Strona używa plików cookies więcej

Kartka z przeszłości / Ludzie

Między duchem a materią, czyli rzecz o Hugonie Steinhausie

W PRL w rubryce pochodzenie pisał „arystokracja plus burżuazja”. Nie pił i nie lubił, kiedy inni pili. Z krawatem się nie rozstawał, w rachunkach był więcej niż skrupulatny. Językowy purysta, uważał, że słowo „problem” nie istnieje, są wyłącznie „problematy”. A doktorantowi, który, przedstawiając się, podał nazwisko przed imieniem, gotów był złamać karierę – tak Hugona Steinhausa przedstawił w swojej książce "Genialni" Mariusz Urbanek. 14 stycznia 2017 r. minęła 130. rocznica urodzin, a 25 lutego – 45. rocznica śmierci tego wybitnego polskiego matematyka.

Lwowska szkoła matematyczna, której Steinhaus był jednym z twórców, obrosła legendą m.in. za sprawą jej oryginalnych twórców, bujnego życia towarzysko-naukowego prowadzonego głównie w kawiarni Szkocka we Lwowie oraz słynnych „problematów” i rozwiązań wypisywanych najpierw na blacie kawiarnianego stolika, a potem wpisywanych do zeszytu, który przeszedł do światowej matematyki jako „Księga Szkocka”. Nie ulega wątpliwości, że lwowska szkoła matematyczna to jednak nie tylko legendy i anegdoty, które nierozerwalnie się z nią kojarzą, ale przede wszystkim wybitna gałąź polskiej matematyki okresu dwudziestolecia międzywojennego, której największym wkładem w historię światowej nauki była analiza funkcjonalna. Jak twierdzi Mariusz Urbanek, autor wydanej jesienią 2014 r. książki „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”, był to „nowy język matematyczny, który pozwolił uporządkować dorobek matematyków na całym świecie. Nagle okazało się, że fragmenty układanki tworzone w różnych matematycznych ośrodkach zaczynają do siebie pasować”.

Kim był jeden z twórców tej szkoły, Hugo Dionizy Steinhaus? Z pewnością był oryginałem, słynącym z ciętego języka i trafnych uwag. „Dowcipem nie należy celować, tylko trafiać” – mawiał. Był nie tylko matematykiem, ale też humanistą o szerokich horyzontach. Słynął z zamiłowania do piękna logiki języka polskiego. Mówi się nawet, że równie dobrze mógł uczyć matematyki, jak i języka polskiego…

Geniusz z Jasła

Hugo Dionizy Steinhaus urodził się 14 stycznia 1887 r. w Jaśle w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Można zaryzykować stwierdzenie, że przebłyski geniuszu zdradzał już od najmłodszych lat. Do szkoły poszedł, gdy miał dziewięć lat, ale od razu do czwartej klasy, bo wcześniej uczył się w domu. Błyskawicznie przyswajał sobie języki obce: niemiecki poznał w gimnazjum, a francuski od bony, która na co dzień opiekowała się nim i jego siostrami. Uwielbiał jazdę na rowerze i grę w szachy, a najbardziej fascynowały go wynalazki i powieści Juliusza Verne’a.

Po zdanej w 1905 r. maturze wstąpił na Uniwersytet Lwowski, by tam uczyć się przede wszystkim matematyki i filozofii. Był bardzo pilnym studentem. „Przez pierwszy rok studiów Steinhaus kuł strasznie (…). Nie pił, nie grał w karty, nie lubił balów ani zabaw, a więc nie odrywała go od nauki żadna z przyjemności, jakimi zajmowali się w wolnym czasie studenci” – czytamy w „Genialnych”. Część studiów odbył w Getyndze, która była wówczas najważniejszym ośrodkiem matematycznym w Europie. To tam poznał ludzi, dla których matematyka była wszystkim, i to tam w 1911 r. ukończył studia, uzyskując stopień doktorski summa cum laude.

