Strona używa plików cookies więcej

Kartka z przeszłości

Alfred Jahn: Zamknięci w fortecy starego gmachu uniwersyteckiego

W 2018 r. mija pół wieku od wydarzeń Marca '68. Oddajemy głos świadkom tamtych wydarzeń i przypominamy wspomnienia prof. Alfreda Jahna, rektora Uniwersytetu Wrocławskiego w latach 1962–1968. Za: Alfred Jahn, Z Kleparowa w świat szeroki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1991, s. 194–208. Tytuł i wyróżnienia pochodzą od redakcji. 

Alfred Jahn – rektor nieugięty

To, co określamy mianem wypadków marcowych, spadło na mnie nieoczekiwanie, po dziewięciu niespełna latach, w których decydowałem o losie Uniwersytetu, a jako przewodniczący Kolegium Rektorów – o losie szkół wyższych we Wrocławiu.

Po ósmym marca, po wiecu protestacyjnym studentów warszawskich, zaczęło się narastające wrzenie wśród studentów wrocławskich. Początkowo wydawało mi się, że bez trudu zdołam je opanować, miałem zaufanie studentów, uchodziłem za przyjaciela młodzieży. Sytuacja pogarszała się w domach akademickich, o czym donosiła mi odpowiedzialna za te sprawy w administracji rektoratu pani Alina Smoleń. Pokazały się ulotki, a młodzież zbierała się w domach. Na razie nie było żadnych demonstracji ulicznych, chociaż ton wystąpień młodzieży był coraz radykalniejszy. Domagano się zwolnienia aresztowanych w Warszawie studentów.

W poniedziałek 11 marca sytuacja stała się tak napięta, że zdecydowałem się rozpocząć akcję wyjaśnienia i uspokojenia studentów. Zwołałem posiedzenie Kolegium Rektorskiego. Sekretarz POP, doc. Zbigniew Bożyczko, poinformował mnie o akcji podjętej przez KW. Był ostrożny wiedząc, że tow. Piłatowski, pierwszy sekretarz PZPR, jest człowiekiem zawziętym, wrogo usposobionym do inteligencji i studentów. Bożyczko był łącznikiem, działałem jednakże na własną rękę. Uzyskałem pełne poparcie moich najbliższych współpracowników, prorektorów Maślankiewicza i Baszkiewicza.

Stanąłem mocniej w siodle. Szukałem teraz kontaktu z profesorami i organizacjami młodzieżowymi. Odwiedzałem poszczególne Rady Wydziałowe, które zbierały się samorzutnie, by zająć stanowisko w stosunku do zajść warszawskich i do apelu organizacji studenckich. Przemawiałem, tłumaczyłem kolegom, że musimy zachować dużo rozsądku. Byłem na burzliwym posiedzeniu Rady Wydziału Filozoficzno-Historycznego, w której zgłoszono wiele wniosków potępiających ideologię PZPR — wszakże filozofowie mieli tu najwięcej do powiedzenia — jednakże i tu udało mi się doprowadzić do jednolitego, umiarkowanego stanowiska. To samo na Radzie Wydziału Przyrodniczego. Najwięcej trudności miałem na posiedzeniu Rady Wydziału Prawa. Bardzo upartyjnionej i składającej się z raczej młodych pracowników naukowych. Byłem zaskoczony ich twardym, opozycyjnym stanowiskiem: podtrzymywali protest młodzieży, domagali się podjęcia zarządzeń rektorskich, które by ustawiły uniwersytet na pozycji prawie rewolucyjnej. I wtedy zabrał głos doc. Włodzimierz Berutowicz, były milicjant, prokurator, szukający kariery naukowej. Zaatakował gwałtownie przede wszystkim towarzyszy partyjnych za ich niewłaściwe, jego zdaniem, stanowisko. Uciekł się do gróźb.

W pewnym momencie poczułem, że tu rozgrywa się decydująca walka pomiędzy pracownikami naukowymi uniwersytetu, partyjnymi czy bezpartyjnymi, a reprezentantem sił bezpieczeństwa. Było to zjawisko przygnębiające. Pewny siebie prokurator i już gromadzące się na ulicy kordony milicji. Berutowicz rzucił wszystko na jedną szalę, w tej dramatycznej godzinie rozpoczął swoją błyskotliwą karierę. Nie wiedziałem wówczas, że tym krzykliwym tonem przemawia do mnie i do kolegów mój następca na urzędzie rektora, przyszły minister sprawiedliwości i przewodniczący Sądu Najwyższego.

Najtwardsze stanowisko w stosunku do spraw studenckich zajęła Rada Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii, obradująca pod przewodnictwem swojego znakomitego dziekana, prof. Jana Rzewuskiego. Uchwalona przez Radę rezolucja stała się wzorem dla innych rezolucji, podejmowanych przez zespoły profesorskie i studenckie. Była w tym duża zasługa prof. S. Hartmana.

Była podana przez rozgłośnie zagraniczne. Dziekan poniósł konsekwencje tej uchwały, o czym później.

Tymczasem pojawiają się ataki na „syjonistów” w Warszawie i Krakowie, zwołano wiece studenckie, milicja brutalnie interweniuje, bijąc studentów. W sejmie słynna interpelacja Koła „Znak”.

