Strona używa plików cookies więcej

Kartka z przeszłości

Maria Abramowicz-Sobolska: Okruchy marcowych wspomnień

O wydarzeniach marcowych pisze Maria Abramowicz-Sobolska, która w 1968 r. była na V roku filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Tytuł pochodzi od redakcji.

Marzec 1968 r. przeżyłam na Alma Mater Vratislaviensis. Byłam wtedy studentką V roku polonistyki. Minęło 35 lat, okrągła rocznica, a mnie zebrało się na wspominki. Do dziś przechowuję mały niebieski kalendarzyk z zaznaczoną datą: 14 i 15 marca – wiec protestacyjny. Do dziś mam starą kartkę „prośbowego papieru” z zapisaną rezolucją studentów wrocławskich wyższych uczelni, współredagowaną trochę „na wieży”, a trochę w Auli Leopoldina, bo każdy punkt konsultowano ze strajkującymi studentami. Z rezolucją, którą naiwnie kierowaliśmy do ówczesnego sejmu. Mam też powielaczową odbitkę oceny wypadków marcowych na Politechnice Wrocławskiej, której studentem był mój chłopak, obecny mąż. Pamiętam niezwykłą atmosferę tamtych dni i ogromne rozczarowanie później. Jak to się zaczęło?

Warszawska młodzież zaprotestowała, gdy zdjęto ze sceny Dejmkowskie „Dziady”. Pantoflową pocztą i z WE dotarły wieści o pałowaniu, ciężkich pobiciach i zamykaniu młodych ludzi w więzieniach. Pantoflową, bo rzetelnych, oficjalnych komunikatów nie było. Zresztą, zajęta wykańczaniem pracy magisterskiej i przygotowaniem do ostatnich egzaminów, nie miałam czasu na inne sprawy. Nie pasjonowała mnie polityka, nie wiedziałam co to syjonizm, choć brałam dość żywy udział w życiu studenckim, zwłaszcza do IV roku. Potem całkowicie pochłonęło mnie zbieranie materiałów i pisanie pracy. Żyłam w określonej rzeczywistości i do niej dostosowywałam start w samodzielne, dorosłe życie. Kto z nas wtedy przypuszczał, że „pęknięcia” marcowe już się nie zabliźnią?

Nie pamiętam, kto rzucił hasło wiecu solidarnościowego z młodzieżą warszawską, ale wieść, że w całej Polsce odbędzie się studencki protest, rozniosła się błyskawicznie. Decyzja była jedna – idziemy! Wszyscy. I ci z ZSP, i ci z ZSMP. Zresztą, wielu należało i tu, i tu. Często chodziło nie tyle o przekonania, ile o możliwość brania udziału w różnych imprezach i wypowiadania się na tzw. forum.

13 marca „wieczorowa porą” do akademika – a mieszkałam wtedy w „Dwudziestolatce”, popularnym „tartaku” – przyszedł jakiś facet i na dole, w holu odbyło się zebranie mieszkańców. Próbował nas odwieść od planowanego 48-godzinnego wiecu. Agitator przestrzegał przed konsekwencjami (mieliśmy to w nosie) i opowiadał o masowych wystąpieniach młodzieży robotniczej pod hasłem „Pisarze do pióra, studenci do nauki”. Kiedy, wyliczając co większe wrocławskie zakłady, doszedł do Pa-Fa-Wag-u, z końca holu, spośród zgromadzonych tam „cywilów”(w akademiku był do późna czynny kiosk „Ruchu”, stąd znalazło się trochę ludzi spoza stałych mieszkańców) odezwał się głos: „To nieprawda! Ja tam pracuję i o niczym takim nie słyszałem. Róbcie, co macie robić!” Tama pękła, rozległa się wrzawa, której facet już nie potrafił opanować. Odszedł z niczym.

Rano wzięłam szczoteczkę do zębów, pastę, ręcznik i poszłam z Gabą O. i Luśką S. na uczelnię. W gmachu głównym – tłum. W Auli Leopoldina – też. Przepchałyśmy się do bocznej ławy po prawej stronie. Tuż przy podium, na którym były stalle, gdzie podczas uroczystości uniwersyteckich zasiadał JM Rektor i Senat. Parę minut po ósmej przyszli. W cywilu. Bez tóg i insygniów. Nie wiem, kto ze studentów panował nad całością, ale na balkonie był chór, który zaintonował „Gaudeamus”. Powstaliśmy. Zaczęło się. Nie pamiętam kolejności wystąpień profesorów, intencja była jedna: zatrzymać nas, nie dopuścić do pobicia przez milicję i ZOMO – funkcjonariusze już byli rozstawieni wokół gmachu.

