięcej w danym okresie. Trochę w tym działania oportunistycznego – wybierają to, co jest lekkie, łatwe i przyjemne. Po co się trudzić? Tyle że wtedy ma to wpływ na zróżnicowanie innych roślin, które potocznie często nazywamy chwastami. Na marginesie: bardzo nie lubię tego określenia, praktycznego, przypisanego do strefy naszej działalności związanej z uprawą. Dla nas biologów, zwłaszcza biologów środowiskowych, każdy gatunek jest ważny ze względu na swoją funkcję ekosystemową. Nie używamy takich określeń jak chwast czy szkodnik.

U trzmieli wspomniana wcześniej przeze mnie wierność kwiatowa nie występuje. Są może mniej wydajne od pszczół, nie potrafią przenieść aż tak dużo pyłku, ale za to są w stanie odwiedzić o wiele więcej kwiatów, co w obliczu kryzysu różnorodności biologicznej – o którym trąbimy co najmniej od szczytu Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 roku – ma ogromne znaczenie. Obserwujemy największe w dziejach wymieranie gatunków, które nie wynika z przyczyn naturalnych. Bo wymieranie gatunków, podobnie jak ich powstawanie – jako wynikowa ewolucji – jest też w przyrodzie procesem naturalnym.

Trzmiel wrzosowiskowy Bombus jonellus to jeden z rzadszych gatunków trzmieli
Trzmiel wrzosowiskowy Bombus jonellus to jeden z rzadszych gatunków trzmieli | Fot. Marcin Sikora

Ale nie w takiej skali.

– Wymierania, które znamy z historii, też były wielkie. Ale to, co reprezentujemy przez nasz antropocentryzm, nasze poczynania, codzienne decyzje, nie może pozostać bez wpływu na środowisko.

A wracając do trzmieli… Nie wszystkie kwiaty są przystosowane do tego, żeby zapylała je pszczoła. Ze względu na ich budowę i głębokość kielicha, a co za tym idzie na długość języczka tych owadów. U pszczoły języczek, proboscis, ma długość 6,3-6,5 mm. W przypadku trzmieli krótkojęzyczkowych – bo dzielimy je na krótko-, średnio- i długojęzyczkowe – to 9 mm, podczas gdy u długojęzyczkowych nawet 15 mm. Kolejna bardzo ważna cecha trzmieli to tzw. zapylanie wibracyjne. Trzmiel zawisa przy kwiecie pomidora czy borówki wysokiej, łapie żuwaczkami fragment krawędzi płatka korony i pracą własnych mięśni, a co za tym idzie – skrzydeł, bo cały czas jesteśmy w zawieszeniu, wywołuje falę uderzeniową o częstotliwości 400 Hz, która powoduje otwarcie się pylników i wysypanie pyłku na ciało owada.

Mimo że, podobnie jak pszczoły miodne, trzmiele też są socjalne, nie hodujemy ich w takiej skali jak to ma miejsce z pszczołami miodnymi. A jednak z powodzeniem funkcjonują w przestrzeni wokół nas. Mogą zamieszkiwać bardzo różnorodne siedliska: tereny zadrzewione, ogródki działkowe, obszary leśne, rolnicze, ale także górskie i podgórskie. Gnieżdżą się w opuszczonych norach po gryzoniach, w stercie kamieni porzuconych przy polu. Zajmują stare, sędziwe drzewa. W końcu – o właśnie! – zasiedlają budynki. A dlaczego nie? Tam też są w stanie założyć gniazda. Zatem mogą występować w tych miejscach, w których pszczoły, nawet te dzikie – bez spełnienia konkretnych warunków – nie zajmą.

Odpowiadając na zadane na początku pytanie: tak, pszczoła ma lepszy PR. Jesteśmy zdecydowanie bardziej zaangażowani w dbałość o jej dobrostan. Pszczoła daje nam przecież miód, którym możemy handlować. Daje nam wosk, mleczko, propolis. Jad, który możemy wykorzystać w apiterapii, ale także stosować go w środkach o charakterze kosmetycznym, kosmetologicznym czy w przemyśle farmaceutycznym.

Czyli tak naprawdę na pszczole nam zależy, bo możemy ją do cna wykorzystać.

– Na pewno. Szacuje się, że w samych warunkach polskich pszczoła miodna generuje 350 mln dolarów. Pszczoły dzikie, samotne – 35 mln. Ktoś może powiedzieć: „Hm, druga wartość to tylko jedna dziesiąta pierwszej”. Ale czy te 35 mln to mało?

