Strona używa plików cookies więcej

Kartka z przeszłości / Wydarzenia

Mortui vivunt. O mordzie Profesorów Lwowskich

„W wuleckim wąwozie nienawiść podnosi broń do oka
czeka na sygnał – na słowo komendy
i słowo to pada, a pod nim pada człowiek…”
fragm. wiersza lwowianina Tadeusza Śliwiaka


Otwierając uroczyście 9 czerwca 1946 r. Uniwersytet i Politechnikę we Wrocławiu, rektor Stanisław Kulczyński mówił: „Jesteśmy materialnymi spadkobiercami ruin niemieckiego Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu, a duchowymi spadkobiercami kresowej kultury lwowskiej. Toteż pierwsza myśl nasza biegnie ku pamiętnemu porankowi dnia 4 lipca 1941 r., kiedy to odbywał się we Lwowie akt publiczny akademickich szkół lwowskich, akt krwawy, treścią swą związany głęboko z aktem dzisiejszym. Akademickie szkoły lwowskie, stanęły tego dnia nie na podium auli, ale pod ścianą piaskowni lwowskiej; nie w obliczu władz i społeczeństwa polskiego, ale władz przedstawicieli społeczeństwa niemieckiego”. 

Lwów, będący dla Polaków enklawą na polu szkolnictwa wyższego, został zajęty przez armię niemiecką 30 czerwca 1941 r. Następnego dnia do miasta wkroczyło kilka jednostek Einsatzkommando, z których jedno dowodzone było przez SS-Brigadenführerera Eberharda Schoengartha, tego samego, który na rozkaz Himmlera 6 listopada 1939 r. aresztował ponad 170 krakowskich uczonych przetrzymywanych później w niemieckich obozach koncentracyjnych w Sachsenhausen i Dachau. Oddział dowodzony przez Schoengartha miał do wykonania we Lwowie konkretne zadanie: likwidację lwowskiej profesury. Dowódcy III Rzeszy polecenie to jednak dokładnie sprecyzowali – Hans Frank mówił do swoich podwładnych: „Nie da się opisać, ileśmy mieli zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę załatwili na miejscu, miałaby ona całkiem inny przebieg. Proszę więc Panów usilnie, by nie kierowali już Panowie nikogo więcej do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podejmowali likwidację na miejscu lub wyznaczali zgodną z przepisami karę.

Aresztowania

Rządy niemieckiej armii we Lwowie rozpoczęły się od masowych aresztowań Żydów, zaś już 2 lipca przed południem zaczęła się zakrojona na szeroką skalę i przygotowywana od dawna akcja wprowadzania w życie rozkazu Himmlera zgodnie z wytycznymi Franka. Jako pierwszego aresztowano 59-letniego prof. Kazimierza Bartla (ur. 1882) – kierownika Katedry Geometrii Wykreślnej Politechniki Lwowskiej, byłego rektora tej uczelni, trzykrotnego premiera i ministra RP, autora pierwszego w literaturze światowej dzieła z zakresu perspektywy malarskiej. Zanim wieść o jego uwięzieniu rozeszła się po mieście, doszło do kolejnych aresztowań. W nocy z 3 na 4 lipca, tuż po zapadnięciu zmroku, pod domy profesorów m.in. Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej, zaczęły podjeżdżać ciemne samochody wojskowe. Kilka oddziałów złożonych z członków SS, policji i polowej żandarmerii rozpoczęło brutalne aresztowania wyznaczonych uczonych. Poza profesorami zabierano także wszystkich obecnych w mieszkaniu mężczyzn powyżej 18. roku życia. Dowódcy poszczególnych grup dobrze wiedzieli, jaki los czeka aresztowanych, dlatego nie pozwolili im niczego ze sobą zabrać, nawet leków.

