Strona używa plików cookies więcej

Kartka z przeszłości

Ofiary Sonderaktion Krakau w więzieniach wrocławskich

6 listopada mija kolejna rocznica wydarzenia, które do historii przeszło pod nazwą Sonderaktion Krakau. Podstępnie uwięzieni krakowscy uczeni, zanim trafili do niemieckiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, w dniach od 10 do 27 listopada 1939 r. przetrzymywani byli w więzieniach wrocławskich. Z tej okazji przypominamy refleksje prof. Andrzeja R. Małeckiego, który opisał ich pobyt we Wrocławiu w artykule "KRAKOWSCY PROFESOROWIE, OFIARY SONDERAKTION KRAKAU 1939, W WIĘZIENIACH BRESLAU" [za: „Przegląd Uniwersytecki” (pismo informacyjne Uniwersytetu Wrocławskiego), nr 11/2009, s. 2–5 oraz „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 118/2009, s. 20–31].

10 listopada 1939 r., tuż przed czwartą rano, na wrocławski Dworzec Główny przyjechał pociąg specjalny z Krakowa. Przywiózł on 173 więźniów: profesorów, docentów, asystentów i studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczej i Akademii Handlowej, łącznie z prezydentem Krakowa dr. Stanisławem Klimeckim. Wszyscy zostali aresztowani 6 listopada w Krakowie podczas akcji specjalnej Gestapo, która przeszła do historii jako Sonderaktion Krakau. Rozpoczął się 18-dniowy wrocławski epizod ich niedoli.

Aresztowanie profesorów krakowskich 6 listopada 1939 r. w ramach Sonderaktion Krakau, mal. Mieczysław Wątorski. Obraz ze zbiorów Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Aresztowanie profesorów krakowskich 6 listopada 1939 r. w ramach Sonderaktion Krakau, mal. Mieczysław Wątorski. Obraz ze zbiorów Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 118/2009, s. 15

Jak wspomina dr Vilim Frančić, gdy dojeżdżali do Wrocławia, prof. Jan Dąbrowski zaczął snuć dywagacje na temat przyszłego traktatu pokojowego, po wojnie przegranej przez Niemców. Było dla niego jasne, że rzeka Odra stanowić będzie przyszłą granicę polsko-niemiecką. Martwił się jedynie tym, czy traktat przyzna Polsce cały Wrocław czy tylko terytorium po prawej stronie rzeki. To rozumowanie historyka w trzecim miesiącu wojny, że państwo polskie, które właśnie upadło, odzyska prastare ziemie piastowskie, było doprawdy prorocze.

Po przetoczeniu pociągu na boczny tor, kazano więźniom wysiąść i ulokowano ich w opróżnionej z podróżnych dworcowej restauracji, gdzie straż pełnili zwykli policjanci. SS-mani zostali na zewnątrz i załatwiali sprawę transportu aresztowanych. W restauracji było ciepło i wygodnie, zaś obsługa kelnerska uprzejma. Można się było napić ersatzu kawy, po 25 pfenigów za filiżankę zabielanej lury, zaś palacze mogli zaopatrzyć się w papierosy. Niestety tylko niewielu miało marki niemieckie. Prof. January Zubrzycki, który przed aresztowaniem podjął z banku na cele kliniki większą kwotę pieniędzy, porozdzielał między znajomych kilkusetzłotowe kwoty jako pożyczki zwrotne.

Niektórym udało się zdobyć i wysłać przez niemieckich kelnerów kartki pocztowe do rodzin. Najczęściej adresowano je do znajomych biur lub instytucji, gdyż w Krakowie pocztę doręczano wtedy tylko do urzędów. Prof. Izydor Stella-Sawicki wysłał kartkę na biurowy adres znajomego dyrektora krakowskich tramwajów, zaś rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego Tadeusz Lehr-Spławiński napisał do prof. Jana Olbrychta w Instytucie Medycyny Sądowej. Za przykładem prof. Władysława Konopczyńskiego wielu pisało, że właśnie napili się „znakomitej wrocławskiej kawy”. Dzięki tym kartkom rodziny aresztowanych mogły dość wcześnie dowiedzieć się o miejscu ich pobytu.