Ze stolicy europejskiej matematyki powrócił do Jasła. Jako prywatny uczony „błąkał się – jak pisze prof. Roman Duda, matematyk i znawca dziejów polskiej matematyki – „między rodzinnym Jasłem a Krakowem, w chwilach wolnych pisując prace z teorii szeregów trygonometrycznych i teorii operatorów”. W czasie i wojny światowej służył w artylerii legionów i pracował w Dyrekcji Odbudowy Kraju w Krakowie i we Lwowie. W 1917 r. za namową Józefa Puzyny, profesora matematyki na Uniwersytecie Lwowskim, który wypatrzył zdolnego uczonego w Krakowie, Steinhaus habilitował się i został docentem z prawem do wykładania, ale bez prawa do pensji. Miał nieliczne grono słuchaczy; trwała bowiem wojna. Zanim jednak stanął za katedrą, wydarzyło się coś, bez czego być może historia polskiej i światowej matematyki wyglądałaby zupełnie inaczej…

Na krakowskich Plantach

Spacerując krakowskimi Plantami, lipcowego wieczoru 1916 r., Steinhaus usłyszał rozmowę dwóch siedzących na ławce młodych mężczyzn. Nie mógł przejść obojętnie, słysząc słowa znane tylko nielicznym matematykom – „całka Lebesque’a”. Jednym z rozmówców był Otto Nikodym, a drugim 24-letni wówczas Stefan Banach. Czekali jeszcze na trzeciego kolegę, Witolda Wilkosza. Steinhaus przedstawił się i przyłączył do rozmowy. Tak zaczęła się ich znajomość. Cała trójka często bywała u Steinhausa. Spotykali się także w krakowskich kawiarniach, gdzie dyskutowali o matematyce. Podczas jednego z takich spotkań Steinhaus podzielił się z Banachem problemem – a w zasadzie „problematem”, gdyż według niego słowo „problem” nie istniało w języku polskim – dla którego od dłuższego czasu bezskutecznie szukał rozwiązania. Ku jego zdziwieniu już po kilku dniach Banach znalazł odpowiedź. W „Biuletynie Akademii Krakowskiej” w 1918 r. wspólnie opublikowali na ten temat artykuł, który był pierwszą naukową publikacją Banacha i początkiem jego zawrotnej naukowej kariery (choć Banach nie ukończył studiów, to szybko i w nietypowych okolicznościach zrobił doktorat i został profesorem). Steinhaus ściągnął Banacha do Lwowa i pomógł mu w otrzymaniu asystentury na Politechnice Lwowskiej. Tak zaczęła się słynna lwowska szkoła matematyczna.

Steinhaus niejednokrotnie powtarzał, że jego największym naukowym sukcesem było odkrycie Stefana Banacha. Pod koniec 2016 r., w setną rocznicę najsłynniejszej matematycznej dyskusji na krakowskich Plantach, która zaowocowała przypadkowym odkryciem talentu Banacha, odsłonięto ławkę z figurami Banacha i Nikodyma. Szkoda tylko, że „zapomniano” obok ławeczki postawić figurę Steinhausa…

Ławka z figurami Stefana Banacha (po prawej) i Otto Nikodyma (po lewej) na krakowskich Plantach, fot. Emilia Wildhirt

Steinhaus i Banach, czyli lwowska szkoła matematyczna

W 1920 r. Steinhaus został mianowany profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, co było początkiem jego kariery akademickiej. Na jego wykłady dla i roku przychodzili wówczas m.in. Władysław Orlicz i Herman Auerbach, późniejsi współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej. W 1923 r. Steinhaus był już profesorem zwyczajnym, a w 1929 r. wraz z Banachem, który profesorem został w 1922 r., założył „Studia Mathematica” – specjalistyczne czasopismo poświęcone głównie analizie funkcjonalnej, które szybko stało się jednym z najpoważniejszych w skali światowej czasopism w tej dziedzinie. W sumie w latach 1929–1940 wydano dziewięć tomów zawierających 169 prac, spośród których blisko 70% napisali matematycy związani ze szkołą lwowską.