Trudne chwile przeżyłem 12 marca. Od rana pokazały się na uniwersytecie ulotki wyrażające poparcie dla Warszawy. O godz. 16.00 powiadomiono mnie, że studenci zbierają się w auli. Udałem się tam, sala była wypełniona po brzegi. Ukazanie się rektora stanowiło akt legalizacji wiecu. Rada Uczelniana Zrzeszenia Studentów Polskich przedstawiła 10-punktową rezolucję, którą uznałem za umiarkowaną, a politycznie dobrze wyważoną. Oprócz żądań dotyczących zwolnienia aresztowanych studentów domagano się „ulepszenia naszego ustroju”, a więc nie zniesienia, lecz poprawy systemu. Przeciwstawiono się próbom „wykorzystywania dla doraźnych celów, sprzecznych z socjalizmem, akcji antysemickich”.

Warto w całości przytoczyć punkt 8. rezolucji, świadczący o pełnej dojrzałości studentów: „Jako studenci Wrocławia, który po wiekach powrócił do Macierzy, odcinamy się od wszelkiego rodzaju prób akcji godzących w interesy i suwerenność Narodu i Państwa Polskiego, w socjalizm i przyjaźń ze Związkiem Radzieckim”.

Przemawiałem do studentów. Uznałem ich protest przeciwko sytuacji, która zaistniała w kraju. Równocześnie gorąco ich przestrzegałem przed poddawaniem się nastrojom, które wynikają z prób manipulacji politycznej. Już wówczas wyczułem zawoalowaną walkę frakcji partyjnych, dla której jako pretekstu chciano wykorzystać rozruchy studenckie. Rozgorzała żywa dyskusja pomiędzy przedstawicielami ZSP i ZMS. Uznano jednak mój autorytet i wiec skończył się spokojnie w późnych godzinach wieczornych. Studenci rozeszli się do domów i zgodnie z moimi poleceniami, nie formowali pochodu, nie wznosili żadnych okrzyków antypaństwowych. Wróciłem do rektoratu zmęczony.

W tym samym dniu zwołałem Kolegium Rektorów. Po dyskusji uchwaliliśmy rezolucję, która została rozplakatowana w uczelniach i której pełny tekst ukazał się w prasie wrocławskiej — a więc już 13 marca — w popołudniówce „Wieczór Wrocławia” i w dniu następnym w obu głównych gazetach Wrocławia, w „Gazecie Robotniczej” i „Słowie Polskim”. Przestrzegaliśmy młodzież przed ulicznymi demonstracjami: „Chcemy Was przestrzec przed udziałem w publicznych wystąpieniach, przeniesionych poza teren uczelni, do których z reguły dołączają się elementy chuligańskie. Nie możemy ponosić odpowiedzialności za ewentualne następstwa takich wystąpień”.

W dniu 14 marca napięcie osiąga punkt szczytowy. Uniwersytet jest oblepiony ulotkami, grupki młodzieży są przed uczelnią i wypełniają korytarze gmachu głównego. Są zapowiedziane wiece na uniwersytecie i w politechnice. Rywalizujące ze sobą organizacje ZSP i ZMS trzymają się osobno. Ta ostatnia zbiera się (ok. 200 osób) na uniwersytecie w godzinach popołudniowych, próbując bezskutecznie przeforsować własną rezolucję. Brak jednomyślności, kierownictwo organizacji jest jawnie krytykowane przez członków.

Zostałem powiadomiony, że I sekretarz KW PZPR W. Piłatowski chce się ze mną spotkać. Przypuszczałem, że zechce mnie użyć do spacyfikowania nastrojów, wykorzystując mój autorytet wśród młodzieży. Udałem się do Komitetu w towarzystwie doc. Zbigniewa Bożyczki. Piłatowski nie przyjął nas w swoim gabinecie, lecz w większym pokoju, w którym zastaliśmy już innych sekretarzy i kierowników wydziałów. Rozmowa od początku toczyła się w atmosferze podniecenia i napięcia. Piłatowski zgłaszał pretensje do władz wyższych szkół Wrocławia, które — jego zdaniem — nie potrafią opanować sytuacji.

[…] Z racji mojego urzędu nie tyle rektora, co przewodniczącego Kolegium Rektorów, musiałem uczestniczyć w różnych naradach Komitetu Wojewódzkiego, i to w zespole wyselekcjonowanym, stanowiącym ścisłe kierownictwo polityczne województwa. Czułem się źle w tym gronie, jako jedyny bezpartyjny, wśród towarzyszy znających się doskonale. Wszyscy byli po imieniu. Po krótkim wstępie Piłatowski zażądał ode mnie, abym relegował studentów i zawiesił w czynnościach pracowników uniwersytetu oskarżonych o syjonizm. Ten, w tak brutalnej formie wyrażony antysemityzm, wywołał natychmiast mój gorący sprzeciw. Dławiąc w sobie wściekłość oświadczyłem podniesionym głosem, że ja rządzę uniwersytetem, a w tej chwili przyjąłem pełną odpowiedzialność za los studentów i pracowników. Piłatowski zażądał pokazania mu listy osób, które – według niego – stanowią zarzewie buntu w uniwersytecie. „Pan nie jest żadną moją władzą – powiedziałem – nie ma pan prawa wydawać mi poleceń – i dodałem jeszcze: – Wiem, że policzy się pan ze mną, ale nie radzę tego robić dzisiaj, bo się krew poleje. Tam w uniwersytecie czekają na mnie studenci, jestem jedyną osobą, która może ich uspokoić. Nie dopuszczę do przelewu krwi, wracam do studentów. Piłatowskiego zatkało, przyzwyczajony do posłuchu, nie spodziewał się, że ktoś może, w jego własnym urzędzie, tak mocno się jemu sprzeciwić. Traciłem panowanie nad sobą, w oczach mi pociemniało i gdyby nie interwencja Bożyczki, który objąwszy mnie wpół błagał: „Panie rektorze niech się pan uspokoi”, doszłoby do rękoczynów.