Kartka wysłana przez prof. Mieczysława Małeckiego z więzienia we Wrocławiu na adres rzekomo istniejącego Seminarium Filologii Południowo-Słowiańskiej przy Podwalu 2 z dopiskiem "fur F[rau] Malecka"
Kartka wysłana przez prof. Mieczysława Małeckiego z więzienia we Wrocławiu na adres rzekomo istniejącego Seminarium Filologii Południowo-Słowiańskiej przy Podwalu 2 z dopiskiem „fur F[rau] Malecka”. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 188/2016, s. 32
Około godz. 5.30 kazano więźniom szykować się do dalszej drogi. Zaczęło się ponowne odczytywanie listy, sporządzonej w innej kolejności niż poprzednie, sprawdzanie obecności i formowanie grup po 20 osób. Po utworzeniu kilku grup wyprowadzono więźniów przed dworzec, gdzie czekały cztery kryte autobusy policyjne z przyciemnionymi latarniami. Nieliczni podróżni z zaciekawieniem przyglądali się aresztantom, wśród których było wielu księży i siwowłosych starców. Pierwsza grupa profesorów, przez słabo oświetlone ulice Wrocławia, po kilku minutach jazdy dotarła do więzienia śledczego (Untersuchungs-gefängnis) przy Freiburgerstrasse (dziś ul. Świebodzka 1). Więzienie to nie mogło pomieścić wszystkich. Drugą grupę, w tym 10 księży profesorów, umieszczono w więzieniu karnym (Strafgefängnis) przy Kletschkauerstrasse (ul. Kleczkowska 35), zaś 5 osób zatrzymano w areszcie przy Prezydium Policji, skąd po kilku dniach trafili do więzienia przy Kleczkowskiej.

Więzienie śledcze przy Freiburgerstrasse należało do typowego pruskiego kompleksu policyjno-więzienno-sądowego. Zespół budynków z czerwonej cegły i z licznymi wieżami, ograniczony ulicami Świebodzką, Sądową, Podwalem i Muzealną, istnieje w niemal niezmienionym kształcie do dzisiaj. W środku gmachu więziennego mieści się czteropiętrowa, ośmioboczna wieża z kopułą szklaną, od której odchodzą cztery skrzydła, co sprawia, że całość gmachu ma kształt krzyża. Zygzakowato łamane żelazne schody wewnątrz wieży łączą piętra, a na poziomie każdego piętra zawieszone są na ścianach ażurowe ganki. W skrzydłach więzienia znajdują się szerokie korytarze, niezabudowane od parteru po strop, z przymocowanymi do ścian żelaznymi gankami i schodami. Z tych wiszących ganków wchodzi się do cel więziennych. Na poziomie każdego piętra przeciągnięto siatkę z grubego drutu. Pośrodku bębna wieży znajduje się pomieszczenie dozorców, skąd widać wnętrze więzienia, od parteru po najwyższe piętro. Ta ażurowa konstrukcja przypominała prof. Tadeuszowi Kowalskiemu wielki zakład przemysłowy lub wnętrze olbrzymiego okrętu. Skojarzenie z okrętem było tym trafniejsze, że elementy metalowe były stale powlekane farbą pokostową o specyficznej woni. Jedynie w skrzydle B korytarze więzienia dzieliły się na odrębne piętra.

widok z lotu ptaka na areszt śledczy
Areszt śledczy przy ul. Świebodzkiej we Wrocławiu. Fot. za: www.sw.gov.pl/strona/opis-areszt-sledczy-we-wroclawiu

W więzieniu przy Freiburgerstrasse znalazło się około 100 krakowskich profesorów, natomiast pozostałych blisko 70 umieszczono w więzieniu karnym, które współcześnie tworzy zespół budynków z czerwonej cegły w kwartale ograniczonym ulicami Kleczkowską, Reymonta, Kraszewskiego i Struga. Na wysokim murze więziennym od strony ul. Reymonta znajduje się mała metalowa tabliczka poświęcona „687 zgładzonym tutaj antyfaszystom czechosłowackim w latach 1940–1945”, a także kamienna tablica poświęcona „zamęczonym za tymi murami polskim ofiarom systemu komunistycznego”. Nieopodal więzienia, w stronę stacji Wrocław–Nadodrze, na skwerze przy torach kolejowych, postawiono obelisk z symboliczną czerwoną kroplą krwi, poświęcony „antyfaszystom różnych narodowości zgilotynowanym we Wrocławiu w latach 1933–1945” (Niemcom, Fracuzom, Czechom i Słowakom, a także 314 Polakom).

