Strona używa plików cookies więcej

Doktoranci / Ludzie / Nauka / Pracownicy / Studenci

Warto porozmawiać: co chcemy osiągnąć Statutem?

Z satysfakcją odbieram poruszenie, jakie wśród naszej społeczności wywołał projekt Statutu Uniwersytetu, w którego tworzeniu brałem udział. Satysfakcja wynika przede wszystkim z podjęcia dyskusji nad kształtem przyszłych ram prawnych Uniwersytetu w szerszym niż dotąd gronie. Wszyscy przecież chcielibyśmy, żeby nasz Uniwersytet był uznawany za jeden z najważniejszych ośrodków naukowych i dydaktycznych w kraju. Uniwersytet nie jest dla nas firmą, jak każda inna. Jest wspólnotą, w której realizujemy nasze pasje, w której przekazujemy naszym młodszym koleżankom i kolegom to, co uważamy za najcenniejsze – racjonalne dążenie do prawdy. I skoro wszystkim nam leży na sercu pomyślność naszej Wspólnoty, to o co się spieramy? Czy możemy znaleźć jakąś wspólną drogę?

Dwa podstawowe cele przyświecały dotąd istnieniu Uniwersytetu: rozwijanie i popularyzacja badań w skali całego świata, ocenianych z perspektywy uczestnictwa w globalnej dyskusji naukowej, prowadzenie działalności dydaktycznej dla wszystkich chętnych i zdolnych do uczestnictwa w naukowym dialogu. Dziś dochodzi do tego trzecie zadanie – aktywne wspieranie przemian ekonomicznych i społecznych w naszym kraju, ale i poza jego granicami zgodnie z etosem akademickim. Jak w tym kontekście mieści się projekt Statutu Uniwersytetu? Skoro określa ramy prawne funkcjonowania Uniwersytetu, niewątpliwie powinien zawierać zapisy wspierające realizację wspomnianych wyżej trzech zadań naszej wspólnoty. Zdaniem sygnatariuszy „Listu otwartego w sprawie projektu nowego Statutu UWr” wspomniany dokument tego nie gwarantuje. Ja nie jestem tak pesymistyczny. Działając w ramach starego Statutu zawsze dążyłem do wspierania wszystkich, którzy chcieli prowadzić ambitne badania, publikować jak najszerzej i współpracować jak najintensywniej z otoczeniem. To nie Statut przeszkadzał w realizacji tych zamierzeń, ale konkretne osoby i przyzwyczajenia związane z dekadą polityki spokoju i stabilności. Dlatego czując wspólnotę celów z sygnatariuszami i sympatykami „Listu…”, proponuję współpracę nad takimi zmianami projektu, które będą działaniem dla dobra całej wspólnoty, bez jej dzielenia, z silnym naciskiem na stałe doskonalenie. Z założeniem, że za dwa-trzy lata warto będzie przyjrzeć się temu, co działa i temu, co należy w Statucie poprawić.

Struktura Uniwersytetu powinna być prosta, elastyczna, demokratyczna, a jednocześnie gwarantująca efektywność zarządzania. Nowa Ustawa, ale przede wszystkim jej (nad)interepretacje przez urzędników ministerialnych wraz z mało racjonalnym, nowym podziałem na dyscypliny naukowe sprawiły, że projekt Statutu skomplikował tę strukturę. Dodano nowe ciało: Radę Dyscypliny. W pełni zgadzam się, że mnożenie zespołów, komisji, nie pomaga nam w rozwoju. Udział w rozlicznych spotkaniach zabiera czas i energię, którą moglibyśmy przeznaczyć na badania i dydaktykę. Nie można jednak zrezygnować z istnienia rad wydziałów na rzecz rad dyscyplin, bo nie można stworzyć ani wydziałów, ani instytutów, których pracownicy deklarowaliby przynależność do tej samej dyscypliny. Rady dyscypliny mają zajmować się tym, co jest dla istnienia dyscypliny konstytutywne – nauką. Ale życie uczelni przekracza ten zakres, bo dotyczy też dydaktyki i współpracy z otoczeniem. Ba!, badania przekraczają ramy jednej dyscypliny. I wreszcie – kto nam zagwarantuje, że MNiSW za pół roku nie zaproponuje nowego podziału dyscyplin idącego w poprzek wcześniejszych podziałów? Dyscypliny są w obecnym kształcie tworem sztucznym, podczas gdy istnienie katedr, instytutów i wydziałów odwołuje się do realnej praktyki badawczej i tradycji. Jeśli więc rady wydziałów i instytutów/katedr powinny zostać, by w zgodzie zasadą demokratycznej reprezentacji zabierać głos w sprawach pracowników odpowiednich jednostek, to jaką rolę powinny pełnić rady dyscyplin?