Wyszedłem z pokoju i natychmiast opuściłem gmach Komitetu Wojewódzkiego. A więc wojna z partią, jej władzami. Postanowiłem walczyć teraz już z otwartą przyłbicą. Tyle lat lawirowałem w imię dobra uczelni, zawsze byłem gotów pójść na ugodę, lecz teraz kończy się to wszystko. Wiedziałem, że kończy się też moja kariera uniwersytecka, teraz, gdy ujawniłem swoje właściwe oblicze. W tym systemie, kto raz spadnie z konia, drugi raz na niego nie wsiada. Nie byłem jeszcze stary (53 lata), znana była moja energia i temperament, po dziewięciu latach kierowania uniwersytetem miałem wrócić do zacisza mojej pracowni naukowej. Przeżywałem to gorzko, lecz w tym dramatycznym dniu ani na moment nie myślałem, że mógłbym inaczej postąpić. Tak uczyłem moich studentów, że można długo udawać, zwodzić w imię dobra publicznego, lecz przyjdzie wreszcie ta szczególna godzina, gdy należy dokonać wyboru. Ja go dokonałem i wróciłem pewnym krokiem do budynku głównego uniwersytetu, nabitego po brzegi młodzieżą. Przywitano mnie jak bohatera, wieść szybko rozniosła się wśród tłumów studentów. Kazałem zamknąć oba wejścia budynku i zalegalizowałem już rozpoczęty strajk okupacyjny. Dołączyłem do samorzutnie powstałego Komitetu Organizacyjnego, który jednoczył w sobie trzy główne elementy – młodzież, a więc dwie organizacje studenckie, z Januszem Zaporowskim na czele, podstawową organizację partyjną z jej sekretarzem doc. Z. Bożyczką i senat uniwersytetu z moją osobą na czele. Było rzeczą naturalną, że stałem się automatycznie głównym doradcą komitetu, z którego głosem liczono się absolutnie. Była ze mną grupa profesorów, nie pamiętam wszystkich nazwisk, moi prorektorzy Maślankiewicz i Baszkiewicz, był prof. Rydzewski, prof. Hartman.

Na godzinę 14.00 zwołano wiec, na którym byłem obecny. Ogłosiłem, że wiec jest legalny. Obrady trwały ponad trzy godziny, były niezwykle burzliwe. Podziwiałem talent wielu mówców, którzy wyrastali jak z podziemia. Młodzież trzymana na wodzy przez lata całe, zastraszona, zdezorientowana, nagle w tym wykwicie nieoczekiwanej wolności okazała swoje najpiękniejsze zalety: odwagę, umiejętność dojrzałego myślenia, umiarkowanie i dyscyplinę. Byli wśród nich demagodzy, lecz ich szybko temperowano. Byli też prowokatorzy, wtyczki tajnej policji, o czym dowiedzieliśmy się znacznie później.

Trzy człony organizacyjne, które wymieniłem wyżej, zbierały się w wyznaczonych pokojach. Ja urzędowałem w swoim gabinecie rektorskim, mając łączników z pozostałymi członkami komitetu. Miejscem wspólnych spotkań była Aula Leopoldina, gdzie zbieraliśmy się co kilka godzin. Stamtąd dochodziła wrzawa, głośne okrzyki młodzieży, zwłaszcza popularne hasło prasa kłamie, tam rządził „lud”, a z jego głosem liczyliśmy się. Lekcja demokracji, jakiej dawno nie widzieliśmy w tym kraju!

Dokoła zamkniętego uniwersytetu zbierały się tłumy ludzi. Z okna mojego gabinetu widziałem nadciągające wąskimi ulicami Starego Miasta strumienie ludzi, wznoszących okrzyki sympatii. Pojawiła się milicja, samochody ustawiły się na placu Uniwersyteckim, a kordon milicjantów zajął miejsce tuż przed murami budynku, odgradzając od nich tłum ludzi. Budynek uniwersytetu był obwieszony transparentami, w oknach wywieszono flagi narodowe.

W pewnej chwili powiadomiono mnie, że Komitet Wojewódzki oskarża mnie o podburzanie mieszkańców Wrocławia. Telefonował Piłatowski, wysuwając zarzut, że rektor Jahn, który zapewnił go, że likwiduje zajścia uliczne przez zamknięcie studentów w budynku uniwersytetu, w rzeczywistości poprzez transparenty na ścianach uniwersytetu stworzył najbardziej zapalną sytuację. Wydałem natychmiast polecenia, aby wszystkie transparenty usunąć ze ścian budynku. W ciągu paru minut wykonano moje polecenie — studenci jak koty włazili na gzymsy okien i dachu, zwijając transparenty.