Człowiekowi zawsze mało.

– Tymczasem badania dowiodły, że tam, gdzie obok pszczoły miodnej występują trzmiele albo inne pszczoły samotne, pszczoła miodna staje się wydajniejszym zapylaczem. Prawdopodobnie wynika to z konkurencji o zasoby, pyłek i nektar. To jest bardzo poważna kwestia, odkrycie z tego wieku.

Nie zapominajmy zatem o obecności bliskich krewniaków i krewniaczek pszczoły miodnej, o której tak dużo piszemy, tak dużo mówimy i dla której tak dużo robimy. Popieram takie projekty jak: adoptuj pszczołę, wybuduj i postaw ul w obrębie przestrzeni miejskiej, wykonaj zielony dach, ale pod jednym warunkiem – że są one obudowane bardzo istotnym elementem, czyli dbałością o zasoby pokarmowe i wodę, o właściwą jakość siedliska, nie tylko dla pszczoły miodnej, ale też dla trzmieli, najbliższych krewniaków, i innych pszczół, takich jak pszczolinki, murarki, smukliki, lepiarki, zadrzechnie. Zauważajmy wszystkie owady biorące udział w zapylaniu! Wiemy, że praktycznie cały rząd błonkoskrzydłych odgrywa pierwszorzędną rolę w procesie zapylania, ale nie zapominajmy, że tę samą usługę, pewnie mniej skutecznie, ale jednak, wykonują dla nas także muchówki, chrząszcze, motyle. Co ciekawe, w głowach często odwracamy hierarchię i właśnie motyle stawiamy na pierwszym miejscu.

Bo nam się podobają.

A zatem znowu – kwestia estetyzmu, obserwacji. Natomiast jeżeli wszystko zważymy, zmierzymy, okaże się, że piękne motyle zajmują dopiero czwartą lokatę w odniesieniu do procesu zapylania.

Owady i – gdyby to rozszerzyć – zwierzęta bezkręgowe królują w sensie liczebności, różnorodności gatunkowej. Według rozlicznych szacunków stanowią od 78 do nawet 90 procent różnorodności biologicznej w odniesieniu do ekosystemów lądowych. Dlaczego jest ich tak dużo? Najprostsza, może nawet banalna, odpowiedź, jaka od razu przychodzi do głowy jest taka, że natura ich potrzebuje. Skoro tyle gatunków owadów krąży wokół nas w przestrzeni, to znaczy, że spełniają one bardzo ważne funkcje w ekosystemie. Myśmy do tej pory rozmawiali tylko o jednej z nich, jaką jest zapylanie. Nie zapominajmy jednakowoż o tym, że biorą one udział w procesach dekompozycji martwej materii organicznej, obok bakterii i grzybów. Polują na inne organizmy, które często niespecjalnie kochamy. Mają wpływ na limitowanie populacji w przyrodzie poprzez bycie pasożytami, parazytoidami, wektorami chorób.

Wiemy już, że o pszczoły miodne, ale także o trzmiele i inne owady zapylające dbać należy. Ale jak to robić?

– Nie możemy myśleć o ochronie jedynie gatunkowej, bo ona nie działa – wiem to jako praktyk. Jeżeli chcemy zrobić coś dla ochrony gatunków wokół nas, obojętnie czy będą to rośliny, zwierzęta, grzyby, musimy pamiętać o zachowaniu siedlisk tychże organizmów i łączności między tymi siedliskami. A my dzisiaj niszczymy istniejące siedliska, częściowo lub całkowicie, fragmentujemy je. Dystans pomiędzy właściwymi, suboptymalnymi i optymalnymi, siedliskami dla konkretnego organizmu robi się na tyle duży, że staje się niemożliwy do przejścia, do przelecenia.