Wśród aresztowanych uczonych znajdowali się m.in. prekursorzy nowoczesnej polskiej medycyny, twórcy lwowskiej szkoły matematycznej, wybitni inżynierowie, a także rektorzy lwowskich uczelni. Jednym z nich był prof. Roman Longchamps de Bérier (ur. 1883) – prawnik, jeden z najwybitniejszych cywilistów w historii polskiego prawa. Od 1922 r. był profesorem zwyczajnym na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza (UJK). Na uczelni pełnił wiele funkcji: od kierownika Katedry Prawa Cywilnego UJK, przez dziekana (1923/1924), prorektora (1934–1938) po rektora UJK (1939). Był ostatnim polskim rektorem tej uczelni. W latach 1920–1939 wykładał prawo cywilne również na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Był członkiem komisji kodyfikacyjnej RP, a w 1939 r. stał na czele Komitetu Obywatelskiego Obrony Lwowa. Mającego 56 lat prof. Longchampsa aresztowano wraz z trzema synami: 25-letnim Bronisławem, 23-letnim Zygmuntem i 18-letnim Kazimierzem. Oszczędzono tylko najmłodszego, 16-letniego syna.

Z dwoma synami został także aresztowany 57-letni prof. Włodzimierz Stożek (ur. 1883), matematyk, kierownik Katedry Matematyki Politechniki Lwowskiej (PLw), wcześniej związany z Uniwersytetem Jagiellońskim i Akademią Górniczą w Krakowie. W chwili aresztowania jego synowie Eustachy i Emanuel mieli odpowiednio 29 i 24 lata.

Wiele osób aresztowano wraz z 60-letnim prof. Tadeuszem Ostrowskim (ur. 1881), lekarzem chirurgiem, kierownikiem Kliniki Chirurgicznej Uniwersytetu Jana Kazimierza. Razem z nim zabrano korzystającego z gościny w jego domu 69-letniego dr. med. Stanisława Ruffa, ordynatora Oddziału Chirurgii Szpitala Żydowskiego, jego 30-letniego syna Adama Ruffa, chemika, a także 29-letniego dr teologii, ks. Władysława Komornickiego. Po dwóch godzinach wrócono i zabrano także wszystkie kobiety: 59-letnią Jadwigę Ostrowską, 55-letnią Annę Ruffową, a także 40-letnią pielęgniarkę Marię Reymanową oraz 34-letnią Katarzynę Demko, nauczycielką języka angielskiego.

To nie był jedyny przypadek, gdy oprócz mężczyzn aresztowano także kobiety. Z domu 66-letniego prof. Jana Greka (ur. 1875) – internisty, profesora w Klinice Chorób Wewnętrznych UJK, zabrano jego 57-letnią żonę Marię. Przypadkowego aresztowania nie uniknął także szwagier prof. Greka, 66-letni prof. Tadeusz Boy-Żeleński (ur. 1874) – lekarz, pisarz, tłumacz literatury francuskiej i kierownik Katedry Literatury Francuskiej na UJK. W obu przypadkach – prof. Ostrowskiego i prof. Greka – aresztowanie wszystkich domowników miało ułatwić rabunek i zajęcie przez gestapo bogato wyposażonych i dużych mieszkań.

Tej samej nocy około godziny drugiej aresztowany został urodzony w Oleśnicy koło Wrocławia prof. Antoni Cieszyński (ur. 1882) – 59-letni stomatolog, kierownik Kliniki Stomatologicznej UJK, były dziekan Wydziału Lekarskiego. Z nieznanych przyczyn oficer aresztujący profesora, oszczędził jego 20-letniego syna, Tomasza, wówczas studenta medycyny. Był to jedyny taki przypadek, gdy z mieszkania nie zabrano mężczyzny mającego 18 lub więcej lat. Po wojnie Tomasz Cieszyński (1921–2010) osiedlił się we Wrocławiu, gdzie jako chemik i chirurg związał się z Wydziałem Lekarskim Uniwersytetu Wrocławskiego, a potem Akademią Medyczną.