Rozpoczęliśmy żywot oblężonego grodu. Przygotowano kuchnie, które ograniczały się właściwie do zaparzania herbaty. Dostarczano nam żywność z zewnątrz. Cech piekarzy zadbał o to, aby świeży chleb był dowożony do uniwersytetu. Podawano nam masło, wędliny, słodycze, papierosy. Ktoś podał bukiet kwiatów dla mnie, z gorącym dopiskiem życzeń i gratulacji. Miasto żyło strajkiem studenckim. W tej atmosferze powszechnie panującego zastraszenia i przemocy uświadomiono sobie, że jest możliwy protest i że wyszedł on właśnie od młodzieży, którą przez lata całe wychowywano na ludzi oddanych reżimowi. Dlatego Piłatowski oskarżał nas, iż jesteśmy zarzewiem rewolucji. Cała Polska rozbrzmiewała protestem studenckim. Poczuliśmy powiew wolności, która nam, ludziom starszym była znana z naszej młodości, gdy Polska przedwojenna, chociaż biedna i skłócona, była jednakże suwerenna i wolna.

Strajkowała większość szkół akademickich Wrocławia, Politechnika, Akademia Medyczna. Wyłamała się tylko Wyższa Szkoła Ekonomiczna (Akademia Ekonomiczna). Centralną strajkującą uczelnią był uniwersytet. Do mnie zwracali się telefonicznie rektorzy, prosząc o wskazówki i rady. Byliśmy solidarni, a jednolitość naszej postawy stwarzała nie notowaną dotychczas siłę opozycji inteligenckiej. Mówiono, że protest studentów Marca 1968 r. zakończył się fiaskiem, gdyż nie uzyskał poparcia robotniczego. W czasie dramatycznych dni strajku nie czułem tego, przeciwnie wiele zakładów pracy, fabryk, załóg robotniczego Wrocławia dało dowody sympatii dla nas, profesorów i studentów, zamkniętych w fortecy starego gmachu uniwersyteckiego.

Stan oblężenia trwał. Studenci biwakowali wszędzie, w salach wykładowych, skąd usunięto ławki, we wszystkich korytarzach. W nocy nie mogłem spać, chociaż w moim gabinecie miałem wygodną kanapę. Chodziłem więc cicho w tym natłoku ludzi, leżących pokotem na podłodze. Oceniałem, że co najmniej 1,5 tysiąca młodzieży było wówczas w gmachu uniwersytetu. Wielu z nich traktowało całą tę imprezę jako dobrą przygodę, czuli się świetnie. Dyskutowali przyciszonym głosem, pełni napięcia, nie przeszkadzając w ten sposób tym, którzy woleli spać. Błądząc w ciemności widziałem grupki chłopców, grających w karty, przy zapalonej świecy. Szukali rozrywki, popijali herbatę. Nie pozwalałem pić alkoholu, zresztą studenci okazali tak wiele zdyscyplinowania, że utrzymanie porządku nie nastręczało trudności. Przy dwu bramach uniwersyteckich straż pełnili przez cały dzień i noc studenci. Sprawy porządkowe podlegały komitetowi strajkowemu. Patrzyłem z podziwem na jego działalność. Wychowani w systemie zarządzania odgórnego, który czynił człowieka bezradnym, ci młodzi ludzie, gdy poczuli się samorządni, znaleźli w sobie siłę i umiejętności do stworzenia własnej organizacji. Wśród nich ukazały się natychmiast talenty przywódcze, widziałem, że z chaosu wyłaniają się jednostki o wrodzonym autorytecie, które automatycznie zajęły pozycje kierownicze.

Głucha noc, pojedyncze światełka świec, ciżba ludzka, zaduch. Zmęczenie daje znać o sobie. Nad ranem otrzymałem wiadomość, że przedstawiciele władz bezpieczeństwa i milicji pragną wejść do uniwersytetu. Domagano się wydania studentów „pochodzenia żydowskiego”, którzy spiskują przeciwko państwu. Twierdzono, że piszą oni ulotki, które przedostają się na zewnątrz. Zarzut bardzo poważny, podburzanie ludności. Zaczynają się pertraktacje, jakiś oficer milicji, dobijający się do bramy w imieniu komendanta, domaga się wejścia. Chłopcy ze straży porządkowej meldują mi, że oficer ów posiada listę dziesięciu studentów Żydów, których ma obowiązek aresztować. Nie zgodziłem się na jego wejście. Zagroził, że milicja ma rozkaz wdarcia się siłą na uniwersytet. Była to najbardziej dramatyczna chwila strajku. Wiedziałem, czym to grozi. Ostrzegałem oficera, że będziemy się bronić, że w wąskich korytarzach uniwersytetu dojdzie do krwawej masakry. Uczucie zdenerwowania pogłębiło się, gdy zatelefonowano do nas z Komitetu Wojewódzkiego z żądaniem natychmiastowego przerwania strajku. Stanąłem wobec decyzji, co robić? Zwołałem zebranie w rektoracie, poprosiłem profesorów, przedstawicieli POP, związków młodzieży. Zebranie nie dało wyników. Decyzję musiałem sam podjąć. Świadek tych dramatycznych zmagań, wówczas student, Edward Czapiewski, tak napisał w solidarnościowym wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego „Komunikaty” w dniu 19 marca 1981 r.: „Przed gmachem głównym można było dostrzec prócz milicji również zainteresowanie (i ciekawość) społeczeństwa. Straż strajkowa skutecznie chroniła gmach przed osobami postronnymi. Piszę o sympatii społeczeństwa, ponieważ 15 doszło do dramatycznych chwil. Rektor Jahn powiadomił nas w Auli Leopoldina o zamknięciu wiecu na polecenie władz wojewódzkich. W wypadku nierozejścia się, miała nastąpić interwencja MO na terenie uniwersytetu. Rektor w wielkim zdenerwowaniu i wbrew własnej woli ogłosił zamknięcie wiecu, który od tej chwili utracił legalny charakter. Były to najdramatyczniejsze chwile. Żywiołowość, wręcz histeryczna dyskusja, wzajemne wyrywanie sobie mikrofonu, doszły do zenitu. Rozeszły się pogłoski, że w wypadku oporu do gmachu zostaną wrzucone granaty z gazem łzawiącym. Groził wybuch paniki. Przypuszczam, że w dużej mierze władzom uczelni zawdzięczamy wyperswadowanie władzom wyższym tak brzemiennej w skutki decyzji, bowiem mniej więcej po godzinie rektor Jahn z ogromną ulgą ogłosił legalizację wiecu. Studenci w tamtej trudnej godzinie, mimo zagrożenia, podjęli uchwałę o pozostaniu w gmachu”.