widok na przedwojenne zabudowania więzienia przy ul. Kleczkowskiej
Zakład Karny nr 1 przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Fot. za: www.sw.gov.pl/strona/opis-zaklad-karny-nr-1-we-wroclawiu

Największa różnica między więzieniami na Kletschkauerstrasse i Freiburgerstrasse polegała na tym, że w więzieniu karnym cele były pojedyncze, zaś w więzieniu śledczym – wieloosobowe. Jedna z nich (306 B), przerobiona z więziennego muzeum na II piętrze, mieściła 20 osób. Wprawdzie ciasnota cel i konieczność współżycia na niewielkiej przestrzeni, w urągających higienie warunkach sanitarnych, stwarzała osobom przywykłym do komfortu wiele kłopotów, to jednak możliwość rozmowy i wymiany myśli z kolegami miała podstawowe znaczenie.

Plan celi nr 306 w więzieniu śledczym przy ob. ul. Świebodzkiej naszkicowany przez prof. Tadeusza Estreichera. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 118/2009, s. 20

Tego komfortu psychicznego pozbawieni byli więźniowie przy ul. Kleczkowskiej, dla których przeniesienie z aktywnego życia do stanu bezczynności, dzień i noc ze swoimi tylko myślami, było prawdziwą katorgą. Były różne sposoby przezwyciężenia tej beznadziejnej samotności. Ks. prof. Konstanty Michalski wypisywał sobie naprzód kalendarz, „żeby nie zginąć w jednostajnym, monotonnym biegu czasu, nie stracić orientacji w dniach miesiąca i tygodnia, gdyż inaczej w głowie powstałby zamęt”. Prof. Bogdan Kamieński, gdy dostał od strażnika igłę i nici, dużo czasu spędzał na cerowaniu odzieży i szyciu rękawiczek z wielbłądziej podpinki jesionki.

Szkic prof. Władysława Semkowicza celi więziennej, w której przebywał przy Kletschkauerstrasse we Wrocławiu. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 188/2016, s. 31

Dla charakterystyki ówczesnych porządków niemieckich warto zaznaczyć, że dyrektor więzienia śledczego negatywnie załatwił prośbę więźniów o umożliwienie wymiany pieniędzy i poczynienia zakupów w mieście, mimo że w sklepiku więziennym praktycznie niczego, zwłaszcza dla więźniów niepracujących, nie było. Natomiast zarząd więzienia karnego postarał się o zamianę złotych na marki niemieckie, a potem umożliwił więźniom zakup najrozmaitszych przedmiotów. Zatem było i tak, że co w więzieniu śledczym było niemożliwe, w więzieniu karnym nie natrafiało na żadne trudności.

Władze policyjne w Breslau zostały zawiadomione o przyjeździe tak licznej grupy aresztantów z Krakowa w ostatniej chwili. Pierwotnie sądzono, że będą tutaj tylko kilka dni, a potem więźniowie zostaną wywiezieni dalej. Rychło okazało się jednak, że pobyt przeciągnie się znacznie dłużej, prawdopodobnie z powodu przeładowania obozu koncentracyjnego Buchenwald, który pierwotnie był rozważany, jako miejsce osadzenia więźniów Sonderaktion Krakau. O przyjezdnych z Krakowa niczego we Wrocławiu nie wiedziano, uważając ich z początku za więźniów zatrzymanych w śledztwie (Schutzhäftlinge) i przewidując przeprowadzenie dochodzenia w sprawie ich „przestępstwa”. Szybko jednak zrozumiano, że krakowscy więźniowie, przeciwko którym tajna policja państwowa (Geheime Staatspolizei, tzn. Gestapo) nie sformułowała żadnego aktu oskarżenia, nie są ani więźniami śledczymi, ani tym bardziej karnymi.