Doc. Jerzy Grzędzielski (ur. 1901) – wówczas 40-letni kierownik kliniki Okulistycznej UJK, został aresztowany niejako w zastępstwie swojego nieżyjącego już wtedy przełożonego, prof. Adama Bednarskiego. Wdowa po prof. Bednarskim, wystraszona przez poszukujących jej zmarłego męża gestapowców, ujawniła – niczego nie przeczuwając – że to Grzędzielski został zastępcą jej męża po jego śmierci i skierowała Niemców do jego domu.

Razem z domownikami aresztowani zostali także: prof. Władysław Dobrzaniecki (ur. 1897) – 44-letni ordynator Oddziału Chirurgicznego Państwowego Szpitala Powszechnego, specjalista z zakresu chirurgii plastycznej, z domu którego zabrano także 44-letniego prawnika dr. Tadeusza Trapkowskiego i 36-letniego Eugeniusza Kosteckiego, męża gospodyni; prof. Witold Nowicki (ur. 1878) – mający 63 lata lekarz, specjalista anatomii patologicznej, którego aresztowano razem z 27-letnim synem, także lekarzem, dr. Jerzym Nowickim; prof. Kasper Weigel (ur. 1880) – na początku lat 30. XX w. rektor, a wcześniej prorektor PLw, specjalista od fotogrametrii i siatek triangulacyjnych aresztowany wraz z 33-letnim synem, prawnikiem Józefem. Z prof. Michałem Progulskim (ur. 1874) – 67-letnim pediatrą i pionierem karmienia kobiecym mlekiem osesków, gestapo zabrało z mieszkania także jego 29-letniego syna inż. Andrzeja Progulskiego.

Aresztowania tej feralnej nocy nie uniknęli ponadto: prof. Edward Hamerski (ur. 1897) – 43-letni profesor Akademii Medycyny Weterynaryjnej, prof. Henryk Hilarowicz (ur. 1890) – mający 51 lat profesor UJK, chirurg, prof. Włodzimierz Krukowski (ur. 1887) – czołowa postać polskiej elektrotechniki, 53-letni specjalista w technice pomiarowej i autor wielu patentów nowych typów liczników indukcyjnych i elektrolitycznych, prof. Antoni Łomnicki (ur. 1881) – 60-letni kierownik Katedry Matematyki PLw, prekursor matematyki stosowanej w Polsce, autor wielu podręczników z geometrii dla szkół średnich, prof. Stanisław Mączewski (ur. 1892) – 49-letni lekarz, profesor UJK, mający opinię doskonałego operatora i diagnostyka chorób kobiecych, prof. Stanisław Pilat (ur.1881) – 60-letni kierownik Katedry Technologii Nafty i Gazów Ziemnych PLw, wybitny specjalista w dziedzinie rafinerii, prof. Roman Rencki (ur. 1867) mający 74 lata lekarz, specjalista medycyny wewnętrznej, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, prof. Włodzimierz Sieradzki (ur. 1870) – 70-letni lekarz, specjalista medycyny sądowej, profesor UJK przez 42 lata kierujący Zakładem Medycyny Sądowej UJK, rektor w roku 1924/1925, prof. Kazimierz Vetulani (ur. 1889) – mający 52 lata kierownik Katedry Mechaniki Teoretycznej PLw, tłumacz prac naukowych z języka włoskiego oraz prof. Roman Witkiewicz (ur. 1886) – 55-letni inżynier mechanik związany z PLw.

Najstarszym z aresztowanych był 82-letni prof. Adam Sołowij (ur. 1859) – lekarz ginekolog i położnik, profesor UJK i ordynator w Państwowym Szpitalu Powszechnym, którego z domu zabrano wraz z wnukiem 19-letnim Adamem Mięsowiczem.