Będąc pod obstrzałem Komitetu Wojewódzkiego i milicji, w tym najtrudniejszym momencie, postanowiłem zatelefonować do mojego zwierzchnika w Warszawie, ministra szkolnictwa wyższego, prof. Henryka Jabłońskiego. Było to późnym wieczorem, dyżurny ministerstwa na moje usilne prośby podał domowy numer telefoniczny ministra. – „Panie ministrze – powiedziałem – jestem u kresu sił. Budynek uniwersytetu oblężony, grozi mi wdarcie się milicji, niech pan stara się powstrzymać eskalację wypadków”. – „Z kim mam rozmawiać – zapytał minister – mogę działać tylko w pionie resortu, najwyżej u premiera”. Gdy wyjaśniłem, że los mój zależy od Komitetu Partii i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Jabłoński zamilkł. W tej napiętej sytuacji politycznej kompetencje były bardzo ściśle przestrzegane, dotrzeć do Moczara, ministra spraw wewnętrznych, było niemożliwe. Zakończył rozmowę wyrazami sympatii. Myślę, że uczynił to szczerze. – „Współczuję panu i zrobię wszystko, co możliwe. […] Przyślę panu wsparcie, moim samochodem pojadą natychmiast do Wrocławia dwaj wyżsi urzędnicy ministerstwa”. To był teraz jedyny rezultat mojej rozmowy z Warszawą.

Pomyślałem, co mi to pomoże, ale zgodziłem się na taką przynajmniej pomoc. W ciągu niespełna pięciu godzin przyjechali. Zbudzono mnie nad ranem, mówiąc, że dwaj panowie są przed bramą uniwersytecką. Jednym z nich był pan Żor, wówczas chyba dyrektor departamentu. Później został wiceministrem, zrobił karierę, aż do szefa w Prezydium Rady Ministrów. Na razie, wśród ciemnej jeszcze nocy, przeprowadziłem obu panów przez zatłoczone korytarze, gdzie pokotem leżeli studenci. Widok ten zrobił na nich duże wrażenie, nie wiedzieli, że strajk ma tak masowy charakter. Rozmowa miała formalny charakter, nie przyniosła w zasadzie żadnego rezultatu. Wymogłem jednakże, aby obaj panowie udali się do Komitetu Wojewódzkiego i sprawili, by przestano mi stamtąd grozić, i żeby poskromili tych uzbrojonych ludzi w hełmach, którzy otaczali budynek uniwersytetu. Zrobił się ranek, moi goście, pokrzepieni herbatą, odjechali do KW. Jakiś skutek ich wizyty był – przestano nas atakować telefonami.

Następnej nocy powiadomiono mnie, że dowódca oddziałów milicyjnych, major, pragnie ze mną rozmawiać. Wydałem polecenie, aby go wpuścić do środka. W przeciwieństwie do oficera z poprzedniej wizyty, ten od początku okazał dobrą wolę i chęć porozumienia. Znalazły się kanapki i wódka – tutaj musiałem odstąpić od przyjętej w naszym oblężeniu zasady. Narada trwała około dwu godzin, wspierali mnie Bożyczko i któryś z obecnych profesorów. Ustaliliśmy zakończenie strajku pod warunkiem, że studenci będą mogli spokojnie rozejść się do domów. Major zaręczył mi słowem oficerskim, że żadna krzywda nie spotka studentów. Zaproponował, aby ewakuacja odbyła się we wczesnych godzinach rannych, gdy ulice są puste, gdy nie ma ludzi przed uniwersytetem. Przystałem na ten warunek. Mój rozmówca zobowiązał się, że milicja dostarczy kilka samochodów ciężarowych do przewiezienia dziewczyn do odległych domów studenckich. Gdzieś ok. 2.00 w nocy zawarliśmy to ustne porozumienie, ufając sobie wzajemnie. Major miał już dobrze w głowie, ja markowałem picie, on nie odmawiał.