Dla zarządu więzień obecność profesorów uniwersyteckich była bez wątpienia sensacją. W czasie pobytu we Wrocławiu żadnego dochodzenia nie było. Ograniczono się tylko do spisania danych personalnych: imienia i nazwiska, daty urodzenia, stanu cywilnego, wyznania, zawodu i adresu w Krakowie. Zostawiono więźniom wszystkie rzeczy osobiste i nie przebrano ich w aresztanckie ubrania. Nie kazano im także pracować, choć wedle regulaminu wszyscy więźniowie zobowiązani byli do pracy. Rygorystycznie przestrzegano jednak, poza regulaminową porą spaceru na dziedzińcu więziennym, zakazu wychodzenia z cel; również potrzeby naturalne należało załatwiać do kubłów w celach. Przez palce patrzono natomiast na inne przepisy regulaminu, np. na zakaz palenia tytoniu czy gry w karty. Zakaz czytania gazet bez pozwolenia Gestapo niektórzy dozorcy obchodzili w ten sposób, że gazety sprzed paru dni podawali więźniom jako papier toaletowy. Dozorcy, którzy byli przeważnie emerytami powołanymi do służby w miejsce wziętych do wojska młodszych strażników, odznaczali się życzliwością i chętnie wyświadczali drobne uprzejmości. Uderzało przy tym to, że wielu z tych starszych ludzi rozumiało, a nawet mówiło trochę po polsku. Niektórzy faktycznie pochodzili z polskich rodzin, co świadczyło, jak świeża jeszcze była niemieckość okolic Breslau.

Można powiedzieć, że grupa krakowska cieszyła się we Wrocławiu szczególnymi względami. Odnosiło się nawet wrażenie, że zarząd i dozorcy więzienni trzymali ich stronę przeciwko Gestapo. Jak pisze prof. Stanisław Urbańczyk: „Czuć było, że jesteśmy pod opieką prawa. Regulamin wiszący w celach mówił nie tylko o obowiązkach więźnia, ale i o prawach, i tych praw nam nie zaprzeczano. Dopiero w obozie staliśmy się wyrzutkami wyjętymi spod prawa”.

Codzienny tryb życia w więzieniu na Freiburgerstrasse dokładnie opisali profesorowie Jan Gwiazdomorski i Stanisław Maziarski. Pobudka, z wyjątkiem niedzieli, kiedy nie budzono, była około godziny 5.30. Po zaświeceniu światła w celach więźniowie myli się i wynosili na korytarz kubły z nieczystościami, wiadra z brudną wodą i konewki na wodę czystą. W celach wieloosobowych część więźniów myła się później, bo nie dla wszystkich starczało wody i czasu. Około szóstej przynoszono śniadanie: gorzką czarną kawę zbożową, czasem kleik lub owsiankę i dużą kromkę czarnego chleba. Po śniadaniu myto naczynia i słano łóżka. Około siódmej, kiedy na dworze robiło się jasno, gaszono światło. Dopiero wtedy można było podnieść rolety okien, gdyż w mieście obowiązywało zaciemnienie. Czynność wynoszenia na korytarz, a potem przynoszenia kubłów, wiader i konewek powtarzała się czterokrotnie w ciągu dnia. Towarzyszyły temu ceremoniałowi głośne krzyki dozorcy: „Kübel und Wasserkannen raus!” oraz „Kübel und Wasserkannen holen!”. Około dziewiątej niektórzy robili sobie drugie śniadanie z kawałka chleba posypanego solą. Soli nie zbywało, ale zupełnie brakowało cukru i czegokolwiek słodkiego, choćby marmolady. Między dziesiątą a jedenastą był czas na Freistunde – około półgodzinny spacer na dziedzińcu więziennym. Więźniowie maszerowali wokół podwórza w kształcie trójkąta prostokątnego o obwodzie 120 kroków; oddaleni byli pięć kroków jeden od drugiego i pilnowani przez dozorców. Po kwadransie zmieniano kierunek marszu. Podczas spaceru nie wolno było rozmawiać, ale zakaz ten nie był rygorystycznie przestrzegany, co dawało jedyną okazję porozumienia się z więźniami z innych cel. Starsi i chorzy mogli w czasie spaceru korzystać z „zabiegu” przepisywanego przez lekarza więziennego o nazwie kleiner Kreis (małe kółko): zamiast obchodzić całe podwórze spacerowali po ścieżkach małego ogródka pośrodku dziedzińca. Obiad był o godzinie dwunastej. Więźniowie wychodzili z miseczkami na korytarz i podchodząc gęsiego do kotła, otrzymywali swoją porcję. Była tylko jedna potrawa: zupa z brukwi lub marchwi albo grochowa, ziemniaczana z kaszą, soczewica itp. z kromką ciemnego chleba. W czasie niedzielnego obiadu w zupie znajdował się niewielki kawałek mięsa. Po obiedzie praktykowano w niektórych celach wieloosobowych półgodzinną ciszę dla wypoczynku od ciągłego gwaru rozmów. Po południu czytano także książki z biblioteki więziennej. O zmierzchu zapalano światło w celach i wtedy trzeba było natychmiast opuścić rolety w oknach. Około godziny osiemnastej była kolacja: jakaś zupa lub gorzka herbata z dużą kromką chleba, do tego pasztetówka, kawałek margaryny, czasem ser z cebulą i ziemniaki w mundurkach. Z kolacją trzeba było się spieszyć, aby umyć sztućce i miski, i już o godzinie dziewiętnastej, gdy gaszono światło, być w łóżkach. Czasem gaszono światło nawet wcześniej. W łóżkach trochę się rozmawiało i na ogół około dwudziestej w celach panowała cisza.