Zabójstwa

Wszystkich aresztowanych w nocy z 3 na 4 lipca, w sumie 49 osób, zwieziono do tzw. Bursy Abrahamowiczów, czyli dawnego zakładu szkolno-wychowawczego, który mieścił się tuż nad wąwozem wuleckim. Tam ustawiano ich na korytarzach twarzą do ściany. Około godziny drugiej w nocy zaczęły się krótkie przesłuchania. W ich trakcie siedem osób zwolniono, m.in. 54-letniego prof. Franciszka Groëra (1887–1965), kierownika Kliniki Pediatrycznej UJK, który swoje zwolnienie zawdzięczał prawdopodobnie małżeństwu z Angielką lub przedwojennej znajomości z pewnym Holendrem, który w lipcu 1941 r. znalazł się w formacji SS aresztującej lwowskich uczonych. Oprócz prof. Groëra zwolniono także kucharkę, pokojówkę i szofera prof. Ostrowskiego, kucharkę prof. Ruffa, kucharkę prof. Greka oraz woźnego z Politechniki Lwowskiej aresztowanego w domu prof. Witkiewicza.

Jako jeden z pierwszych, jeszcze w bursie, zginął syn ordynatora szpitala uniwersyteckiego, inż. Adam Ruff, który podczas przesłuchania dostał ataku konwulsji. Jego krew kazano zmyć z podłogi żonie prof. Ostrowskiego, Jadwidze.

Egzekucje rozpoczęły się około czwartej nad ranem. ich dokładny przebieg znany jest dziś dzięki wieloletniej, żmudnej i niezwykle cennej pracy prof. Zygmunta Alberta, który jako adiunkt UJK, uczeń wielu ofiar, już kilkanaście dni po zabójstwie rozpoczął własne śledztwo prowadzone przez kilkadziesiąt lat i zakończone wydaniem w 1989 r. książki „Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941. Studia oraz relacje i dokumenty”. Dzięki zgromadzonym przez prof. Alberta świadectwom możliwe jest odtworzenie ostatnich godzin życia lwowskich profesorów.

Mieszkających w pobliżu Wzgórz Wuleckich mieszkańców obudziły około godziny czwartej nad ranem strzały dobiegające od strony wąwozu. Poszczególni świadkowie obserwujący przebieg egzekucji przez lornetki z odległości kilkuset metrów widzieli uczonych, swoich sąsiadów lub przyjaciół. Z daleka rozpoznano m.in. utykającego prof. Grzędzielskiego, księdza w sutannie i trzy kobiety, z których jedna miała na sobie jaskrawy i powiewający szal. Świadkowie widzieli grupę w sumie ok. 40 osób cywilnych, prowadzonych w trzech grupach, schodzących gęsiego wąską ścieżką prowadzącą z bursy do wąwozu. Żołnierze ustawiali ich w grupach czteroosobowych, tuż nad wykopanym wcześniej podłużnym grobem. Jak relacjonował jeden ze świadków: ludzie przeznaczeni do rozstrzelania zdawali sobie sprawę, co ich czeka, skoro co kilka minut odłączano od nich po cztery osoby i po chwili słyszeli salwy karabinowe. Pluton egzekucyjny oddawał salwę, po czym cała czwórka wpadała do grobu. Rozstrzelanie czterdziestoosobowej grupy trwało ok. 20 minut, a wraz zasypaniem wcześniej wykopanego grobu ok. 30–40 minut. „Jakże szybko można odebrać życie blisko 40 ludziom, jak łatwo uzurpować sobie prawo decydowania o życiu i śmierci innych!” – pisał do prof. Alberta jeden ze świadków.

Zgodnie z ustaleniami prof. Alberta, w nocy z 3 na 4 lipca rozstrzelano 40 osób. Z nieznanych przyczyn w grupie tej nie było doc. Mączewskiego i Katarzyny Demko. Oni zostali zamordowani najprawdopodobniej następnego dnia, jednak do dziś nie udało się ustalić kiedy dokładnie i gdzie. Prof. Albert przypuszcza, że mogło się to stać na tzw. Piaskach Janowskich, leżących na przedmieściach Lwowa, po przeciwległej stronie miasta.