Zapowiedziałem komitetowi studenckiemu zakończenie strajku i poszedłem się jeszcze na godzinę położyć. Ewakuację zaczęliśmy ok. 5.00  rano. Studentów podzielono na grupy, według dzielnic zamieszkania i domów studenckich. Studenci opuszczali gmach pojedynczo, zgodnie z życzeniem milicji, aby uniknąć wrażenia pochodu. Od wczesnych godzin stałem przy bramie i każdemu z opuszczających budynek podawałem rękę. Widziałem zmęczenie na twarzy chłopców, dwie kiepsko przespane noce wywarły swój wpływ. Setki chłopców opuszczały gmach, niektóre studentki skorzystały z aut, większość odmówiła. W uniwersytecie pozostała nieduża grupa porządkowa. Była godzina 9.00, gdy jako jeden z ostatnich opuszczałem uniwersytet, po dwu dniach tego niezwykłego strajku. Nie wiem, jak się dostałem do domu, gdzie oczekiwała mnie w najwyższym stopniu zdenerwowana rodzina. Byłem zupełnie wyczerpany fizycznie i psychicznie.

Przez dwa dni nie wychodziłem z domu, oczekiwałem aresztowania. Pan Piłatowski mógł się teraz ze mną rozliczyć. Było mi zupełnie obojętne, co się stanie. Pragnąłem się dobrze wyspać. Żona nie wpuszczała nikogo. Przychodzili jacyś ludzie, przynosili kwiaty, dziękując mi za to, że uchroniłem młodzież wrocławską przed biciem. Rada Uczelniana ZSP ofiarowała mi ogromny wazon kryształowy. Teraz dowiedziałem się, że przykład Wrocławia został wysoko oceniony w Polsce, że naśladowano nas w Krakowie, Łodzi, że w Poznaniu próbowano to samo robić, lecz rektor tamtejszego uniwersytetu kazał zaryglować bramy uczelni i nie wpuścił studentów do środka. Oczywiście miała tam miejsce masakra uliczna, tak samo jak w Warszawie. Poznań, ten słynny Poznań z 1956 r., wyszedł fatalnie w Marcu 1968 r. Senat Uniwersytetu Adama Mickiewicza, jako jedyny senat uniwersytecki w Polsce, uchwalił potępienie „rozruchów studenckich”. Wrocław zdobył sobie najwyższe uznanie. Po latach jednak zapomniano o tym, że studencki strajk okupacyjny był wymysłem Wrocławia, a ściśle mówiąc moim osobistym pomysłem. Wymieniano Warszawę (politechnika), Kraków – w rzeczywistości myśmy zaczęli, inne ośrodki ten dobry sposób przeciw ulicznym masakrom studenckim przyjęły.

Studenckie demonstracje trwały jeszcze w niektórych ośrodkach, protestowała Warszawa, lecz zwycięskie komitety partii zwoływały wiece. Nie opuszczałem jeszcze domu, gdy na pl. Dąbrowszczaków [ob. pl. Maxa Borna – przyp. KJ] we Wrocławiu, tuż obok budynku partii, odbył się „robotniczy wiec”. Piłatowski przemawiał do 40 tys. ludzi, których przyprowadzono wprost z fabryk. Potępiał „awanturników i wichrzycieli”, atakował z furią S. Staszewskiego, R. Zambrowskiego i R. Werfla, do niedawna jeszcze wielkich dygnitarzy partyjnych. Oskarżał ich o popieranie „elementów syjonistycznych”. O postawie studentów wrocławskich mówił (według relacji z „Wieczoru Wrocławia” z dnia 18 marca): „Nieliczna grupa prowokatorów, studiująca we Wrocławiu, wspierana przez warszawskich emisariuszy, stawiała sobie za cel wywołanie ekscesów podobnych do warszawskich. Zdecydowana część młodzieży studiującej oraz pracowników nauki była razem z partią. A zakończył: Nie udało się jednak tym wichrzycielom wyprowadzić na ulice miasta młodzieży akademickiej. Rzucili wtedy inne hasło – permanentnego wiecowania. Zdezorganizowało to na dwa dni życie na niektórych wyższych uczelniach. Wnioski z tego powinny wyciągnąć władze uczelni”.

Tak więc Piłatowski sobie przypisał zasługę powstrzymania młodzieży od wyjścia na ulice miasta. Było to oczywiste kłamstwo. On i władze bezpieczeństwa wszystko robiły, aby dopaść studentów na ulicach, ja im pokrzyżowałem plany, to było moje zwycięstwo. Żądając, aby władze uczelni „wyciągnęły wnioski”, doznał on również porażki, przynajmniej w odniesieniu do uniwersytetu. Nikogo nie zwolniłem, nikogo nie zawiesiłem w czynnościach. Na Politechnice Wrocławskiej, gdzie rektorem był słaby i ulegający partii prof. Z. Szparkowski, a gdzie faktyczne rządy sprawował prorektor, prof. T. Porębski, sprawy potoczyły się znacznie gorzej. Zwolniono setki studentów, zarządzono nowe wpisy. Ale zrobiono to w miesiąc później.

Po kilku dniach odezwały się moje zastarzałe dolegliwości choroby wrzodowej. Mój lekarz, poczciwy prof. Antoni Falkiewicz, znakomity internista wrocławski, i tym razem zaopiekował się mną. Wyjechałem na miesięczne leczenie do sanatorium w Kudowie, gdzie spotkałem również jedną z ofiar Marca, dr. Ryszarda Krasnodębskiego, matematyka z Politechniki Wrocławskiej, który wsławił się głodówką w więzieniu, gdy go aresztowano jako obrońcę studentów żydowskich. Tak więc w pięknej scenerii Gór Stołowych mogliśmy spokojnie rozprawiać o przebytej walce.