Matematyka polska we Lwowie rozkwitała. Szkoła tworzona była w głównej mierze przez Banacha i Steinhausa. Należał też do niej Stanisław Ulam, któremu podczas ii wojny światowej przyszło uczestniczyć w amerykańskim projekcie Manhattan, gdzie współtworzył bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki; pracował też nad bombą wodorową, która jego zdaniem mogła zapewnić światu pokój. Stanisław Mazur, podobnie jak Banach nie skończył studiów, jednak mimo tego zrobił karierę akademicką. Podobnie jak Steinhaus słynął z poczucia humoru i błyskawicznego refleksu, jednak w przeciwieństwie do niego niechętnie publikował nawet najbardziej odkrywcze prace. W sumie ze szkołą lwowską związanych było ponad 20 matematyków. Wszyscy współpracowali ze sobą, przeciwstawiając się matematykom z Warszawy i Krakowa. Dokonywali odkryć wyprzedzających swoje czasy, dzięki czemu zdobyli sławę, zaszczyty i światowe uznanie. Trafili nie tylko do podręczników akademickich, ale
i do encyklopedii powszechnych. „W świecie zwykłych ludzi raczej by się nie spotkali (…). W świecie matematyki stworzyli legendę (…). Przeszli do historii nauki i do anegdoty. Tam, gdzie trafiają tylko genialni” – napisał Urbanek we wstępie do swojej fenomenalnej książki poświęconej wielkiej czwórce: Banachowi, Steinhausowi, Ulamowi i Mazurowi. To właśnie ich fascynujące losy, niekiedy niewyobrażalne z dzisiejszego punktu widzenia kariery naukowe i pozanaukowe, tragiczne chwile i okresy chwały opisał Urbanek, okraszając to ogromną liczbą anegdot i posiłkując się licznymi publikacjami Romana Dudy. W tle książki Urbanka pojawił się Lwów – na czele z kawiarnią Szkocką – i cała Polska ze swoją burzliwą historią i połowy XX wieku.

Pod okupacją

Druga wojna światowa brutalnie przerwała dynamiczny rozwój lwowskiej szkoły matematycznej. Podczas okupacji sowieckiej Steinhaus pracował na zreorganizowanym Uniwersytecie Lwowskim noszącym odtąd imię iwana Franki, zaś Banach, który tuż przed wybuchem wojny odmówił wyjazdu do USA, został dziekanem Wydziału Matematyczno-Fizycznego. Mimo wojny i zmian, jakie zaszły w ich życiu, nadal poświęcali się matematyce, spotykając się w kawiarni Szkockiej przy pl. Akademickim. Gruby zeszyt, który 17 lipca 1935 r. podarowała im żona Banacha, by ważne notatki sporządzane dotąd na stoliku nie przepadały pod ścierką, nadal zapełniał się „problematami”. W sumie do maja 1941 r. do zeszytu, który do historii światowej nauki wszedł pod nazwą „Księga Szkocka”, wpisano blisko 200 zagadnień.

Kresem lwowskiej szkoły matematycznej była niemiecka okupacja Lwowa, która rozpoczęła się brutalnym mordem lwowskich uczonych i ich rodzin dokonanym w lipcu 1941 r. na Wzgórzach Wuleckich. Gdy rozpoczęły się prześladowania uczonych pochodzenia żydowskiego, Steinhaus podjął decyzję o spaleniu wszystkich osobistych dokumentów i opuszczenia Lwowa, bo pozostanie w nim jednoznaczne było ze śmiercią. Wiedział, że ukochany Lwów opuszcza na stałe. Ostatnie lata wojny przeżył w ukryciu w okolicach Jasła i Gorlic, udając chłopa spod Przemyśla o nazwisku Grzegorz Krochmalny.

Walka o duszę i nazwisko Steinhausa

Wiosną 1945 r. zaczęły docierać do Steinhausa różne informacje. „Podobno cały UJK ma iść do Wrocławia” – zanotował 3 kwietnia 1945 r. w swoim dzienniku wydanym po wielu latach jako „Wspomnienia i zapiski”. Nie wiedział, co będzie dalej. Z niepokojem przyglądał się całej sytuacji i kończącej się wojnie. Wiedział, że przebywający w Krakowie prof. Stanisław Kulczyński, były rektor UJK, organizuje grupę ochotników mających wyjechać do Wrocławia, by tworzyć tam Uniwersytet i Politechnikę. Trochę jakby za jego plecami zaczynała się rywalizacja projektów i walka o niego, propozycję pracy złożył mu bowiem nie tylko Kulczyński, oferując mieszkanie i funkcję dziekana na wrocławskiej uczelni, ale także Władysław Sierpiński, kusząc go do pozostania w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Łódź i Lublin także walczyły o słynnego matematyka. Oficjalna propozycja profesorów Stanisława Kulczyńskiego i Stanisława Lorii, dotycząca zorganizowania i objęcia funkcji dziekana wydziału matematyczno-przyrodniczego, który planowano otworzyć na mającej wkrótce powstać wrocławskiej uczelni, dotarła do Steinhausa 21 lipca 1945 r. We „Wspomnieniach i zapiskach” pod datą 22 lipca widnieje notatka: „Dziś odpisałem, że przyjmuję”.