Rodziny aresztowanych już 4 lipca rano zaczęły poszukiwać informacji o zatrzymanych. Informacja o tajemniczej, nocnej egzekucji na Wzgórzach Wuleckich rozchodziła się po mieście, jednak bliscy nie chcieli wierzyć w to, że to aresztowani w nocy uczeni zostali tam straceni. Oficerowie niemieccy, z którymi rozmawiały żony zamordowanych, nie udzielali żadnych informacji lub – znając prawdę – kłamali. Niektórzy z obserwujących egzekucję z pobliskich domów świadków, mimo ogromnego strachu i grożącego im niebezpieczeństwa, udali się na jej miejsce już następnego dnia. Jako jeden z pierwszych, już trzy godziny po egzekucji, pojawił się tam dr Zbigniew Schneigert, wychowanek Politechniki Lwowskiej. „Można sobie łatwo wyobrazić jego wstrząs, gdy ujrzał zakrwawioną ziemię i odczuł uginanie się ciał swoich nauczycieli pod stopami” – pisał w swojej książce prof. Albert. Inny świadek wspominał: „Po obserwacji z mego okna, że nikt nie pilnuje grobu, udałem się następnego wieczora po egzekucji na miejsce rozstrzelania i zauważyłem świeży grób. Zwróciło moją uwagę, że pasące się obok bydło stawało nad grobem i długo węszyło. Grób był płaski, a gdy poszedłem ponownie nad niego po kilku tygodniach, rósł na nim bujnie oset, zapewne zasiany przez żołnierzy”.

Tymczasem 11 lipca, czyli tydzień po wcześniejszych aresztowaniach, uwięzieni zostali dwaj profesorowie Akademii Handlu Zagranicznego: 51-letni prof. Stanisław Ruziewicz (ur. 1889) – matematyk i rektor w 1939 r., oraz 53-letni prof. Henryk Korowicz (ur. 1888) – ekonomista, rektor tej uczelni w latach 1933–1939. Ich poszukiwania przez bliskich nie przynosiły rezultatu, bo gestapo rzekomo nic nie wiedziało. Jak ustalił prof. Albert obu rozstrzelano i pogrzebano prawdopodobnie 12 lipca na Piaskach Janowskich.

Przetrzymywany od 2 lipca w gmachu gestapo przy ul. Pełczyńskiej we Lwowie prof. Kazimierz Bartel wkrótce podzielił los swoich kolegów – 26 lipca nad ranem został zamordowany na osobisty rozkaz Himmlera. Bartel był ostatnią, 45. ofiarą lipcowej kaźni profesorów lwowskich.

Lwowianie, a zwłaszcza bliscy i przyjaciele zamordowanych uczonych, już od pierwszych dni po aresztowaniu zadawali sobie pytanie, skąd Niemcy mieli listę profesorów. Jej pozyskanie nie było trudne, bo wystarczyło skorzystać, np. z książki telefonicznej. Zdaniem historyków lista powstała jednak znacznie wcześniej, jeszcze w Krakowie, na zlecenie tamtejszego gestapo, a sporządzili ją najprawdopodobniej ukraińscy studenci i absolwenci uczelni lwowskich, wpisując na nią – niejako z pamięci – swoich profesorów. To mogłoby tłumaczyć fakt, dlaczego na liście znalazło się „tylko” tylu uczonych, skoro lwowskie uczelnie zatrudniały ich wówczas znacznie więcej.

Ekshumacje

Niemcy początkowo utrzymywali w tajemnicy fakt, że zamordowali profesorów. Jednak po pewnym czasie – pewni tego, że wygrają wojnę i jako zwycięzcy nie będą sądzeni – przyznali się do tej zbrodni. Informacja o tym, kto był jej sprawcą widniała m.in. na wydawanych wdowom i członkom rodzin świadectwach zgonu. Zmieniło się to dopiero w 1943 r., w związku z sytuacją na frontach. Jak pisze prof. Albert, Niemcy – stojący w obliczu możliwej klęski wojennej, choć oczywiście w nią niewierzący – zaczęli zacierać ślady po swoich zbrodniach popełnionych na Polakach, Żydach, Ukraińcach, Rosjanach i innych narodach. Z Żydów–niewolników utworzone zostało tzw. Sonderkommando 1005, czyli „brygada śmierci”, której głównym zadaniem było „likwidowanie” wydobytych z masowych grobów ciał.