Pamiętam dramatyczne słowa prof. [Karola] Maleczyńskiego (jestem pewna, że to był on, zmarł później, w tym samym roku): „Dzieci, nie dajcie się bić. Pamiętam powstanie warszawskie!” A potem… Potem głos zabrał Jego Magnificencja Rektor Alfred Jahn: „Wy jesteście młodzi, wiele rzeczy wam się nie podoba. Ja jestem stary… ( zawiesił głos… cisza była niemal namacalna… co teraz powie?) …i mnie też wiele się nie podoba”. Ogólny entuzjazm, wrzawa, okrzyki „Vivat Magnificencja” niemal zagłuszyły ostatnie słowa „Jestem z wami. Powierzam wam gmach główny na czas wiecu”. I rzeczywiście. Przez cały strajk Jego Magnificencja był z nami. To on uratował wrocławską młodzież przed wyjściem na ulicę. Był pierwszym, który w tych pamiętnych dniach, ryzykując stanowisko, oddał studentom uczelnię we władanie.

Siedzieliśmy przede wszystkim w Auli Leopoldina. Każdy rozlokował się jak mógł, wszak czekało nas dwa dni w zamkniętym pomieszczeniu. Nikt nie pilnował porządku, ale w zabytkowej sali nikt nie zapalił papierosa, żaden „przybytek cywilizacji” nie był zatkany. Jakimś trafem, zwykle rozhukani, wszyscy, bez wyjątku, czuliśmy powagę chwili, potrzebę wykazania się dojrzałością manifestowaną przestrzeganiem dyscypliny, nad którą nikt nie czuwał. Działał autorytet Rektora i Senatu.

Wspomnienia snują się dość bezładnie. Po wyjściu ciała profesorskiego była chwila wahania, jeden z kolegów (pamiętam go!) zabrał głos: „To w Warszawie pałują, studenci manifestują na ulicach, a my będziemy jak tchórze chronić się za autonomią uczelni!? Idziemy! Niech wiedzą, że się nie boimy!” Zakrzyczeliśmy go: „Zostajemy! Obiecaliśmy Magnificencji !” A Rektor w tym czasie poszedł na rozmowę do tow. Piłatowskiego (imienia nie pamiętam), ówczesnego I sekretarza KW PZPR. Chodziło o to, by ktoś kompetentny, reprezentujący ówczesną władzę, przyszedł na uczelnię, porozmawiał ze studentami, wyjaśnił rzetelnie sytuację panującą w kraju, przyjął postulaty dotyczące wolności słowa i uwolnienia więźniów politycznych. Ależ byliśmy naiwni! Ciągle wierzyliśmy, że żyjemy w normalnym kraju!

Mniej więcej po trzech godzinach, w czasie których organizowaliśmy życie wewnątrz budynku (ukonstytuowanie się sztabu złożonego z władz ZSP i ZSMP, sprawy porządkowe, nawiązanie kontaktu z innymi uczelniami bez telefonów, redagowanie treści i drukowanie ulotek, skądś się wzięły wydrukowane ad hoc białe opaski z napisem UNIVERSITAS itp.), wrócił JM Rektor. Dowiedzieliśmy się, że trzymano Go około trzech kwadransów pod drzwiami I sekretarza, który w końcu oświadczył: „Wy sobie wiecujcie, a ja mam 5 tys. dobrze uzbrojonych milicjantów i wojska”.

A my? Na zewnątrz gmachu głównego wywiesiliśmy odpowiedź. Na naprędce zszytych kawałkach białego (skąd się wzięło?) płótna widniał czarny, czytelny napis” „Witamy 5 tys. argumentów tow. Piłatowskiego”. Czy było ich tyle? Z okien widzieliśmy umundurowanych milicjantów, żołnierzy w plamiakach i zasiatkowanych hełmach, armatki wodne i jakichś cywili, chyba ZOMO. Za kordonem, na niewielkim placyku koło szermierza i od strony Odry stali Wrocławianie. Korciło, żeby wyjść, pokazać się. Na szczęście rozsądek zwyciężał.