Do Wrocławia Steinhaus przyjechał po raz pierwszy pod koniec września 1945 r. Miasto zrobiło na nim przygnębiające wrażenie, wyglądało bowiem zupełnie inaczej niż przed wielu laty, gdy zatrzymał się tu w drodze do Getyngi. Żona prof. Lorii pomagała mu szukać mieszkania w dzielnicy nazwanej później Biskupinem. „Są wille, które mają całe dachy, ale rzadko która ma szyby. A jeżeli jest dach, to nie ma klamek, drzwi, połamane są rury, zerwane przewody elektryczne, zatkane kanały” – wspominał. Steinhaus odbył kilka spotkań z Kulczyńskim i Lorią, ustalając szczegóły dotyczące mającego powstać wkrótce wydziału matematyczno-przyrodniczego, po czym wrócił do Krakowa, a do Wrocławia na poszukiwanie domu pod koniec października wybrała się żona Stefania. Po męża wróciła 10 listopada. Willa znaleziona pod nr. 15 przy ulicy przemianowanej wkrótce na Orłowskiego czekała, choć wymagała solidnego remontu. Steinhaus postanowił dłużej nie zwlekać. Spakował się i 14 listopada 1945 r. wyruszył do Wrocławia, który odtąd stał się jego domem.

Początkowo Steinhausowie zamieszkali na terenie klinik uniwersyteckich w zorganizowanym dla pionierów hotelu Mirus. Wykłady uniwersyteckie Steinhaus rozpoczął już 19 listopada, zaledwie 4 dni po inauguracji działalności Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu. Studentów nie miał wielu, bo zaledwie… półtora – ten drugi, nie miał dokumentów potwierdzających zdaną maturę, dlatego Steinhaus określił go w ten sposób. Po zajęciach kontynuował prace nad stworzeniem introwizora, przyrządu do przestrzennej lokalizacji ciał obcych w organizmie, za który prof. Ludwik Hirszfeld, dziekan Wydziału Lekarskiego, oferował mu solidne wynagrodzenie. Niemal nieustająco zajmując się matematyką, próbował odnaleźć się w nowej, powojennej rzeczywistości i w mieście, które określił mianem „największej kupy dziadów na największej kupie cegieł i rumowiska w Europie”. Powoli remontował dom, do którego wprowadził się wraz z żoną dopiero w lipcu 1946 r. W swoim dzienniku nadal notował absurdy, których dostarczała mu komunistyczna rzeczywistość. Publikował nie tylko wyniki swoich dociekań matematycznych, ale także inne rzeczy.

Słownik racjonalny

Najpierw w dwutygodniku „Nowy Wrocław”, a później także w tygodniku „Szpilki”, pod szkolnym pseudonimem Sestertius, Steinhaus publikował swoje aforyzmy z cyklu „Słownik racjonalny”. Najpopularniejsze to m.in. „Kula u nogi – Ziemia”, „Taki, co przez omyłkę się ożenił – bigamoń”, „Nałogowe chodzenie na pogrzeby – zabawa w chowanego”, „Marynarz, który lgnie do kobiet – majtek”. Wiele z jego aforyzmów odnosiło się wprost do powojennej rzeczywistości, jak np. „Taki, co się obywa bez wszystkiego – obywatel”, „Taki, co wszystko reguluje okólnikami – dekretyn”, „Nasz ustrój ekonomiczny – postępowy paraliż”. Do słynnych cytatów należą też m.in. „W literaturze forma jest dowodem na treść”; „Człowiek jest dowodem boskości zwierzęcia”; „Łatwo z domu rzeczywistości zajść do lasu matematyki, ale nieliczni tylko umieją wrócić”; „W kraju, gdzie telefony funkcjonują, można żyć. Jeszcze lepiej żyje się w kraju bez telefonów. Trudno wytrzymać tylko tam, gdzie są telefony, ale nie funkcjonują”; „Władca nadaje ordery małym ludziom, żeby widziano, iż może ich wywyższyć, nadaje je wielkim, aby wywyższyć ordery. Tak spełnia się prawo zachowania wartości: mali zyskują tyle, ile wielcy tracą”.