Wisi nad nami ministerialny miecz ewaluacji. Ministerstwo nie ukrywało, że podział dyscyplin ma za zadanie przede wszystkim ułatwić ewaluację poprzez zmniejszenie liczby ewaluowanych wspólnot. Nie komentuję takiego powodu głębokich przemian życia akademickiego. Ale Ustawa i powiązane dokumenty pośrednio wyznaczają zadania rad dyscyplin. Koordynowanie w obrębie dyscypliny działań na rzecz stałego podnoszenia jakości badań i wskaźników ewaluacji (co nie musi być tym samym), czuwanie nad kształceniem doktorantów i rozwojem pracowników, przeprowadzanie postępowań o stopień naukowy – to wszystko odnajdziemy w projekcie Statutu. Sporne, jak sądzę, są dwie kwestie: powiązania działań rady dyscypliny z aktywnością dziekana i rady wydziału oraz kwestia uczestnictwa w pracach rady dyscypliny.

W pierwszym przypadku rozwiązaniem może być wskazanie, że do wdrożenia w życie zaleceń rady zobowiązany jest każdy dyrektor instytutu/kierownik katedry, w którym zatrudniani są członkowie danej dyscypliny (dziekan w jednostkach pozbawionych niższych szczebli organizacyjnych, ale także każdy dyrektor instytutu, w którym zatrudnione są osoby z danej dziedziny – nawet, jeśli stanowią oni mniejszość). Jeśli nie spełnia on swoich obowiązków i nie może dojść do porozumienia z radą dyscypliny, przewodniczący rady może zwrócić się do Rektora o jego odwołanie. Decyzja w tej sprawie pozostaje w gestii Magnificencji. Z kolei działania rad dyscyplin powinny podlegać corocznej ewaluacji ze strony Senackiej Komisji Nauki, która w przypadku niezadowalającej działalności rady i nieuzgodnienia z nią programu naprawczego ma prawo zwrócić się do Senatu o jej rozwiązanie i powołanie w nowym składzie. Taki zapis oddzieli rady dyscyplin od rad wydziałów i dziekanów, dając radom więcej swobody, ale i narzędzia kreowania polityki badań naukowych w dyscyplinach.

W drugim przypadku, rekrutacji do rady dyscypliny, warto zastanowić się nad kwestią warunków wstępnych, które muszą spełnić członkowie rady. Jeśli mają oni decydować o działaniach podnoszących poziom naukowy dyscypliny, powinni wiedzieć, jak osiągnąć najwyższy możliwy poziom badań i publikacji. Stopień lub tytuł naukowy naprawdę niewiele tu pomogą, bo te przyznawane są do końca naszej działalności, a ta nie zawsze rozwija się równomiernie. Profesor może skupić się na dydaktyce, a doktor może prowadzić właśnie w danym momencie najwyższej jakości badania. Wszystko się zmienia i członkostwo w radzie dyscypliny nie powinno być wieczne. Nie jest to łatwe, bo oznacza konieczność określenia kryteriów wejścia do rady, różnych w różnych dziedzinach nauki. Wydaje się to jednak możliwe poprzez przekazanie tej kompetencji w ręce Senatu i wprowadzenie ich w akt powołania rad dyscyplin, co przewiduje obecny projekt Statutu. Wzorem dla nas mogą być warunki określone przez Ministra przy zgłaszaniu kandydatów do Rady Doskonałości Naukowej (na przykład dla nauk humanistycznych trzy publikacje w czasopismach dziś „wartych” 10 i więcej punktów, do wymiany na rozdziały względnie jedną monografię opublikowane w wydawnictwach z poziomu II („za 200 punktów”).

Bardziej skomplikowaną kwestią są wybory i udział w nich rad dyscyplin. Sygnatariusze „Listu…” wnoszą o wprowadzenie do procedury wyborczej jako podmiotów uprzywilejowanych rady dyscyplin. To one miałyby dokonywać wyboru członków Senatu i elektorów w liczbie zależnej od jakości dyscypliny. Takie podejście odcina jednak od wpływu na życie Uczelni znaczącą liczbę pracowników pozostających poza radami. Deprecjonuje też znaczenie dydaktyki, studentów i administracji w działalności Uniwersytetu. Jest też wątpliwe z punktu widzenia zapisów Ustawy mówiących o wyborach do Senatu przedstawicieli wszystkich członków wspólnoty. Ostatecznie, wybrane w takiej procedurze władze nie miałyby szerszej, demokratycznej legitymacji do reprezentowania naszej wspólnoty. Być może wyjściem z impasu byłaby zasada, zgodnie z którą reprezentantów profesorów wybierają wszyscy członkowie tej grupy w ramach dotychczasowych, wydziałowych zgromadzeń wyborczych, ale przynajmniej 50% spośród wybranych musi być bieżącymi członkami rad dyscyplin. To wskazywałoby na znaczenie nauki w życiu Uczelni, ale jednocześnie podkreślałoby, że nasza wspólnota wypełnia także inne zadania. I zachowana zostałaby zasadnicza, tak istotna, pro-demokratyczna myśl projektu Statutu.