Skoro rozumiemy już, dlaczego trzmiele są nam potrzebne, w końcu je doceniamy, zaczynamy dostrzegać, że z nimi koegzystujemy, powinniśmy zadbać o siedliska poprzez zapewnienie źródła pokarmu, które jest dostępne w zakresie dystansu przelotu poszczególnych gatunków, czyli – średnio – 300-500 metrów. Badania wykazały, że budowanie li tylko sztucznych schronień mija się z celem. Domki dla trzmieli nie są przez trzmiele zamieszkiwane. Nie wiemy dlaczego. Budujemy je, kupujemy, a potem okazuje się, że z jakiegoś powodu nie są preferowane. Idea szczytna, ale z naszej strony jest to fiasko, bo nie uzyskujemy pozytywnego rezultatu. Lepiej więc chyba nie niszczyć tego, co już wokół nas jest. Albo postępować w taki sposób, żeby to coś w sposób naturalny powstawało. Zatem: pozostawiajmy kamienie w pryzmach, nie frezujmy pniaków i nie usuwajmy karp po wyciętych drzewach, bo jednak od czasu do czasu jakieś drzewo trzeba wyciąć. W ten sposób zachowujemy strukturę w krajobrazie. Nie niszczmy mikrohabitatów. Twórzmy warunki ku temu, żeby matka, przyszła królowa, po tym, jak zostanie zapłodniona, jak uda jej się przezimować, przetrwać okres hibernacji – w tym czasie jest narażona m.in. na działania grzybów pleśniowych, pasożytów, drapieżników – na wiosnę następnego roku miała miejsce, w którym założy pierwsze komórki, złoży pierwsze jaja i będzie mogła sprawować nad nimi opiekę.

Trzmiela rudonogiego Bombus ruderarius rozróżniamy po czerwonawych włoskach na trzeciej parze odnóży. Na zdjęciu samiec na chabrze Centaurea sp.
Trzmiela rudonogiego Bombus ruderarius rozróżniamy po czerwonawych włoskach na trzeciej parze odnóży. Na zdjęciu samiec na chabrze Centaurea sp. | Fot. Marcin Sikora

Muszę użyć tego argumentu, kiedy teściowa znowu zapyta, dlaczego mamy taką zaniedbaną działkę. Troszkę z lenistwa, to prawda, ale przecież nie tylko…

– To jest ważny argument, bądźcie leniwymi ludźmi! (śmiech)

A teraz dotykamy kolejnej kwestii. Załóżmy, że matce udało się przetrwać. Znalazła miejsce na dom – bo takie w ogóle było. Na tym wygrała. Ale za moment będzie musiała dostarczyć pokarm w postaci nektaru, pyłku, dla potomstwa. Na początku będzie musiała o ten pokarm zadbać sama, nikt jej nie pomoże. Jeżeli będzie w jego poszukiwaniu wylatywać daleko, będzie to dla niej ogromne obciążenie energetyczne. A jeśli zostanie zaatakowana przez drapieżniki? Albo inne niekorzystne uwarunkowania nie pozwolą jej wrócić do gniazda? Czerwie same nie wykarmią się woskiem, z którego jest zbudowana komórka jajowa. Zatem, jeżeli ma wylatywać, dobrze by było, żeby miała pokarm w pobliżu. Tak samo jej pierwsze córki, które zadbają o kolejne generacje sióstr, córek tejże matki królowej. Brak dbałości o bazę pokarmową zapylaczy – i to nie w jednym momencie, ale przez cały czas trwania rodziny trzmieli na zewnątrz, od wczesnej wiosny często po jesień – albo jej eksterminacja, jest w pewnym sensie wyrokiem na owady, które są bardzo ważne – jeszcze raz podkreślam – ekosystemowo i finansowo, dla nas, dla naszej gospodarki.

Zatem ochrona gatunkowa jest słabym ogniwem w ochronie jako takiej. Najważniejszymi rzeczami, o której my, biolodzy konserwatorscy, środowiskowi, mówimy, jest pokazanie potrzeby zachowania w dobrym stanie siedliska, nie pogarszaniu stanu tych istniejących, a w idealnym systemie – powiększanie ich areału. Dlatego tak zachęcamy rolników do tego, żeby nie chcieli za wszelką cenę wszystkiego, co jest dostępne, przekazywać pod uprawę. Żeby nie likwidowali miedz i zakrzaczeń. Żeby nie dostosowywali wszystkiego, od linijki, do jednego schematu, bo dla naturalnego środowiska plantacja jest pustynią ekologiczną. Tam nie może żyć nic, zwłaszcza wtedy, gdy stosujemy chemię, a chemia nie jest wybiórcza – zabija wszystko. A potem to „wszystko” jest zjadane przez inne „wszystko”, co też będzie z tego powodu cierpiało – a kto wie, czy nie odda ducha. Dbać o mikrohabitaty możemy właściwie wszędzie. Możemy po prostu pielęgnować rozliczne gatunki roślin kwiatowych wokół nas. Nasze babcie, prababcie, to robiły. Ktoś może powiedzieć: „No, dobrze, ale świat się zmienił, kiedyś było więcej czasu”. To jest kwestia wyboru.

Zawsze.