Warunki sanitarne w więzieniu pozostawiały wiele do życzenia. Największą niedogodnością w celach wieloosobowych była obecność kubłów na potrzeby naturalne, oddzielonych od reszty celi tylko cienkim przepierzeniem. Zarządca więzienia stanowczo odrzucił postulat więźniów, aby za grubszą potrzebą mogli być wypuszczani do ustępu położonego w korytarzu. Więźniowie byli więc skazani na przebywanie w zaduchu, gdyż otwieranie okien spotykało się z kolei z oporem przeciwników przeciągów. Ważnym urozmaiceniem więziennej egzystencji była cotygodniowa kąpiel. Na Freiburgerstrasse odbywała się ona w sobotę, w łaźni więziennej na parterze. Była to jedyna sposobność umycia się ciepłą wodą, gdyż do cel dostarczano tylko wodę zimną. Łaźnia była chłodna, zaś gorącej wody skąpiono i szybko zamykano tusze. Jak wspomina prof. Jan Gwiazdomorski „w łaźni trzeba się było galopem rozebrać, galopem umyć i galopem się ubrać”. Starsi więźniowie rezygnowali z kąpieli, obawiając się przeziębienia. Raz w tygodniu golił więźniów fryzjer więzienny, ale warunki higieniczne tego golenia były mizerne. Ponieważ pędzli i brzytew nie odkażano, niektórzy woleli golić się sami.

Szczególną rolę w więzieniu na Freiburgerstrasse odegrał stary lekarz (lub felczer) Sossinka, który bardzo szedł naszym więźniom na rękę. W czasie porannego obchodu każdemu zgłaszającemu swe dolegliwości w miarę możliwości dawał to, o co go proszono. Jego ulubionym medykamentem na wszystko była tinctura valerianae, zaś na dolegliwości przewodu pokarmowego magnesia usta. Stosował też aspirynę i środki nasenne, dietę w postaci bułek zamiast ciemnego chleba, zaś dla wszystkich słabych i chorych przepisywał uniwersalny zabieg – der kleiner Kreis.