Co robiliśmy przez te dwa dni? W Auli Leopoldina mikrofon był rozgrzany niemal do czerwoności. Nieustannie ktoś zabierał głos, na bieżąco informowaliśmy się o tym, co się dzieje na zewnątrz, przybywali emisariusze z innych uczelni: „Pollibuda strajkuje, siedzą na Wyspiańskiego, szykują się do odparcia spodziewanego szturmu milicji, tną metalowe rusztowania na gazrurki, mówią, że nie wpuszczą żadnych intruzów, autonomia uczelni to rzecz święta! Mają wejście na milicyjną częstotliwość radiową i rozsyłają suki po całym Wrocławiu na oślep!” (nie wiem, czy to ostatnie było prawdą). „Spałowali medyków, dorwali ich, bo nie mają własnej dużej sali”. „Studenci z Wysrolu [Wyższa Szkoła Rolnicza] nie mają gdzie się podziać, bo rektor zamknął uczelnię”. A za chwilę – „Hurra! Wysrol też siedzi. Przykład naszej Magnificencji podziałał!”. „AWF też strajkuje! Jest ich mało, około 180 osób, bo niewielka uczelnia, ale są z nami”. „Zarzucają nam syjonizm!”. „A co to jest ten syjonizm ?” (wtedy nikt nie umiał nam tego jasno wytłumaczyć, domyślałam się jakiegoś związku z Żydami, ale wśród studentów byli Żydzi, z niektórymi nawet blisko się przyjaźniliśmy, to było bez znaczenia, skąd więc ten pejoratywny podtekst w prasie?). „Zakładamy komitet redakcyjny, redagujemy rezolucję w imieniu studentów wszystkich uczelni Wrocławia, skierujemy ją do sejmu. Muszą nam odpowiedzieć !” (mam przed sobą tekst tej rezolucji, napisany wtedy, w Auli. Trochę rozmazane litery, ale wciąż czytelne. Dziś śmieszy mnie jej stylistyka, ale wtedy byłam z niej – tak jak wszyscy – zadowolona). „Musimy się skonsultować z kolegami z innych uczelni w tej sprawie!”. „Trzeba zorganizować przerzut informacji na inne uczelnie!”.

Ręcznie pisany dwustronicowy tekst rezolucji
Ze zbiorów Archiwum UWr

I było jak trzeba! Sprowadzono reprezentantów innych uczelni, wieści krążyły, „emisariusze” byli w ciągłym ruchu dzięki kierowcom taksówek, którzy wozili ich za darmo, pomagali też inni właściciele samochodów. Wkrótce dała o sobie znać proza życia. Nie pomyśleliśmy o jedzeniu. Z kawiarenki na parterze w zastraszającym tempie znikało wszystko, co nadawało się do konsumpcji. Jakiś chyba instynkt podpowiedział wrocławianom, że jesteśmy po prostu głodni! Wzruszająca była ich pomoc. Przynosili kanapki, bułki, świeży chleb, jabłka, kiszone ogórki, nawet papierosy! Pamiętam, jaki entuzjazm wzbudził kominiarz, który wygłosił słowa poparcia w imieniu swoich kolegów i przyniósł dwa wory jedzenia.

Zbliżała się noc. Późnym wieczorem chór uniwersytecki rozpoczął koncert. „Leciały” pieśni dawne i patriotyczne. Ten patos był potrzebny, oddawał nasz stan ducha, zrobiło się podniośle. Ktoś wziął mikrofon do ręki i zaczął recytować mickiewiczowską „Redutę Ordona”. Boże! Jak wtedy brzmiały słowa „Warszawa jedna twojej mocy się urąga, podnosi na cię rękę i koronę ściąga…” Ktoś inny przypomniał monolog Gustawa z celi więziennej (wszak od „Dziadów” się zaczęło!) ze słowami „Znam, co to wolność z ręki Moskwicina…(…)  zdejmie z rąk kajdany i na duszę wtłoczy…”

Ranek przyniósł rymowanki na dziadowską nutę, układaliśmy je wszyscy, „do piosenki (…) rzucali słowo za słowem”, a oto one:
I.
Prawdy dajcie nam żakom,
Nam i wszystkim Polakom,
Gdy jej w prasie nie będzie,
Wiec przedłużyć trza będzie.
ORMO idzie ulicą,
Gołe pały im świcą,
Wy wciąż do nas z pałami.
A my do was z hasłami.
Wy nam oczy mydlicie,
Od mydlenia aż pieką
Precz z gazami, pałami
I z Moczara bezpieką.
My w stołówce żywieni,
Demokracji spragnieni,
Cała Polska jest z nami,
Nie zrobicie nic sami.
II.
Dosyć miała już wszystkiego,
Młódź miasta nadwiślańskiego
Powiedzieli: nie da rady,
By znosiły dziady „Dziady”.
Pod pomnikiem wieszcza stali
I w teatrze też klaskali
Aż się glina dowiedziała
I z pałami przyleciała.
Chłopców we więzieniu mrowie
A młódź drapie się po głowie
Jak wydobyć ich z opresji
I uniknąć też represji.
Więc co prędzej się zebrali
Rezolucję napisali
Jeśli jej nie wydrukują
To uczelnie zastrajkują.
Potem nasza prasa cała
Tak się o tym rozpisała
Ach, żeby to Adaś wiedział,
Że gdyby żył, to by siedział.
Biedak w grobie się przewraca,
Że na darmo jego praca,
Sława wisi już na włosku,
Jakoś strasznie po dziadowsku.
Bo w Teatrze Narodowym
Nie ma już o „Dziadach” mowy,
Czemuż burzą się studenty
Gdy podnieśli dziadom renty!