Echem Marca były demonstracje studentów w pochodzie pierwszomajowym we Wrocławiu. Grupa studentów uniwersytetu przeszła przed trybuną, rozwijając transparenty i wznosząc hasła. W krótkim czasie otrzymałem z komendy milicji wykaz studentów rozpoznanych na zdjęciu fotograficznym. Podziwiałem sprawność tej policyjnej metody, każdy z uczestników został rozpoznany. Podano mi nazwiska, rok i kierunek studiów. Ograniczyłem się do wezwania studentów do rektoratu, a władze milicyjne powiadomiłem, że zostali oni ukarani naganą. I znów udało mi się wymknąć z pułapki. Sprawa się na tym nie zakończyła. Byłem bombardowany teleksami z ministerstwa z Warszawy, które żądało rozliczenia się z zajść marcowych i z demonstracji majowej. Odpowiedź moja zawsze brzmiała prawie jednoznacznie – jest prowadzone postępowanie wyjaśniające, a po jego zakończeniu studenci zostaną ukarani. Postępowanie to nigdy się w zasadzie nie zakończyło, a studenci nie byli ukarani. Gorzej, gdy do spraw tych wmieszało się wojsko. Niektórych moich studentów zabrano na obóz karny do Żagania. I ta sprawa zakończyła się pomyślnie, a obóz karny uważałem za dobre miejsce do „dekowania” się tych studentów, którym groziło aresztowanie. Po miesiącu otrzymałem od wojska pismo „o należytej postawie moralno-politycznej” studentów i wszystko rozeszło się po kościach.

Zapowiadane przez władze w stosunku do pracowników naukowych dochodzenie dyscyplinarne nigdy się nie odbyło. Najbardziej „obciążony winą” dziekan Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii, prof. Jan Rzewuski, złożył rezygnację, która została przyjęta. Był to mój bardzo bliski przyjaciel, a jego rezygnacja bardzo mi była na rękę, gdyż w ten sposób mogłem chronić innych kolegów przed mściwym postępowaniem ministerstwa, zwłaszcza że musiałem powołać specjalną komisję do rozpatrzenia całokształtu spraw personalnych związanych z Marcem.

Zbliżał się koniec roku akademickiego, koniec mojej kadencji rektorskiej. Dano mi niedwuznacznie do poznania, że muszę odejść. Ministerstwo mianowało nowego rektora według nowych przepisów ustawy akademickiej. Byłem więc ostatnim rektorem wybranym przez senat. Jak należało się spodziewać, nowym rektorem został docent, obecnie już profesor, Włodzimierz Berutowicz, zasłużony w zwalczaniu buntu studentów. Jemu miałem wręczyć insygnia rektorskie, co uznałem za szczególnie upokarzający moment w moim życiu. Stałem na podium w auli w todze, z łańcuchem rektorskim, w tej roli po raz ostatni w moim życiu, przemawiałem do pracowników naukowych i studentów, szczelnie wypełniających salę. Składałem sprawozdanie z życia uczelni w 1968 r. Wypadkom marcowym poświęciłem spory ustęp mojego przemówienia. Oto niektóre jego fragmenty: „Chcę poświęcić chwilę uwagi temu, co w ubiegłym roku było najbardziej bolesne i tragiczne w życiu uczelni – wypadki marcowe głęboko wstrząsnęły spokojnym życiem uniwersytetu. Ich bieg i skutki są wszystkim znane. Byliśmy świadkami nie zawsze dla nas zrozumiałych faktów, które wywołały głęboką rozterkę i niepokój wśród studentów. W tych dniach łączyły nas wspólne uczucia i ta jedność postawy sprawiła, że uczelnia nasza przezwyciężyła kryzys bez tragicznych skutków”.

Słuchacze przyjęli gorącymi oklaskami tę wypowiedź. Społeczeństwo w pełni aprobowało moje stanowisko. Uznano wręcz za przejaw odwagi, że w mowie publicznej skomentowałem pozytywnie wypadki marcowe w czasie, gdy prasa reżimowa i inne środki przekazu, w pół roku po Marcu, szalały w obłędnej nagonce na wyższe uczelnie i profesorów. Przemówienie moje ukazało się drukiem (Inauguracja, Uniwersytet Wrocławski, Wrocław 1969). Gdy w 1988 r. w dwudziestolecie Marca 1968 opublikowano wiele wypowiedzi i komentarzy, już w atmosferze „głasności”, w krakowskim „Tygodniku Powszechnym” (nr 10) ukazał się obszerny artykuł Ryszarda Terleckiego „Krakowski Marzec 1968”, z którego wynotowałem zdanie: „W przemówieniu rektora UJ prof. Mieczysława Klimaszewskiego, który na inauguracji nowego roku akademickiego 1968/69 przedstawił bardzo szczegółowo sprawozdanie za rok ubiegły – o Marcu nie było ani słowa”.

Miałem ochotę wysłać do „Tygodnika Powszechnego” moje przemówienie dla udowodnienia, że znalazł się rektor, który nie przemilczał Marca w mowie inauguracyjnej. Nie zrobiłem tego.