Steinhausowie utrzymywali kontakty towarzyskie nie tylko z wrocławską profesurą, ale także z lokalnymi literatami i artystami. Jak twierdzi Mariusz Urbanek, Steinhaus zawsze zabawiał towarzystwo swoimi anegdotami, aforyzmami i kalamburami, szczególnie tymi najbardziej nieprawomyślnymi i pikantnymi, jednak nie wszystkim jego żarty się podobały. Anna Kowalska uważała nawet, że „Steinhaus [jest] męczący ze swoimi wiecznie tymi samymi dowcipami”. Aforyzmy Steinhausa były jednak bardzo popularne wśród jego współpracowników i studentów, którzy nazywali je hugonotkami lub steinhausenkami. Zebrane i w całości opublikowane zostały dopiero w 1980 r. już po śmierci ich autora.

Także sam Steinhaus stał się bohaterem wielu anegdot. Jedna z najsłynniejszych związana jest z jego nieobecnością na lotnisku w dniu przylotu do Wrocławia zagranicznych delegatów, de facto przedstawicieli ZSRR, przybywających tu na Światowy Kongres intelektualistów w Obronie Pokoju, na który i on został wydelegowany. Zapytany o powód swojej nieobecności, odpowiedział: „Bo byłem chory fizycznie, natomiast zdrowy umysłowo”.

Niektórzy do dziś pamiętają efekt jego wręcz maniakalnego tępienia podawania w pierwszej kolejności nazwiska, a dopiero potem imienia. Zwyczaj ten zwalczał tak długo, że wreszcie władze Uniwersytetu Wrocławskiego zadecydowały o wydaniu spisu pracowników w kolejności alfabetycznej wg nazwisk, ale z imionami na pierwszym miejscu. Tępił też słowo „naukowiec”, uważając, że skoro o artyście nie mówi się „sztukowiec”, to powinno się używać określenia „uczony”.

O poprawne językowo formy walczył zawsze, wszędzie i ze wszystkimi. Często kłócił się też ze swoim sąsiadem z wyższego piętra używającym nazwiska Knaster. Steinhaus uważał, że w dopełniaczu matematyk powinien używać formy „Knastra”, zaś sam Knaster wolał formę „Knastera”, przez lata krążyła więc po uczelni anegdota, jak to Steinhaus i Knaster „w jednym stali domu”, ale w ogródku przy ich wspólnej willi na ul. Orłowskiego w części należącej do Steinhausa rosły astry, a w części Knastera – astery.

Podpis Hugona Steinhausa, fot. ze zbiorów Archiwum Uniwersytetu Wrocławskiego

Matematyka jest wszędzie

Steinhaus widział matematykę w wielu dziedzinach życia pozornie odległych od matematyki. Zajmował się m.in. nowoczesną teorią gier i to właśnie on sformułował jej podstawowe pojęcia. Zaproponował efektywną metodę pomiaru długości krzywych empirycznych takich jak brzegi morskie, definiował też inne wskaźniki geograficzne, np. zagęszczenia i rozproszenia osiedli czy rzeźby terenu. Współpracował także z lekarzami, badając garniturowy układ białych ciałek krwi, efektywność wykrywania nosicielstwa dyfterii i jednostajność rozmieszczenia układu chromosomów w jądrze komórki oraz konstruując wspólnie z Hirszfeldem przyrząd ułatwiający operacje chirurgiczne (introwizor). Współpraca z Hirszfeldem doprowadziła ponadto do powstania matematycznej teorii dochodzenia ojcostwa, zaś badania prowadzone z Janem Czekanowskim stanowiły punkt wyjścia do powstania nowej szkoły taksonomicznej zwanej taksonomią wrocławską.