Z niecierpliwością czekaliśmy na poranne gazety.Co piszą? Jak oceniają „wypadki wrocławskie” i w całej Polsce? A tu – cisza! Nic! Po prostu nic! Tylko WE podała niesatysfakcjonującą nas wzmiankę. Byliśmy rozczarowani. Czyżby rację mieli ci, którzy od początku chcieli wyjść na ulicę? Trudne pytanie i trudna odpowiedź. Otuchy dodawała serdeczna obecność JM Rektora i całego Senatu. Zwłaszcza Rektora. Ten niekwestionowanej światowej sławy uczony glacjolog był niemal cały czas z nami. Przysiadywał na stopniach podium i rozmawiał jak z równymi. Przekonywał, że robimy słusznie, czyż mogliśmy Go zawieść?

Drugiego dnia wiecu, około południa, kiedy rezolucja – plon naszego buntu – została przez kurierów wysłana do Warszawy, Jego Magnificencja poprosił, żebyśmy rozpoczęli ewakuację. Chciał, byśmy opuszczali gmach główny stopniowo. Obawiał się, że gdy wyjdziemy tłumnie, może dojść do zamieszek. Tym bardziej, że wśród sprzyjających nam ludzi nie brakło prowokatorów usiłujących wyciągnąć studentów na ulicę.

Apel Rektora był skierowany przede wszystkim do starszych roczników. Usłuchaliśmy Go. Mieliśmy poczucie misji. Nie wszystkim to się podobało. Pamiętam wrogie okrzyki młodszych kolegów. Uspokajaliśmy ich, tłumacząc, że nie możemy zawieść zaufania Rektora i wszystkich Profesorów, którzy byli z nami.

Byłam w jednej z pierwszych grup opuszczających gmach główny Uniwersytetu. Nie było to łatwe Zalana łzami, wściekła, coś tam bełkotałam w klapy garnituru profesora, który towarzyszył mi do bramy wyjściowej. Znowu byłyśmy trzy. Gaba O, Luśka S. i ja .Jak mi później powiedziała Luśka – ryczałam w klapy doktora Pańki. Wyszłyśmy na ulicę. Szłyśmy w kierunku Ossolineum, wzdłuż szpaleru żołnierzy z bronią, w zasiatkowanych hełmach. Głowy miałyśmy podniesione, a łzy, z bezsilności, ciekły same aż po szyi. Wyszłyśmy na Grodzką. Tam już było prawie pusto. Wróciłyśmy do akademika. Co było dalej?

Następnego chyba dnia przeczytałam na wydziałowej tablicy ogłoszeń podziękowanie JM Rektora i Senatu za naszą postawę podczas strajku, za to, że zachowaliśmy się godnie, że nie daliśmy się sprowokować. Tej treści pisma były na wszystkich wydziałach UWr. Kilku kolegów zatrzymano „z pobudek politycznych”, także za podżeganie do „nieuzasadnionych przerw w nauce”. Jeszcze kilku groził sąd. To już było po „wypadkach majowych” .

Nadszedł czerwiec, na uczelni pozorny spokój. Pozorny, bo znowu „dopadł” nas marzec. Miałam już ukończoną pracę magisterską na temat „Polska piosenka uliczna w okresie okupacji w latach 1939–1945”. Przygotowywałam dla pana Wojciecha Dzieduszyckiego zestaw tekstów z tej pracy, którymi był zainteresowany (chyba we wrześniu tego roku powstała jakaś audycja z ich wykorzystaniem), pisałam artykuł dla „Odry” – ukazał się w lutym 1969 r. pt. „Czemuż ty Hitlerze” – ot, zwyczajnie, wróciłam do swoich zajęć. 18 czerwca zaniosłam pracę do dziekanatu i szczęśliwa, wolna jak ptak – przekonana, że do obrony mam co najmniej tydzień – poszłam z chłopakiem opalać się na wyspę Słodową. Wieczorem w akademiku zastałam wiadomość: „Jutro rano bronisz”. Roztrzęsiona dzwonię do mego promotora, wielkiej kultury i dobroci prof. Czesława Hemasa i słyszę: ”Właśnie kończę czytać pani pracę, jest zupełnie dobra. A egzamin? Czego się pani boi? Przecież studiowała pani 5 lat!”. Skąd ten pośpiech? Nie pojmowałam.