Późnym wieczorem w piątek 8 października 1943 r. 20-osobowe Sonderkommando pod dowództwem SS, wyruszyło z obozu w Lesie Krzywczyckim na Wzgórza Wuleckie, by odkopać zwłoki zamordowanych w 1941 r. profesorów i ich rodzin. Mimo upływu czasu, Niemcy potrafili dokładnie wskazać miejsce, w którym znajdował się grób.

Po zdjęciu wierzchniej warstwy ziemi przez tzw. wykopywaczy, ciała wyciągano z grobu, nabijając je na specjalnie w tym celu przygotowane długie, żelazne haki. Jeden z pracujących w tym komandzie, w brygadzie tzw. szleperów, Żydów–niewolników, relacjonował [oryginalna pisownia i interpunkcja]: „Przy tej pracy trzeba być fachowcem trzeba było wiedzieć jak i w którem miejscu wbić hak żeby nie rozerwać trupa i też w który trup wcześnie i wktóry później i jeszcze inne”. Kolejna ekipa, tzw. tragarzy, przenosiła ciała do ciężarówki, którą przewiezione były do Lasu Krzywczyckiego. Tam, w sobotę 9 października, zwłoki profesorów i ich bliskich ułożone zostały na wielkim stosie razem z innymi ciałami wykopanymi z masowych grobów. Stos ten, liczący około dwóch tysięcy ciał, został polany oliwą i benzyną, i podpalony. „Ogień syczy, czy może trupy krzyczą?” – zastanawiali się śpiący w pobliżu przymusowi członkowie „brygady śmierci”…

Stos płonął przez kilka dni. „We wtorek rano z tego stosu była już mała garstka popiołu” – wspominał jeden ze świadków. Inny szczegółowo opisał kolejny etap „likwidacji” ciał: „Po spaleniu trupów niosło się resztę kości, popiołu itp. w inne miejsce, gdzie stało sito (jak na szuter) i przesiewało się to wszystko, wyławiając wszelkie złoto, szczęki złote, dolary itd., co musieli Żydzi oddawać gestapowcom. Resztę grubszych rzeczy, jak kości, które po spaleniu łamały się i pękały, i pozostawały w wielkości do 25 cm, niosło się do stojącego obok młyna żwirowego i mełło się na pył, który wsypywano do grobów lub rozsiewano po lesie. Groby zasypywano, zasadzając młode drzewka i wsadzając stare pniaki, po czym zasiewano trawę”. W ten sposób jeszcze w czasie wojny Niemcy próbowali zatrzeć wszelkie ślady po dokonanej z rozkazu Himmlera zbrodni na profesorach lwowskich. O ile jednak zatarli ślady materialne, o tyle wszystko pozostało w pamięci świadków i kolejnych pokoleń…

Non omnis moriar…

Idea upamiętnienia lwowskich profesorów znajduje szczególne miejsce właśnie we Wrocławiu – nie byłoby naukowego Wrocławia, gdyby nie akademickie korzenie Lwowa. Jak twierdził prof. Waldemar Kozuschek, znawca historii medycyny we Wrocławiu, „Był to prawdopodobnie największy transfer społeczności akademickiej w historii uniwersyteckiej Europy. Używając przenośni, bez tej ‚transplantacji’, kiedy jeden organizm został w całości zastąpiony drugim, rozwój naukowy w tym mieście po 1945 roku nie byłby możliwy”.