– Czas jest pewną wartością. A wartości zawsze możemy kategoryzować. Jeżeli czujemy wartość otoczenia wokół nas, to zrobimy wszystko, żeby utrzymać status quo. Możemy to robić także w mieście, dbając o to, żeby nasze balkony były kwietne, a zatem atrakcyjne dla zapylaczy. Możemy to robić w przydomowych ogródkach, ogrodach działkowych, które są bardzo dobrym siedliskiem dla trzmieli. Próbujmy utrzymać tzw. taśmę pokarmową, dbając o dostęp do pokarmu poprzez różnorodne gatunki roślin, które kwitną w rożnych porach w ciągu całego sezonu wegetacyjnego. Da nam to gwarancje na to, że gatunki żyjące wokół nas będą miały szansę na trwanie. Natomiast odbieranie im tej szansy poprzez sprowadzanie naszej przestrzeni li tylko do pola golfowego, obsadzonego nota bene tujami…

Te nieszczęsne tuje…

– …świerkami, sosenkami – nie mam nic przeciwko drzewom iglastym – działanie takie jest jednak kompletnym pomyleniem idei. Ktoś może znowu powiedzieć: „Bo czas, bo łatwiej mi utrzymać”. Ale co utrzymać? Łąkę kwietną też trzeba utrzymywać, podobnie jak trawnik, a paradoksalnie mniej ona kosztuje, bo mniej zużywamy czasu i energii na koszenie, grabienie, kompostowanie, o paliwie czy prądzie nie wspominając. Dlaczego rezygnujemy tak łatwo z rodzimych krzewów ozdobnych, które kwitnąc, dają pożytek zapylaczom, a potem zapewniają, w formie owoców, pożywienie ptakom albo drobnym ssakom? W odpowiedzi słyszę: „Bo trzeba grabić”. To grabmy liście dla jeży! W ich populacjach też obserwujemy spadki liczebności. Dotyczy to zarówno naszego jeża zachodniego, jak i jeża wschodniego. Dlaczego? Dlatego że zabieramy im miejsca do odżywiania się i do przezimowania. Na swoim ogródku przydomowym od kilku lat nie usuwam liści, które opadają z winogron, z wierzby, z innych gatunków drzew wokół. A kiedyś to robiłem. Grabiłem i wynosiłem na kompost. Dzisiaj liście zostawiam na mojej działce w formie pryzm, ufając, że może – a obserwowałem jeże na swojej działce – wykorzystają je do tego, żeby przetrwać zimę. Podobne przełożenie mamy w przypadku owadów, bezkręgowców, które spełniają różnorakie funkcje.

Samiec rzadkiego trzmiela zmiennego Bombus humilis.
Samiec rzadkiego trzmiela zmiennego Bombus humilis | Fot. Marcin Sikora

Czyli: stwarzajmy warunki, po prostu.

– Po pierwsze: nie niszczmy. Jeżeli nie musimy, to nie niszczmy. Słowo kluczowe to „musimy”. Rozumiem powagę tego słowa. Czasem faktycznie musimy. Pytanie: czy zawsze?

Na pewno nie tak często, jak nam się wydaje.

– Tak, to jest kwestia pewnej frekwencji w podejmowaniu przez nas decyzji. Czy zawsze musimy – to, na co zwróciłeś wcześniej uwagę w kontekście swojej działki – mieć tak „czysto”. I znowu słowo klucz, wytrych. Czystość w przyrodzie nie polega na tym, że mamy uprzątnięte listowie czy łąkę zamienioną w trawnik, na który możemy wyjść i zagrać w golfa, bo jest tak równy, tak pięknie „płaskozielony”, że aż chce się po nim tę piłkę toczyć. To jest zmiana mentalności, którą myśmy bardzo szybko przeszli –  od dawnego sposobu wykorzystywania przestrzeni wokół nas do rzekomo łatwiejszego obchodzenia się z naszym dobrostanem. Zawsze zachwycam się posesjami, na których widzę kwiaty, rodzime krzewy, rodzime drzewa, w tym drzewka owocowe, które mają dodatkową wartość, bo konfitura, bo dżem, bo sok – coś naturalnego, czego nie musimy kupować. Bardzo lubię z właścicielami takich przestrzeni rozmawiać. Sam na swojej – niewielkiej, to raptem 70 metrów kwadratowych – planuję na wiosnę posadzić kwiaty wokół płotu, żeby mój ogródek był nie tylko przyjazny dla mojego dziecka, ale też dla zapylaczy. Trzmieli, pszczół, ale także muchówek, chrząszczy – wszystkiego, co tylko zechce z tej przestrzeni skorzystać.