Piszę te wspomnienia w 1988 r., z trudem wydobywając z pamięci fakt po fakcie, porządkując w głowie bieg wydarzeń. Materiałów mam niewiele, w tych gorących dniach Marca nie prowadziłem dziennika. Nie było na to czasu. Przewertowałem dzienniki wrocławskie z 1968 r. Niczego mi to nie dało. Prasa była wówczas powściągliwa i kłamliwa. W archiwum uniwersyteckim nie znalazłem żadnych dokumentów, dziwnym trafem zniknęły. Do rzucenia tych słów na papier zachęcił mnie żywiołowy wiec młodzieży uniwersyteckiej, na którym wystąpiłem z gorącym sercem, jak za dawnych lat. Cała prasa polska, korzystając z odczuwalnej odwilży politycznej, opublikowała w dwudziestolecie Marca wiele artykułów. Czytałem je. Porównując z własnymi przeżyciami, znajduję wiele pożytku, wiele kamuflażu i kłamstwa. To, co napisałem, jest relacją możliwie obiektywną, trudno mi jednakże było uniknąć tego, co jest echem moich osobistych odczuć. Niech mi czytelnik wybaczy.

Jaka była ocena mojego postępowania przez społeczeństwo polskie? We Wrocławiu czczono mnie niemal jak bohatera, tym bardziej iż mściwa władza co najmniej przez dwa lata prześladowała mnie. W całej Polsce spotykałem się z wyrazami uznania. Porównywano zwłaszcza moją postawę ze stanowiskiem innych rektorów, warszawskich i krakowskich. Z goryczą myślałem o stanowisku rektora Politechniki Warszawskiej, prof. Dionizego Smoleńskiego, człowieka tak zasłużonego bezpośrednio po wojnie dla szkolnictwa wyższego we Wrocławiu. Darzyłem go wielkim szacunkiem i dlatego tak gorzko przeżyłem słynne ultimatum, jakie wystosował on 23 marca do strajkujących studentów Politechniki w Warszawie – jeśli nie opuszczą gmachu uczelni i nie przystąpią do zajęć, politechnika będzie rozwiązana i będą zarządzone nowe wpisy. Było to najgroźniejsze oświadczenie władzy akademickiej w czasie zajść marcowych w Polsce.

A jak oceniono moje postępowanie za granicą. „Dziennik Polski” w Londynie napisał: „Do rezygnacji zmuszony został rektor Uniwersytetu Wrocławskiego profesor Jahn, bo władze partyjne negatywnie oceniły jego zachowanie się w czasie zajść marcowych. Rektor Jahn stanął po stronie studentów i przebywał w ich gronie do zakończenia strajku protestacyjnego”.

Tego rodzaju opinia w prasie zagranicznej, opozycyjnej, była raczej wyjątkiem. Odczułem, że unikano mówienia o mnie w rozgłośniach typu Wolna Europa. Nie kreowano mnie na bohatera opozycji – i słusznie. W czasie zajść marcowych reprezentowałem siebie, tylko siebie, podejmowałem decyzje z poczuciem odpowiedzialności za interes studentów. Nie dałem sobą manewrować ani jednej, ani drugiej stronie. W oblężonym przez milicję uniwersytecie studenci godnie odpowiedzieli władzom partyjnym, które ich oskarżały, że są inspirowani przez wrogie rozgłośnie radiowe z zagranicy. „My nie słuchamy Wolnej Europy, gdyż jest ona na usługach obcego mocarstwa — my słuchamy własnego sumienia”. Rozgłośnie zagraniczne w powodzi komunikatów i w obszernych, aktualnych relacjach zaledwie wspomniały o mojej roli jako przywódcy rebelii wrocławskiej, z dużym wahaniem, a nawet gdzieś tam słyszałem, że „rola rektora Jahna jest niejasna”, czy nawet – nie pamiętam – powiedziano „dwuznaczna”. Nie włączono mnie do opozycji.

Dyrektor rozgłośni Wolna Europa, Jan Nowak, w swoich wspomnieniach pt. „Wojna w eterze”, w rozdziale „Marzec 1968″ napisał: „Nową formę protestu wprowadzili studenci Politechniki Wrocławskiej, pozostali w budynku uczelni”. Oczywista pomyłka. Tę formę protestu wprowadzili studenci uniwersytetu za moją poradą. W znanej obszernej książce Marka Tarniewskiego (pseudonim Jakuba Karpińskiego) „Krótkie spięcie”, wydanej w Paryżu w 1977 r., dokładnie opisującej przebieg wypadków marcowych w Polsce, czytelnik mojego nazwiska w ogóle nie znajdzie.

Myślę, że nie przynosi mi to ujmy. Obie strony nie były ze mnie zadowolone, władza i opozycja. Pierwsza za poparcie buntu studentów, druga za powściągliwość w eskalacji tego buntu. Wybrałem przecież własną drogę.


Za: Alfred Jahn, Z Kleparowa w świat szeroki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1991, s. 194–208

Opracowanie:
Kamilla Jasińska, Grzegorz Przybysz


Serwis poświęcony wydarzeniom Marca ’68

Marzec ’68 na Uniwersytecie Wrocławskim

Dodane przez: Kamilla Jasińska

24 Lut 2018

ostatnia modyfikacja: 26 Lut 2018