W 1964 r. na terenie Politechniki Wrocławskiej z inicjatywy wrocławskiego środowiska akademickiego odsłonięto pomnik z wyrytą na nim inskrypcją „Nasz los przestrogą”. Ten jeden z ciekawszych powojennych pomników Wrocławia przedstawia dwie postacie, uchwycone w pełnej ekspresji scenie rozstrzelania. Pomnik z masy ceramicznej wykonał rzeźbiarz Borys Michałowski (1905–1995) – profesor wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Masa naśladuje naturalnie ciosany kamień, który jest symbolem niezłomnej postawy lwowskich profesorów wobec hitleryzmu.

Starania o postawienie tego pomnika trwały wiele lat. W intencji pomysłodawców miał on być poświęcony pamięci zamordowanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów lwowskich i ich rodzin, władze państwowe się jednak na to nie zgodziły, więc powstał jako pomnik ku czci pracowników nauki – ofiar hitleryzmu. 3 października 1964 r. w uroczystym odsłonięciu pomnika wzięły udział tłumy wrocławian oraz przedstawiciele uczelni i władz. Choć nie wolno było wówczas ani słowem wspomnieć o Lwowie i prawdziwej intencji budowy pomnika, to w swoim wzruszającym przemówieniu prof. Stanisław Kulczyński, były rektor Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu, a wtedy zastępca przewodniczącego Rady Państwa, mówił: „Pamiętam imiona i widzę oblicza kolegów moich i przyjaciół, którzy stanęli pod ścianą śmierci w piaskowni lwowskiej. Pamiętam słowa i myśli, które łączyły mnie z nimi w jedno z najżywotniejszych środowisk naukowych w Polsce. Poznaję ich twarze i słyszę ich krzyk. Imieniem tych ludzi otwierałem […] Uniwersytet i Politechnikę we Wrocławiu. Miałem ich mandat. Byłem jednym z nich. Widzę, jak osuwa się na kolana i wali w rów ostatni rektor lwowski Roman Longchamps i jego trzech synów; dziekan Ostrowski i jego żona; dziekan Rencki i chirurg Dobrzaniecki; i internista Grek i jego żona; i osiemdziesięcioletni Sołowij i jego wnuk Mięsowicz; i pediatria Progulski i jego syn; stomatolog Cieszyński i rektor Sieradzki; i dziekan Nowicki i jego syn; i położnik Mączewski; i Henryk Hilarowicz; i okulista Grzędzielski; i ksiądz Komornicki; i Stanisław Ruff i jego żona i syn; i Boy-Żeleński; i Edward Hamerski; i matematyk Ruziewicz; i ekonomista Korowicz; i Kazimierz Bartel; i matematyk Łomnicki; i Kasper Weigel i jego syn; i Włodzimierz Stożek i dwóch jego synów; i profesor Krukowski; i Kazimierz Vetulani; Roman Witkiewicz i Stanisław Pilat. Nie pozostał po tych ludziach ani ślad ani grób. Ostał się cień. Patrzcie i odkryjcie głowy – zobaczycie za chwilę ich cień na tle jasnych murów zbudowanej polskimi rękoma Politechniki”.

Odsłonięty w 1964 r. pomnik ostateczną formę i wymowę uzyskał dopiero niemal ćwierć wieku po pojawieniu się idei jego wzniesienia, kiedy w listopadzie 1981 r. władze pozwoliły na umieszczenie u jego stóp tablicy z nazwiskami zamordowanych. 14 listopada odsłonięcia ufundowanej przez senaty wrocławskich uczelni tablicy dokonała dr Maria Witkiewiczowa – wdowa po prof. Romanie Witkiewiczu, a urnę z ziemią pochodzącą z miejsca kaźni na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie wmurował doc. Tomasz Cieszyński – syn prof. Antoniego Cieszyńskiego, ten, który z niewyjaśnionych przyczyn uniknął w 1941 r. aresztowania, choć był już pełnoletni.