Nie spałam całą noc. Z obrony nic nie pamiętam. Okazało się, że w tym dniu zorganizowano obrony wszystkim, którym groził sąd za „wypadki marcowe”. Chodziło o to, by stawali przed „wymiarem sprawiedliwości” jako magistrowie, by nie zmarnowano im życia, zakazując obrony pracy magisterskiej. Ja byłam „na dokładkę”, żeby ów pośpiech nie wydawał się sztuczny. Jeszcze raz nasi profesorowie stanęli murem za swoimi studentami, broniąc każdego, nieważne, czy był prymusem, czy nie.

Nasz rocznik nie miał uroczystego wręczenia dyplomów magisterskich. Za karę. Za udział w wiecu. Dopiero po 25 latach, na kolejnym zjeździe absolwentów, spotkaliśmy się, by świętować ukończenie studiów. Byli z nami nasi dawni, kochani, podziwiani i szanowani: JM Rektor prof. doktor, doktor h. c. mult. Alfred Jahn, ówczesny dziekan wydz. polonistyki prof. doktor Jerzy Łanowski oraz inni profesorowie (ci , których pamiętam, pisze o tym spotkaniu Anka Tokarska-Tomiczek w piśmie „ Nasz Uniwersytet” maj 1993/13 ): Ludwika Ślęk, Czesław Hemas, Jan Trzynadlowski, Bogdan Zakrzewski, Mieczysław Inglot, Janusz Degler, Bogdan Siciński. Mogliśmy im nareszcie podziękować za nauczycielski trud, za to „żeśmy zachowali we wdzięcznej pamięci swój Uniwersytet, żeśmy zawsze popierali Jego racje i sprawy, żeśmy godności, które uzyskaliśmy, nie splamili zepsuciem obyczajów ani haniebnym życiem i żeśmy zawsze pracowali nie dla brudnego zysku ani próżnej sławy, ale aby szerzyła się Prawda, dzięki której rozbłyska światło ludzkiego umysłu”.

Ostatnie słowa pochodzą z pamiątkowego dyplomu, który nam wręczono na wspomnianej uroczystości. Czy z takimi ideałami można żyć we współczesnym brutalnym świecie? Można. Choć nikt z nas nie zrobił wielkiej kariery finansowej czy politycznej, ale też nikt rano wstawszy nie pluje na swoje odbicie do lusterka. Kilku kolegów ma niezły dorobek naukowy, są to profesorowie wyższych uczelni: Stefan Bednarek, Maciek Krasuski, Janek Miodek, Bogdan Pięczka, Leszek Tatarowski czy Jurek Jastrzębski, inni (jak ja) dorobili się tylko stopnia nauczyciela dyplomowanego w szkole średniej, jeszcze inni pracują w różnych redakcjach czy bibliotekach naukowych i – jak Gabrysia Ociepka – mają na swoim koncie ciekawe wydawnictwa. Nie jesteśmy więc pokoleniem straconym.

PS 1.
Przypomniała mi się taka scenka: Było to krótko po „marcu”. Idziemy, znowu we trzy: Gaba O., Luśka S. i ja –  Szewską, do Ossolineum. Naprzeciw, środkiem ulicy kroczy zwarta, spora grupa ludzi. Mają czerwone szturmówki, transparenty. Ci na czele niosą wielki napis „Studenci do nauki”. Mijając nas, stłoczone na wąziutkim chodniku, jeden z nich zapytał „Studentki?”. Przytaknęłyśmy, a on na to „Со!? I my przeciw takim oczom? Zwijamy transparent”. I zwinął! A Luśka rzeczywiście, jeszcze teraz ma oczy jak Kalina Jędrusik.

Maria Abramowicz-Sobolska

Maszynopis wspomnień został przekazany przez autorkę do Archiwum Uniwersytetu Wrocławskiego w marcu 2008 r. Wspomnienia autorki były także drukowane w piśmie „Angora” nr 11 z 16 marca 2008 r., s. 64–65.


Serwis poświęcony wydarzeniom Marca ’68

Marzec ’68 na Uniwersytecie Wrocławskim

Dodane przez: Kamilla Jasińska

25 Lut 2018

ostatnia modyfikacja: 26 Lut 2018