Pamiątkowa kartka pochodząca z więzienia we Wrocławiu, ze zbiorów Archiwum UJ
Pamiątkowa kartka pochodząca z więzienia we Wrocławiu, ze zbiorów Archiwum UJ. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 188/2016, s. 10

Specyficznym urozmaiceniem więziennego dnia krakowskich akademików były prowadzone w niektórych celach pogadanki autobiograficzne i naukowe. W celi 306 zainicjował je prof. Tadeusz Kowalski opowiadaniem o kolejach swego życia i motywach wyboru specjalności naukowej. Kolejne pogadanki autobiograficzne, które odbywały się po siódmej wieczorem, gdy wszyscy leżeli w łóżkach, wygłosili profesorowie Maziarski, Chrzanowski, Nitsch, Pigoń, Lande, Gąsiorowski i Gwiazdomorski. Długą opowieść o swoim życiu snuł przez trzy wieczory prezydent Krakowa – dr Stanisław Klimecki. Powodzenie tych wspomnień sprawiło, że zainicjowano cykl pogadanek naukowych, z których jedna odbywała się koło godziny ósmej rano, zaś druga o czwartej po południu. Wygłosili je, niektórzy dwukrotnie, profesorowie Kowalski, Gąsiorowski, Tadeusz Estreicher, Pigoń, Gatty-Kostyal, Ormicki, Piwarski, Leszczycki, Nitsch, Maziarski, Gwiazdomorski, Turski i Lepszy. Także w sąsiedniej celi odbywano wieczory wspomnień i pogadanki: najwięcej było z historii starożytnej (Piotrowicz) i przyrody (Fudakowski, Zabłocki), kilka z medycyny (Oszacki) i historii muzyki (Jachimecki). Prof. Stanisław Urbańczyk, który był mieszkańcem tej celi, napisał po latach: „Cenną pamiątką po Wrocławiu była mi przyjaźń, którą mię na zawsze obdarzyli starsi koledzy. Muszę równocześnie przyznać, że swoim zachowaniem umocnili we mnie szacunek, który dla nich żywiłem od studenckich lat”.

Podpisy profesorów więzionych w sali nr 306 w więzieniu śledczym we Wrocławiu, ze zbiorów Archiwum UJ
Podpisy profesorów więzionych w sali nr 306 w więzieniu śledczym we Wrocławiu, ze zbiorów Archiwum UJ. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 188/2016, s. 31

Monotonny bieg życia więziennego ożywiały niekiedy wydarzenia, które w codziennej jednostajności nabierały szczególnego znaczenia. W kilka dni po przyjeździe do Wrocławia rozeszła się wiadomość, że jeden z więźniów krakowskich został zwolniony. Po kilku dniach wyjaśniło się, że był to 82-letni Edward Windakiewicz, doktor honoris causa Akademii Górniczej.

14 listopada wizytował więźniów na Freiburgerstrasse nadinspektor więzienia. W tonie spokojnym i raczej przyjaznym udzielił wielu pouczeń dotyczących regulaminu i wyjaśnień związanych z pobytem w więzieniu śledczym. Dał do zrozumienia, że los więźniów zależy od tajnej policji i że pobyt w więzieniu jest korzystny, gdyż w obozie byłoby znacznie gorzej. Zapowiedział też, że wobec decyzji Gestapo o dłuższym pobycie w więzieniu, poleci wydać bieliznę pościelową i umożliwi oddanie do pralni więziennej bielizny osobistej. Rzeczywiście tak zrobiono, a na czas prania własnej bielizny w pralni wydano aresztantom bieliznę więzienną. Po tygodniu rzeczy oddane do prania zwrócono; były porządnie uprane i wyprasowane, a skarpety nawet pocerowane przez współwięźniarki z sąsiedniego bloku.

Najważniejszym wynikiem wizyty nadinspektora była jego obietnica, że zwróci się do Gestapo o pozwolenie korespondencji z rodzinami i przysłanie paczek. Starania te zakończyły się pomyślnie i na drugi dzień dostarczono więźniom kartki korespondencyjne. Również więźniom na Kletschkauerstrasse pozwolono tego samego dnia, 15 listopada, wysłać listy na dostarczonym papierze ze znakiem wodnym BEHÖRDEN-EIGENTUM. Druga okazja wysłania korespondencji przypadła 23 listopada. Oczywiście listy więźniów podlegały cenzurze gestapowców. Co gorsza, korespondencja została przetrzymana, najpierw w Breslau, a potem w Krakowie, więc wiadomości doszły do rodzin dopiero w połowie grudnia, gdy profesorowie byli już w KL Sachsenhausen.