W tym samym roku, 29 czerwca na kilka dni przed 40. rocznicą wydarzeń na Wzgórzach Wuleckich, odsłonięto dwie tablice z nazwiskami ofiar. Z inicjatywy prof. Włodzimierza Trzebiatowskiego jedna zawisła w hallu Oddziału Polskiej Akademii Nauk przy Podwalu 75. Pomysłodawcą tej, którą umieszczono w korytarzu gmachu głównego UWr, był ówczesny rektor UWr prof. Kazimierz Urbanik.

Pomnik postanowiono wznieść też we Lwowie. Na miejscu zbrodni już w 1956 r. władze Lwowa rozpoczęły budowę monumentu. Stanęły fundamenty pod trzy betonowe bloki, ale wzniesiono tylko jeden z bloków z wyrzeźbionymi realistycznymi postaciami uczonych. Prac jednak zaniechano i w drugiej połowie lat 70. fragmenty pomnika usunięto, a teren zniwelowano. Dopiero po upadku ZSRR, staraniem rodzin pomordowanych, postawiono w latach 90. XX wieku na miejscu egzekucji skromny pomnik z dwujęzyczną (polską i ukraińską) listą ofiar tragedii.

W 2008 r. z inicjatywą wzniesienia nowego okazałego pomnika wystąpił prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz oraz mer Lwowa Andrij Sadowy. Po trzech latach starań, w 70. rocznicę zbrodni w lipcu 2011 r. na Wzgórzach Wuleckich, w towarzystwie licznie przybyłych delegacji uczelni wrocławskich i miasta Wrocławia, a także wielu Polaków i Ukraińców, uroczyście odsłonięto nowy pomnik, który jest monumentalną bramą zbudowaną z bloków granitowych, a każdy z bloków oznacza jedno z dziesięciu przykazań Dekalogu. Blok z wyrytą na nim rzymską piątką został symbolicznie wysunięty z całości, aby przypominać o brutalnie złamanym na tych Wzgórzach V przykazaniu – „Nie zabijaj”. Za bramą rzeźbiarz umieścił ścianę, w której znajduje się kolejne przejście, z przybitą nad nim kartką,
jakby wyrwaną z notesu, z napisanym ręcznie po niemiecku rozkazem „Rozstrzelać”.

Tak jak co roku m.in. w Święto Nauki Wrocławskiej, delegacje wrocławskich uczelni spotykają się pod pomnikiem przy pl. Grunwaldzkim, tak na początku lipca składają kwiaty pod pomnikiem na Wzgórzach Wuleckich, by w ten sposób dać wyraz pamięci o tragicznych wydarzeniach lipca 1941 r. W tym roku główna uroczystość we Lwowie z udziałem przedstawicieli środowisk polskich i ukraińskich odbyła się 3 lipca o godz. 10.00. Wrocław reprezentował m.in. prezydent miasta Rafał Dutkiewicz oraz rektorzy i prorektorzy wrocławskich uczelni na czele z prof. Markiem Ziętkiem, przewodniczącym Kolegium Rektorów Uczelni Wrocławia i Opola, rektorem Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Kamilla Jasińska


  • Hic mortui vivunt, hic muti loquuntur (łac.) – tu umarli żyją, tu niemi przemawiają. Widniejąca na frontonie gmachu Biblioteki Politechniki Lwowskiej sentencja, do której wielokrotnie nawiązywano w kontekście Profesorów Lwowskich zamordowanych przez Niemców w 1941 r.
  • Artykuł powstał m.in. w oparciu o zebrane i opracowane przez Zygmunta Alberta relacje i dokumenty dotyczące mordu na lwowskich uczonych. Wydana przez prof. Alberta książka „Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941″ (Wrocław 1989) jest najpełniejszym i najdokładniejszym omówieniem tego tematu.
  • Skrócone biogramy uczonych opracowano na podstawie: Wanda Wojtkiewicz-Rok, Sylwetki uczonych polskich pomordowanych we Lwowie w lipcu 1941 r. [w:] Kaźń profesorów lwowskich…, s. 355–367.

Dodane przez: Kamilla Jasińska

3 Lip 2017

ostatnia modyfikacja: 14 Lip 2017