Nie chciałbym się wypowiadać w kwestii liczby wydziałów i instytutów. W moich oczach tworzenie nowej siatki administracyjnej musi uwzględniać przesłanki czysto racjonalne: bieżącą wiedzę o stanie zarządzania Uniwersytetem i przebiegu procesów zarządczych (której brak), realia racjonalnej kontroli procesów zarządczych, finansowych, wspierających naukę i dydaktykę (której nie ma). Wymyślanie struktury uczelni od nowa uważam dziś za zbyt ryzykowne. Ignoruje to emocje odwołujące się do tradycji, przeszłości, więzi między jednostkami organizacyjnymi i zespołami badawczymi. Kreuje trudne do oszacowania problemy z nową infrastrukturą, kadrą, finansowaniem nowych superdziekanatów. Ale co najważniejsze – nie daje żadnej gwarancji pozytywnej zmiany w kontekście skrajnej niestabilności systemu prawnego kreowanego poza nami przez Ministerstwo. Jeśli już mielibyśmy te zmiany przeprowadzać, to nie w Statucie, bo to usztywniłoby strukturę, lecz na poziomie uchwał Senatu i decyzji Rektora reagującego na potrzeby administracyjne Uczelni. I to także znajdujemy w projekcie Statutu. A czy postulowane powstanie wielkich wydziałów ułatwi administrowanie nimi? Wątpię. Raczej zwiększy zatory na drodze podejmowania decyzji przez dziekana odpowiedzialnego za jeszcze większą liczbę jednostek. Być może warto byłoby dodać w Statucie, że istnienie wydziału musi wynikać z istotnych potrzeb naukowych i dydaktycznych Uniwersytetu, a Rektor ma prawo przekształcić strukturę Uczelni jeśli uzna, że jej kształt utrudnia realizację zadań Uniwersytetu, szczególnie prowadzenie badań naukowych. Daje to szansę na elastyczne reagowanie przez Rektora odpowiadającego za całą wspólnotę na sytuację kryzysowe.

Wszystkie te słowa i propozycje piszę z mało wygodnej perspektywy: bronię projektu Statutu, który powinien i mógłby być lepszy – to pewne. Tak, zmieniając miejsce dziekanów w ustroju Uczelni (nie będą organami, lecz funkcjami kierowniczymi) zapomnieliśmy dodać kadencyjność, odcięliśmy dostęp doktorom do rad dyscyplin. To powinno zostać zmienione. Podobnie należy uwzględnić możliwość obejmowania funkcji wicedyrektora dla osób ze stopniem doktora. Przeoczeń jest pewnie więcej i z góry dziękuję wszystkim za ich wyłapanie. Nie wynikają one jednak ze złej woli. Projekt powstawał w ekstremalnie ryzykownych warunkach, przy bardzo niepewnym kształcie otoczenia prawnego, w tym kluczowych elementów oceny w rożnych aspektach naszej działalności. Wbrew pojawiającym się opiniom, jego powstawanie nie było otaczane tajemnicą. Zasadniczy kształt został zaproponowany przez Magnificencję, przedyskutowany z całym składem rektorskim na posiedzeniach kolegium dziekańsko-rektorskiego i w trakcie posiedzeń Senatu. Konkretne zapisy były wprowadzane zgodnie z wolą Magnificencji. Informacje bieżące – przynajmniej w przypadku mojego Wydziału – były przedstawiane na radach wydziału. Wszyscy członkowie zespołu – według mojej wiedzy – kontaktowali się ze swoimi wydziałami i przyjmowali płynące stamtąd uwagi.

Przy wszystkich kontrowersjach, jedno nie ulega dla mnie wątpliwości: choć ramy prawne są ważne, to dużo ważniejsze jest jasne wspieranie wszystkich tych, którzy chcą prowadzić najwyższej jakości badania naukowe, innowacyjną, docierającą do studentów dydaktykę oraz prowadzą współpracę z naszym otoczeniem społecznym. Działania, które dadzą nam powód do dumy nie tylko według chwilowych norm MNiSW, ale z perspektywy więzi z całym światem naukowym i naszym otoczeniem społecznym. Dlatego równie istotny jak ramy prawne życia Uniwersytetu musi być brak zgody osób odpowiedzialnych za życie jednostek na intelektualne lenistwo, działania na szkodę Uczelni, wszelkie przypadki łamania dobrych obyczajów akademickich. Statut powinien takie działania wspierać, ale czy my sami będziemy w tym kierunku dążyć, zależy tylko od nas, a zwłaszcza od naszych liderów i kultury pracy, którą będziemy kultywować. Poprawmy projekt Statutu tak, żeby wspierał to, co na naszej Uczelni najlepsze i dawał realną szansę na pozytywną zmianę. Świat idzie do przodu szybko, nasze podziały, spory i kultywowanie wielkiej stabilizacji oddalają nas od niego.

Prof. dr hab. Przemysław Wiszewski
Dziekan Wydziału Nauk Historycznych i Pedagogicznych

Dodane przez: Małgorzata Jurkiewicz

6 Lut 2019

ostatnia modyfikacja: 6 Lut 2019