List ks. Tadeusza Glemmy z więzienia we Wrocławiu do siostry Jadwigi przebywającej w Krakowie, ze zbiorów Archiwum UJ
List ks. Tadeusza Glemmy z więzienia we Wrocławiu do siostry Jadwigi przebywającej w Krakowie, ze zbiorów Archiwum UJ. Fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 188/2016, s. 33

18 listopada więźniów w celi 306 odwiedził kapelan więzienny. Pocieszał ich, że z Wrocławia już dalej nie pojadą i na Boże Narodzenie będą w domu. Opowiadał, że ministerstwo oświaty w Berlinie ujęło się za krakowskimi profesorami. Obiecał także ponowne odwiedziny za kilka dni. Obietnicy tej nie dotrzymał, ale po odwiedzinach księdza serca więźniów napełniły się nadzieją. Jak się dowiedziano później w Sachsenhausen od ks. prof. Tadeusza Glemmy’ego, ksiądz kapelan, który odwiedził go w celi na Kletzkauerstrasse, powiedział mu, zobowiązując do tajemnicy, że profesorowie pojadą z Wrocławia wprost do obozu koncentracyjnego.

Około 20 listopada został umieszczony w szpitalu więziennym, po ataku cukrzycy, prof. Leon Sternbach. Wiadomość o tym po kilku dniach rozeszła się wśród wszystkich więźniów na Freiburgerstrasse.

Rankiem 21 listopada był we Wrocławiu pierwszy przymrozek, zaś 25 listopada spadł pierwszy śnieg, który jednak szybko stopniał. Wreszcie nadszedł poniedziałek 27 listopada 1939 r. Około dziewiątej rano dozorca kazał spakować się prof. Zygmuntowi Sarnie, ponieważ miał opuścić celę. Podobne polecenie otrzymał prof. Jan Dąbrowski. Współwięźniowie uznali to za zapowiedź ich rychłego wyjazdu do Krakowa, dlatego każdy starał się przekazać im jakąś wiadomość dla rodziny. Prawdopodobnie zwolnienie obu profesorów nastąpiło wskutek interwencji konsulatu węgierskiego w Krakowie, gdyż byli ożenieni z Węgierkami. Godzinę później dozorcy oznajmili jednak, że wszyscy więźniowie mają się pakować, gdyż wieczorem, około godziny 22.00, wyjeżdżają z Wrocławia. Magazynier więzienny przyszedł zabrać pościel. W czasie spaceru strażnicy uspokajali więźniów, że na pewno zostaną zwolnieni do Krakowa. Mijają długie godziny oczekiwania, jednak pełne nadziei na rychły powrót do domu. Około ósmej wieczorem otwierają się drzwi i dozorcy, życząc dużo szczęścia, każą wychodzić z cel. Na korytarzu magazynier rozdaje paczki i wyjaśnia, że żywność (cztery podwójne porcje chleba z margaryną i plastrami wędzonej słoniny) ma starczyć na cały jutrzejszy dzień. Prof. Bogdan Kamieński pyta strażnika, gdzie jadą. W odpowiedzi słyszy niewyraźnie słowo, w którym brzmi hause, łudzi się więc, że ich wypuszczają do domu. Nie znał jeszcze nazwy Sachsenhausen…