Bo tak naprawdę niewiele trzeba, żebyśmy zechcieli poprawić sytuację gatunków. To jest kwestia dobrej woli. Bardzo często oczywiście też świadomości, bo nie możemy mieć dobrej woli, jej nie posiadając. Nie będziemy też się angażować. Możesz namawiać setki tysięcy ludzi, żeby oddali złotówkę na adopcję pszczoły. Możesz namawiać setki tysięcy ludzi, żeby chcieli zakładać ogrody. Możesz namawiać setki tysięcy ludzi, żeby nie niszczyli miedz, oddali przyrodzie trochę – niewiele – miejsca. Albo żeby przeszli na weganizm. Tylko jak oni mają to zrobić, czyli zaangażować się, nie mając świadomości? Ludzie angażują się w decyzje dopiero wtedy, kiedy są one świadome. Tak działamy. Owszem, znajdą się jednostki, które pod wpływem impulsu, bez jakiegokolwiek wsparcia, wejdą w jakąś ideę – ale to są jednostki. Natomiast chodzi o to, żebyśmy my, jako grupy, podejmowali decyzje, które mają związek przyczynowo-skutkowy z tym, co wokół nas, czyli z przyrodą – a ostatecznie z nami. Bo wyżynanie lasów deszczowych nie pozostaje bez związku z nami, nawet jeżeli żyjemy tysiące kilometrów od tych miejsc.

Ten argument pada bardzo często: „Mnie to nie interesuje, to się dzieje daleko”.

– No właśnie! Trzeba zrozumieć te związki. To że jakiś kraj podpisuje umowę związaną z ograniczeniem emisji dwutlenku węgla jako podstawowego gazu cieplarnianego, a inny tego nie robi, jest demoralizujące. Przecież oddziaływanie tamtego kraju, mimo że znajduje się tysiące kilometrów od nas, w Polsce czy w Europie, będzie miało ogromny wpływ właśnie na nas ze względu na: układ wiatrów, związki klimatyczne, wpływ prądów oceanicznych.

Przeżywamy ogromny kryzys. Rok 2010 był ogłoszony przez ONZ rokiem różnorodności biologicznej i bardzo żałuję, że to był tylko rok, a nie dekada albo nawet dwie. Mam nieodparte wrażenie, że nas – naukowców, biologów środowiskowych, konserwatorskich – przestano słuchać. Bardzo dużo publikujemy, bardzo dużo badamy. I co z tego? Biologia środowiskowa dziś nie jest specjalnie w modzie. A szkoda. Znajomość gatunków, ich biologii, ekologii, pozwala lepiej badać ich kolejne właściwości – przydatne potem nam. To jest coś, o czym nie pamiętamy. Być może trzeba nam mocnego impulsu, działającego na zasadzie: „O, kurczę! Właśnie straciliśmy bardzo interesujący gatunek rośliny czy zwierzęcia, mającego przedziwne właściwości, które – gdybyśmy tylko dokładnie zbadali – mogłyby zostać wykorzystane przy bardzo ciężkich jednostkach chorobowych, stanach chronicznych”. Musimy nabrać większej pokory. Grzechem głównym zawsze jest pycha. Pycha jest początkiem upadku.

Rozmawiał Michał Raińczuk


Monografia „Pszczoły w mieście. Trzmiele Wrocławia” autorstwa Anety Sikory, Pawła Michołapa, Marcina Kadeja, Marcina Sikory i Dariusza Tarnawskiego powstała z inicjatywy członków Stowarzyszenia „Natura i Człowiek” oraz pracowników naukowych Wydziału Nauk Biologicznych UWr. Publikacja została dofinansowana ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu. Bogato ilustrowane opracowanie ma na celu przybliżenie biologii i ekologii ponad 30 gatunków trzmieli, zarówno tych stwierdzonych na terenie Wrocławia, jak i wykazywanych z Polski. Na tle charakterystyki poszczególnych gatunków autorzy przedstawiają ich zagrożenia i problemy ochrony. Jednym z celów tej publikacji jest próba uwrażliwienia społeczeństwa na potrzebę protekcji tych ekologicznie cennych owadów, aby stały się one w naszej świadomości ambasadorami ochrony różnorodności biologicznej gatunków i ich siedlisk.

Entomolodzy i medycy na tropie śmierci

Jak pszczoły, osy i wiewiórka zamieszkały w ciele wisielca

Prestiżowa nagroda dla wrocławskich entomologów

Dodane przez: Michał Raińczuk

12 Lut 2019

ostatnia modyfikacja: 31 Lip 2019