W sumie blisko sto prac Steinhausa dotyczy konkretnych zastosowań matematyki w medycynie, technice, geografii, sądownictwie, dendrometrii i ekonomii. Jego prace na ten temat były niezwykle popularne i budziły żywe zainteresowanie, tak samo jak liczne wystąpienia popularnonaukowe. Był bardzo aktywnym popularyzatorem nauki, a jego książki doczekały się wielu wydań i przekładów na języki obce, zapewniając mu przy tym nagrodę miesięcznika „Problemy” za wybitne osiągnięcia w popularyzacji nauki.

Steinhaus udzielał się ponadto w wielu instytucjach. Był organizatorem i pierwszym dziekanem Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu, pierwszym przewodniczącym Oddziału Wrocławskiego Polskiego Towarzystwa Matematycznego, sekretarzem generalnym Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego w pierwszej kadencji jego władz, a później kilkakrotnie prezesem tego Towarzystwa oraz prezesem działającej we Wrocławiu Komisji Antropometrycznej Polskiej Nauki Nauk.

Jego bogaty dorobek naukowy zawarty jest w blisko ćwierci tysiąca publikacji naukowych. Wielokrotnie doceniano jego zasługi, przyznając mu liczne nagrody i wyróżnienia m.in. Polskiego Towarzystwa Matematycznego czy Polskiej Akademii Umiejętności. Swoim doktorem honorowym uczyniły go trzy uniwersytety: Wrocławski, Poznański i Warszawski, a także Akademia Medyczna we Wrocławiu.

U schyłku życia

Na Uniwersytecie pracował do początku lat 60., kiedy to przez przepisy ministerialne został zmuszony do odejścia po ukończeniu 70 lat. Bardzo przeżył to rozstanie, szczególnie dlatego, że wręczono mu jedynie zawiadomienie o treści: „Niniejszym rozwiązujemy z obywatelem stosunki służbowe ze względu na przekroczenie wieku”. Pamiętając, jak w czasach jego młodości żegnano odchodzących z uczelni uczonych, spodziewał się czegoś więcej.

Pod koniec życia Steinhaus zaczął tracić pamięć do tego stopnia, że nie poznawał ludzi i żył we własnym, wyimaginowanym świecie. Zmarł 25 lutego 1972 r. w wieku 85 lat. Pochowano go na cmentarzu św. Rodziny przy ul. Smętnej, a na nagrobku wyryto – zgodnie z poleceniem żony – jego słowa: „Między duchem a materią pośredniczy matematyka”.

Grób Hugona Steinhausa znajduje się na cmentarzu św. Rodziny przy ul. Smętnej we Wrocławiu [pole 12, rz. 19], fot. Kamilla Jasińska
Był geniuszem i człowiekiem–legendą, o którym nie zapomniano. Już od 1973 r. działająca przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia Komisja Nazewnictwa Ulic starała się o upamiętnienie go nazwą jednej z wrocławskich ulic. Udało się to w 1989 r., jednak ulica na Sołtysowicach, której od tego czasu miał patronować, przez lata pozostawała tzw. ulicą martwą, czyli prawnie powołaną, ale faktycznie nieistniejącą, i z tego powodu zniesiono ją w 1994 r. Ponownie na planie miasta, ale tym razem na Oporowie, pojawiła się dopiero w 2007 r. Steinhaus patronuje także wrocławskiemu Centrum Metod Stochastycznych i Gimnazjum nr 1 we Wrocławiu. Przypomina o nim ponadto niewielka tablica pamiątkowa na budynku Centrum Metod Stochastycznych oraz sala jego imienia w Instytucie Matematycznym, a także marmurowe popiersie w Galerii Wielkich Wrocławian w Starym Ratuszu. Upamiętniając na Plantach słynną rozmowę, której efektem było odkrycie geniuszu Banacha, Kraków zapomniał o odkrywcy. Może we Wrocławiu Steinhaus doczeka się „swojej” ławki?

Kamilla Jasińska

Dodane przez: Kamilla Jasińska

25 Lut 2017

ostatnia modyfikacja: 5 Mar 2017