Wszystkie nadzieje na powrót do domu zostały rozwiane na dziedzińcu więziennym. Więźniów otoczyli policjanci, którzy wśród wyzwisk i przekleństw upychali ich do karetek więziennych. Na Freiburgerstrasse do małej komórki z przodu wozu wpakowano prof. Zdzisława Jachimeckiego z dużym tobołkiem. Upychano go kolanem, bito w plecy, aby zmniejszył swą objętość. W więzieniu przy Kletschkauerstrasse prof. Karola Dziewońskiego zatrzaśnięto w bagażniku karetki, gdzie się omal nie udusił. Auta krążyły między więzieniami a dworcem. Punktem zbornym był tunel wrocławskiego Dworca Głównego. Więźniów pilnowało kilkunastu podoficerów i szeregowych Schutzpolizei w hełmach, z karabinami złożonymi do strzału. Prof. Kamieński wspomina: „Poruszyłem się kilka razy, aby choć trochę zmienić pozycję, ale za każdym razem młody, zapalony zbir hitlerowski mierzył i to dokładnie w moją głowę z odległości kilku kroków… Gdyśmy wyczekiwali w podziemnym przejściu pod lufami karabinów, jakaś Niemka zaczęła wykrzykiwać z wysokiego peronu: «Teraz powinien przyjść Schurschil, gdzie jest Schamberlein, niech im teraz pomoże» – wymawiała nazwiska z niemiecka i powtarzała ciągle to samo”. Wreszcie około godziny 22.00 załadowano wszystkich do ciemnych wagonów z zasłoniętymi oknami. Do każdego wagonu starego typu, z ławkami pod ścianami, wepchnięto po 55 osób; straż pełniło 2 podoficerów i 4 szeregowych w pełnym rynsztunku. Środek wagonu wypełniały toboły i walizki z rzeczami więźniów. Komendant transportu wyznaczył zakładników na rozstrzelanie w razie ucieczki któregoś z więźniów. Nie można było patrzeć przez okna, palić papierosów ani rozmawiać. Po długim postoju na dworcu pociąg ruszył. Więźniowie siedzieli ciasno jeden obok drugiego, drzemiąc, szepcząc między sobą i rozmyślając nad przyszłym losem. W wagonie, w którym byli księża, niektórzy przystąpili do spowiedzi. Gdy mijali jakąś większą stację, ktoś przez szparę w storze okiennej zauważył jej nazwę: Leignitz (Legnica). Prysły wszelkie nadzieje – jechali na północ, w kierunku Berlina…

Andrzej R. Małecki


[1] Prof. Andrzej R. Małecki – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, syn zamordowanego w Sonderaktion Krakau prof. Mieczysława Małeckiego z Wydziału Filozoficznego UJ; w 2009 r. prezes Stowarzyszenia Absolwentów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Stowarzyszenia NE CEDAT ACADEMIA.

[2] Prof. Jan Gwiazdomorski (1899–1977) – prawnik, profesor m.in. Uniwersytetu Jagiellońskiego, aresztowany podczas Sonderaktion Krakau i więziony w Sachsenhausen. Historię aresztowanych profesorów krakowskich oraz ich pobytu we Wrocławiu i obozie opisał w książce „Wspomnienia z Sachsenhausen”. W latach 1948–1956 wykładał na Uniwersytecie Wrocławskim i kierował Katedrą Prawa Cywilnego na Wydziale Prawno-Administracyjnym (po zmianie nazwy w 1950 r. – Wydział Prawa). Do Krakowa powrócił w 1956 r., gdzie do czasu przejścia na emeryturę pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za wkład w rozwój cywilistyki wrocławskiej w 1976 r. Senat UWr nadał mu tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Uroczysta promocja odbyła się 14 maja 1977 r., na pół roku przed śmiercią prof. Gwiazdomorskiego. Został pochowany w Krakowie na cmentarzu Rakowickim. Innymi uczonymi aresztowanymi w ramach Sonderaktion Krakau, a po wojnie związanymi z Uniwersytetem Wrocławskim byli profesorowie Józef Hano, Józef Wolski oraz Karol Starmach. Pod koniec XIX wieku na Uniwersytecie we Wrocławiu studiował także Ignacy Chrzanowski, który w wieku 74 lat zmarł w obozie w Sachsenhausen.


Zdjęcie pierwsze od góry: jednoosobowa cela, fot. za: „Alma Mater” (miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego) nr 188/2016, s. 35


Zob. także Kamilla Jasińska, W HOŁDZIE PROFESOROM KRAKOWSKIM

Dodane przez: Kamilla Jasińska

4 Lis 2017

ostatnia modyfikacja: 5 Lis 2017

Licencja Creative Commons Powyższy artykuł może być kopiowany i rozpowszechniany w ramach CC BY 2.0.